fbpx

Google – serum prawdy

Google - serum prawdy
(fot. iStock)

Od tysięcy lat magowie, kapłani, psychoanalitycy próbowali zajrzeć w głąb ludzkiej duszy. Młody amerykański naukowiec Seth Stephens-Davidowitz dowodzi, że w końcu stało się to możliwe. Dzięki Internetowi.

Książka „Wszyscy kłamią…” nie bez powodu trafiła na listę bestsellerów „New York Timesa”, została uznana za wydawnictwo roku przez prestiżową telewizję PBS i magazyn „The Economist”. Autor – filozof, ekonomista, były analityk danych w Google, wykładowca akademicki – przeanalizował miliardy dokonywanych anonimowo internetowych wpisów. Dowcipnie napisana książka obnaża nasze najskrytsze sekrety, dowodząc, że kłamiemy częściej, niż można sądzić. Wszyscy.

Odkryłeś szokujące prawdy, o których nie mieliśmy pojęcia. Czego niebanalnego dowiedziałeś się z tych badań o Amerykankach i ich seksualnych upodobaniach?
Widać dużą popularność lesbijskiego porno wśród kobiet, które uważają się za heteroseksualne, i co zaskakujące, filmów pokazujących gwałty, zadawanie bólu oraz poniżające praktyki z mężczyzną jako stroną dominującą. Seksualną przemoc ogląda w Internecie znacznie więcej pań niż panów. Oczywiście, nie znaczy to, że chcą być gwałcone. Po prostu lubimy zakazane owoce, a im większa deprawacja, tym bardziej kusi.

Jakie skłonności najbardziej zadziwiły cię u facetów?
Chyba to, że ogromnym powodzeniem cieszy się porno z motywem kazirodczym. Mężczyźni rutynowo wpisują hasła: „matka syn”, „babcia wnuk”, „matka córka”, „siostry”, „kuzyni”, a kobiety pragną oglądać „ojca i córkę”. Podstawowy wniosek z analizy wyszukiwań brzmi: seksualne preferencje są znacznie bardziej złożone, niż się powszechnie uważa. Większość mężczyzn lubi kobiety przy kości, sporo – ekstremalnie otyłe, choć twierdzą, że wolą szczupłe. Oglądają się za nimi na ulicy, w domowym zaciszu wpisują do wyszukiwarki „stara i gruba”. Ponadto odkryłem wiele upodobań bardzo specyficznych: „piersi bez sutek”, „zielone włosy”, „karlica”, „łysa”.

Wygląda na to, że ludzi podniecają przede wszystkim praktyki, które publicznie i jawnie nazywamy fetyszem albo wręcz zboczeniem. Co wynika z tej wiedzy?
Kiedy każdy jest odmieńcem, nikt nim nie jest. Seksualność stanowi sferę o wiele mniej poznaną, niż sądziliśmy, i mieści w sobie znacznie większe spektrum zachowań, niż przyznajemy. Za sprawą wychowania, hipokryzji, wstydu ludzie tłumią rzeczywiste potrzeby, uznając je za nienormalne, tymczasem sąsiad ma takie same. W serwisach randkowych szukają u potencjalnych partnerów cech dyktowanych przez konwencję. Panie otyłe teoretycznie winny mieć największe wzięcie, ale mężczyźni, z którymi byłyby idealnie kompatybilne, wybierają szczupłe.

Dlaczego udajemy?
Presja społeczna zmusza do konformizmu, poza tym odmieńcy dotkliwie odczuwają skutki swoich preferencji. Geje przez stulecia ukrywali orientację, bo groziła za nią, i czasem nadal grozi, kara śmierci. Amerykańskie firmy nie zatrudniały homoseksualistów, po zdemaskowaniu stawali się obiektem kpin zarówno w sferze towarzyskiej, jak i publicznej. Dziś są dość powszechnie akceptowani, ale inne, uznawane za nietypowe skłonności nadal wywołują ostracyzm.

