Tomasz Jastrun – Jak dostałem Nobla

Rodzina Stefana Żeromskiego je obiad. Nagle otwierają się drzwi, w nich pisarz blady jak śmierć: „Nie dostałem Nagrody Nobla” – mówi. Już dzisiaj wiemy, że mało brakowało.
Od dziecka rosłem w blaskach i cieniach noblowskiej nagrody. Syn dwojga pisarzy, mieszkałem w literackim budynku, gdzie od rana do nocy z wielu mieszkań dobiegał klekot maszyn do pisania. Wiedziałem, co to jest sława i chwała, ale też niesława w dziedzinie tak niewymiernej jak pisarstwo. Grzech pychy, który mieszka w każdym człowieku, u artysty zwykle niebywale się rozrasta. Pamiętam, jak w roku ’58 ojciec szedł na pocztę, by wysłać telegram do Borysa Pasternaka. Poeta mieszkający w Moskwie został uznany przez Kraj Rad za wroga, a Nagroda Nobla dla niego – za prowokację. Ojciec szedł na pocztę jak na śmierć. Trudno dzisiaj w to uwierzyć, ale to był akt odwagi. To chyba jedyny telegram, jaki przybył do Pasternaka z Polski (jego wiersze ojciec od lat przekładał).

Na początku lat 90. byłem dyplomatą już wolnej Polski i szefem Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Przyjaźniłem się tam z Adamem Brombergiem, twórcą PWN-u. Spalony na stosie Marca ’68, wyjechał z Polski, by stać się znanym szwedzkim wydawcą. Wybraliśmy się na ogłoszenie noblowskiego werdyktu. Mała sala, setki dziennikarzy, barokowy zegar za chwilę wybije pierwszą. Pyski kamer i nosy mikrofonów są coraz bliżej słynnych drzwi. Adam szepce: „Jeśli to będzie któryś z moich autorów, wzywaj karetkę, czuję, że będę miał zawał”. Na szczęście Toni Morrison nie była jego autorką. Kiedy wsiadłem do samochodu i jechałem przez miasto, słyszałem we wszystkich kanałach radia imię pisarki. To jednak jest wniebowstąpienie.

W Sztokholmie moim gościem była potem Wisława Szymborska. Zabawne, jak ona nie znosi spotkań publicznych. Pod koniec swej kadencji zadzwoniłem do przyjaciela rodziców Tadeusza Różewicza, zapraszając go do instytutu: „Czemu tak późno pan dzwoni, mruknął, nie przyjadę…”. Szymborska dostała wkrótce Nobla, a on nie… Moja wina, chyba uznał, bo strasznie na mnie zagniewany.

Jak widać, Nobel to nieliczni wniebowstąpieni, liczni zaś zdruzgotani, że ich pominięto.

Tomasa Tranströmera poznałem we wrześniu roku ’90. W podziemiach Akademii Szwedzkiej – tak, właśnie tam – czytałem jego wiersze po polsku, a on po szwedzku. Magiczne, poetyckie spotkanie. Potem serdeczny uścisk jego dłoni. Długo patrzyłem, jak znika w mroku ulicy.

Wkrótce wiadomość: wylew, sparaliżowany, z trudem pisze lewą ręką. Patrzę na jego dedykacje, napisał „Tomas fran Tomas”, niepewnie, jakby pisało dziecko. Żona Monika stała się jego ustami, tylko ona rozumie, co mówi. Ostatni raz, gdy byli w Polsce, rozmawialiśmy, jak kurczą się nasze wyspy, wyspy poezji…

Jest rok 2011, siedzę w studio TVP Info, zbliża się pierwsza. Proszono mnie, abym skomentował będący jeszcze tajemnicą werdykt Akademii. Mam pod ręką tomik Tranströmera, tak na wszelki wypadek. Już pierwsza. Widzę poruszenie za szybą. Tranströmer! O mało nie stłukłem pięścią szklanego stolika, przy którym siedziałem z prowadzącym. Ten zakończył program słowami: „Mówił przyjaciel Tranströmera”. No nie, to gruba przesada! Ale tak poszło w eter. Setki telefonów, wywiadów. Po kilku godzinach gadania czuję, że nie tylko wyczerpałem temat, sam jestem wyczerpany. Chyba dostałem Nobla. Nie mogę przyjąć, nie zasłużyłem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »