fbpx

Roztargnienia i pożegnania

Na ruchomych schodach Dworca Centralnego ja, jeszcze bardziej ruchomy… Starsza pani z walizką stoi mi na drodze. – Przeprrraszam – szczękę mam zaciśniętą… Ona grzecznie: – Ach, te dwa schodki pana nie uratują. Sapię: – Nigdy nie wiadomo, bywa, że jeden decyduje! Nie wie, że jestem w trakcie największego aktu roztargnienia w mym życiu. Biegnę do taksówki…

Wracałem z Krakowa z pięknym obrazem, prezentem od świetnej młodej malarki Kasi Karpowicz. Napisałem o jej sztuce do folderu wystawy. W niemal pustym salonie nowoczesnego wagonu, na tle niebieskich siedzeń ten na metr szeroki obraz z błękitnym basenem, z kolorowymi czepkami pływaków wyglądał niesamowicie! Rozkosz myślenia, gdzie powiesić go w domu. A potem już inna myśl: jak wpleść go w domu. A potem już inna myśl: jak wpleść w swój kolejny felieton pożegnanie Zofii Bystrzyckiej? Tak wiele zrobiła dla naszego pisma, ale w innej epoce…

Zaplątałem się w to myślenie, a tu Centralna. Wysiadam w grupie Chińczyków, dworzec upiorny, w remoncie, oni więc w panice: „to nie może być Warszawa?!”. Uspokajam ich i sam taki pewny i spokojny idę sobe w tłumie. A tu jak piorun z jasnego nieba: obraz!!! Biegnę do taksówki, gonimy pociąg! A jak to się skończyło, czytajcie w moim blogu.

W roku 1957 powstaje tygodnik „Zwierciadło”. Zofia Bystrzycka, pisarka, jest w redakcji, ale nikt nie ma pomysłu, jak nazwać pismo. Burza mózgów i nic. Wróciła po spotkaniu do domu. Nagle myśl: „Zwierciadło!”. Potem odbyło się opijanie nazwy. Jako matka chrzestna dostała w prezencie lalkę. Upiła się i zostawiła ją na parapecie. Przez wiele lat docinano jej, że okazała się niekochającą matką chrzestną. Ale to chyba malutki akt roztargnienia wobec mojego.

Bystrzycka przez ponad 25 lat prowadziła w piśme dział mody i rubrykę „Serce w rozterce”, co przyniosło jej popularność, a pismu czytelników. – Redakcje dostawały zachodnie pisma, dla zwykłych ludzi niedostępne, nikt się wtedy nie przejmował prawami autorskimi, więc zżynano fotografie i teksty – opowiada mi o tym, kiedy odwiedziłem ją, już sędziwą pisarkę, przed obchodami 50-lecia naszego pisma. Była w krótkiej spódnicy. Zapytała: – Widzi pan moje nogi? – Super – mówię. – No właśnie – ona na to – w życiu wiele mi się zdarzyło przez te nogi, faceci na nie lecieli. I przez nie nawet pośrednio wyleciałam ze „Zwierciadła”.

Uwiodły te nogi pisarza Janusza Przymanowskiego, tego od „Czterech pancernych i psa”, który został kolejnym mężem Bystrzyckiej. Zrobił w redakcji karczemną awanturę, że tak mało jej płacą za osiem dużych tekstów miesięcznie. I tak to się skończyło. Bystrzycka zniknęła z pisma.

Za łatwo zapominamy o tych, którzy coś dla nas zrobili. Też w sferze osobistej. Kiedy siedem i pół roku temu zastanawiałem się, do kogo się przytulić, a miałem trudny i nieprzytulny czas, Iwona J. poradziła mi przez telefon: – Przytul się do „Zwierciadła”, bardzo fajne pismo. Ja na to: – Myślisz, że mi pozwolą? Byłapewna, że tak, więc od razu zadzwoniła do redakcji. Stąd też ten felieton… A ja roztargniony oczywiście zapomniałem, że to był jej pomysł.

Dlaczego śmierć nigdy nie jest roztargniona? Z tego, co wiem, ani razu się nie zagapiła. Ależ nieprawda, nieustannie się zagapia. I znowu nam się jakoś udaje! Ale zwykle nawet tego nie widzimy. Udaje się, ktoś powie, ale do czasu. I całe szczęście. Życie wieczne to byłby dopiero koszmar. Ludzka rzecz pamiętać i zapomnieć. Nieludzka nie żegnać tych, co odchodzą.

Czytaj więcej na http://Jastrun.zwierciadlo.pl/blog