fbpx

Pustka w wielkim mieście

Mamy dzidziusia. Niniejszym założyliśmy rodzinę. Nieco „kocią” – na kocią łapę, ale prawdziwą, bo absorbującą i bałaganiącą. Z psem, co wskakuje na łóżko, i z telewizorem, pełną lodówką i dużą sofą. Zostałam matką Polką i Panią – Władczynią Domu.

Babcia Marysia mówi mojemu Wojtkowi, że jestem gospodarna. Że on drugiej takiej nie znajdzie, a ja puchnę z dumy i ciekawa jestem, czy taka juz pozostanę. Ten fragment osobowości odziedziczyłam chyba po niej, ponieważ tak jak ona dzień zaczynam wcześnie i myślę, co zrobić na obiad. Jakoś muszę znaleźć moment dla siebie na tak zwany obrządek-paciorek, żeby potem, jak to mówi z kolei moja mama, byc fajną cały dzien i zachwycać się ludźmi, którzy tego potrzebują. Jestem teraz szczęśliwa i od czasu do czasu – kiedy już pościelimy wieczorem – dumna z siebie, że udało mi się wszystko zrobić.

Tymczasem zaczęło się przecież od tego, że się zakochałam (z wzajemnoscią) i źe było nas tylko dwoje. Codzienność rodzinna, choć błoga, zabiera nam stopniowo przestrzeń romantyczną, z której przecież sama powstała.

Postanowiliśmy o nią zawalczyć. Nadszedł dzień rocznicy naszej pierwszej randki. Zaczęliśmy szukać wspomnień i wspólnie stworzyliśmy wizje idealnej randki w Warszawie. Dzieckiem opiekowała się młodsza siostra, a my byliśmy wolni – mogliśmy zrobić wszystko. Byłam podekscytowana, „motylki” były we mnie aktywne i mój brzuch stresował się jak cztery lata temu. Pogoda była świetna – gorąco, acz z chłodnymi powiewami. Wojtek znalazł w Internecie obiecujace zdjęcia restauracji francuskiej. Nie wiem, jak to się stało, że miałam wrażenie, że pojedziemy na Saską Kepę. Niestety, ta nastrojowa na fotografiach restauracja miesciła się w pawilonie blokowiska na Ursynowie. Spożylismy tam kolację. Ratatouille bez sosiku to trochę nie ratatouille, ale to pewnie tylko nasze zdanie. Pokornie zjedliśmy wszystkie odsłony cebuli i cukinii, decydując się na deser w centrum. Otworzyliśmy wszystkie okna w samochodzie i głodni wrażeń ruszylismy. W radiu nie było nic, co mogłoby nas nastroić w ten sobotni wieczór. „Tears in Heaven”, „Pump it Up”, „Nie mogę cię zapomnieć” czy kolejna wersja „My Funny Valentine”, tym razem bossanovo-chilloutowa – to nie są afrodyzjaki, na jakie reaguje moje ucho.

Po kolacji odwiedziliśmy naszą ławeczkę na górce obok starej skoczni narciarskiej, gdzie, jak głosi legenda, był nasz pierwszy pocałunek. Niestety, pewna podejrzana pani z papierosem zajęła swoim ciałem cała ławkę. Tymczasem zajadały się nami komary. Z podciętymi skrzydełkami posnulismy się trochę, kierując w strone centrum. Dotarliśmy do klubu Powiekszenie. Była juz prawie północ, a tam dopiero zbierali sie ludzie. Dla nas, rodziców, mijała juz prawie doba na nogach. W obawie przed zaśnięciem poszliśmy do domu. I do najromantyczniejszego widoku tej nocy – śpiącej buzi Aniołka – naszej córki. Warszawa to niewesołe i nieromantyczne miasto. Mogłaby byc nieco bardziej nastrojowa jak Kraków lub energetyzujaca jak Wrocław. Wyobraziłam sobie nasze miasta jako części ludzkiego ciała. Kraków to serce Polski, Wrocław to najedzony brzuszek, a Warszawa to nudna, smutna i zmęczona pracą głowa. Widzę to na swoich koncertach. Publicznosc Krakowa jest duchowa, ciekawa, wzruszona i każe bisować bez konca. Wrocław tanczy, głośno klaszcze i wprowadza nas w trans. „Warszawka raczej nie płonie”, ona z wolna się schodzi, obczaja, analizuje i szybko wraca do domów, bo od rana praca. W moim świecie tak to wyglada.Proszę o radę tych, którzy wiedzą, jak odczarować te uporczywą i męczącą racjonalność w stolicy. Wracając do samej randki, to dnia następnego pojechaliśmy na działke za miasto. Tutaj było to, czego szukaliśmy dzień wcześniej. I nie musieliśmy pozbywać się dziecka, by to poczuć. „Seks w wielkim mieście” jest moim zdaniem wyrazem nieświadomej tesknoty za naturą oraz za poczuciem bliskosci w kontakcie z czymś, co żyje. To oczywiste, że potrzebujemy, by ktoś nas oplótł niczym bluszcz i ukołysał jak ton jeziora. Czasem przyjemna staje sie szorstka i ciepła powierzchnia trawiasta, innym razem gładkość chłodnego już drobnego piasku pachnącego minerałami. Skrzypiące pnie drzew jakby przestępujace z nogi na nogę w wolnym tańcu czy ptaki w parach, duetach melodramatycznych, śpiewające o wschodzie słońca. Parująca rzeka po nocy gorącej. Tak więc w lato, gorące takie jak to tegoroczne, juz sama natura – jesli się nią dobrze otoczyć – tuli nas i dyszy wkoło, przypominając o poezji Leśmiana.