fbpx

W życiu ważne są tylko chwile

Szczęście… aż strach wymawiać to słowo, by go nie spłoszyć. Wiemy, że szczęście ze swej natury trwa krótko. Do szczęścia jak do ptaka zbliżać się trzeba ostrożnie, chociaż i tak ucieknie, ale nieco później. Każda próba kurczowego chwytania szczęścia zmienia je w bańkę mydlaną. Można jednak szczęściu sprzyjać, wychodzić mu naprzeciw, znaleźć je przypadkiem… Znalazłem w śmietniku gazetowych wiadomości tekst o szczęściu: pismo „Science” donosi, że przebadano setki tysięcy ludzi, kiedy są szczęśliwi, a kiedy nie. Pomogły komórkowe telefony, badani słali SMS-y, co czują i myślą.

Wyniki potwierdziły to, co wszyscy mniej więcej wiemy, lecz liczne niuanse są fascynujące. O szczęście najłatwiej tu i teraz. Najtrudniej, gdy nasz umysł schodzi na manowce, co czyni nieustannie. Płacimy wysoką cenę za niezwykłą umiejętność gry z czasem. Z badań wynika, że przez 46,9 procent czasu czuwania nasz umysł błądzi, uciekając od teraz. Myśli są wtedy neutralne lub nieprzyjemne. Zadręczamy się więc nie tym, co jest, ale tym, co było lub stać się może. Bycie tu i teraz, siedzenie w siodle chwili to rzadki luksus. Pomaga nam w tym np. muzyka, lecz mistrzem w zakorzenianiu się w teraźniejszości jest medytacja. Dlatego ci, którzy ją praktykują, dotykają szczęścia. Lecz najbardziej powszechną, prostą i znaną formą powrotu do chwili obecnej jest seks…

Do niedawna byłem mistrzem w zadręczaniu się złymi wspomnieniami i niepokojem o przyszłość. Od kiedy mam dwójkę małych dzieci, sam w wieku, gdy wielu moich znajomych przechodzi w stan nieistnienia lub idzie na emeryturę, uruchomił się we mnie instynkt samozachowawczy. To on chyba blokuje mi przeszłość i przyszłość, nie zawsze skutecznie, ale żyję chwilą, jak nigdy do tej pory. Na łamach pisma już kwiecień, a ja patrzę, jak w moim oknie stoi dorodny świerk ubrany w śnieg z prześwitami błękitnego nieba, widzę igiełki, iskrzenie śniegu… i delektuję się tym widokiem.

Mając tylko Antosia, pisałem, że jestem metafizycznym oszustem, teraz, z kilkumiesięcznym Frankiem, napiszę, że stałem się metafizycznym awanturnikiem. A jednak mniej przejmuję się życiem niż kiedykolwiek przedtem, choć nie byłem nigdy w takiej matni.

Czytam właśnie niezwykłe „Dzienniki” Anaïs Nin, taka lektura to relaks i luksus bycia nie w swoim życiu, więc biorę z czyjegoś wszystkie smaki i zapachy, żadnej odpowiedzialności i niepokoju. (Dlatego z taką pasją i wdzięcznością czytam też Wasze dzienniki – wspominam o tym, gdyż już w następnym numerze ogłosimy kolejną edycję konkursu na dziennik „Dzień po dniu”!)

Anaïs Nin notuje: „Nigdy nie zdołam opisać stanów oszołomienia, transów, uniesień, które wywołuje we mnie akt miłosny. Więcej niż w najściślejszym porozumieniu, niż we wszelkiej radości z pisania, więcej niż w nieskończoności kryje się w jedni osiągniętej. To jedyna chwila, w której znajduję wytchnienie, to szczyt, łaska, cud”. A jednak potem opisuje orgazm i robi to genialnie… Opis kobiecego orgazmu to jak najtrudniejszy egzamin dla pisarza, oddać męski już łatwiej, mniej jest wyrafinowany…

Powszechność fascynacji seksem wynika nie tylko z mocy instynktu, ale i z tego, że seks pozwala nam być na fali chwili – wznoszącej, jak dobrze idzie… A gdy opada, też bywa przyjemnie. Dlatego dla seksu tak łatwo tracimy rozum. Połowa ludzkości poczęła się właśnie z tego, że tak łatwo zawiesza się wtedy rozum. Czym bywa groza zapłodnienia wobec chwili takiej rozkoszy.

Słynna jest fraza Goethego „trwaj, chwilo, jesteś piękna”. Nic z tego. Można jedynie, jeśli tylko ktoś potrafi, celebrować chwilę. Nie żyć chwilą – to hedonistyczne – ale b y ć w chwili. To chyba umiejętność szczęśliwego życia.

Czytaj więcej na na blogu Tomasza Jastruna.