Google - serum prawdy
(Ilustracja Piotr Kowalczyk)

Większość Amerykanów popiera małżeństwa gejowskie, popkultura hołubi społeczność LGBT, tymczasem odkryłeś, że wcale nie jest różowo. Twoje obliczenia znacznie różnią się od statystyk czy raczej oficjalnych szacunków.
Według sondaży 2–3 proc. mężczyzn odczuwa pociąg do własnej płci. Analiza skali wyszukiwań i współczynnika wyświetleń homoseksualnej pornografii zwiększa ów odsetek do 5 proc. Ludzie notorycznie kłamią, wypełniając ankiety, choć te są anonimowe. Oficjalne statystyki wskazują, że w stanach tolerancyjnych mieszka znacznie więcej gejów niż w nietolerancyjnych, jak Missisipi czy Alabama. Wyniki można tłumaczyć na dwa sposoby: geje przeprowadzają się tam, gdzie zostaną zaakceptowani, lub oszukują z obawy przed społecznym wykluczeniem. Pierwsze wyjaśnienie potwierdzają badania wielkich baz danych (big data), w tym wypadku Facebooka. Zdeklarowani homoseksualiści często uciekali np. z Oklahoma City do San Francisco. Ale drastyczne różnice między ich liczebnością występują także wśród licealistów z regionów tolerancyjnych i nietolerancyjnych, którzy uciec nie mogą. W Missisipi do tej orientacji przyznaje się 0,2 proc. nastolatków, w Kalifornii – 4 proc., zaś wszędzie gejowskiego porno szuka około 5 proc. mężczyzn. Innymi słowy na znacznej części obszaru USA geje wciąż się ukrywają. Ale to nie wszystko: zdecydowana większość kobiet pytających Google, jak rozpoznać, czy mąż jest gejem, mieszka właśnie w stanach nietolerancyjnych – Alabamie, Karolinie Południowej, Tennessee.

Mnie najbardziej zaszokowała nowa, nazwijmy to, mapa amerykańskiego rasizmu, którą wyrysowałeś. Okazuje się, że pogarda wobec kolorowych nie stanowi wcale domeny republikanów ani południowców. Jak doszedłeś do tych wniosków?
Podobnie jak w przypadku orientacji seksualnej klasyczne sondaże zawodzą, gdy chodzi o badanie postaw nieakceptowanych społecznie. Serum prawdy stanowi Google. Porównałem liczbę wyszukiwań typu „kawały o czarnuchach” w poszczególnych regionach kraju i okazało się, że Południe wcale nie przoduje. Granica wcale nie przebiega między dawną Unią a Konfederacją. Uprzedzenia wobec czarnych dominują na wschodzie i progresywnie maleją, w miarę jak przesuwamy się na zachód. Co ciekawe, koncentracja postaw rasistowskich stanowi najbardziej precyzyjny prognostyk wyników wyborczych Donalda Trumpa. Zależność jest niewiarygodnie ścisła.

Ja też wpisuję do Google niepoprawne politycznie hasła z powodu pracy, a rasista ze mnie słaby.
Pamiętaj, że analizuję setki milionów wpisów, nie setki odpowiedzi sondażowych. Rozkład wyszukiwań motywowanych ciekawością czy obowiązkiem stanowi drobny procent, który przy olbrzymiej skali badań, obejmujących 50 stanów, nie odgrywa roli.

Piszesz również o uprzedzeniach płciowych, które – jak się okazuje – przejawiają nawet rodzice wobec dzieci.
Jeśli chodzi o synów, rodzice najczęściej chcą wiedzieć, jak rozpoznać objawy geniuszu, a przynajmniej nadzwyczajne zdolności czy wybitną inteligencję. W przypadku dziewczynek dominują pytania o wygląd: Co robić, kiedy jest brzydka? Jak sprawić, żeby się odchudziła? Dysproporcja pytań o nadwagę wynosi 2,5:1. Nie ma żadnego uzasadnienia merytorycznego, bo na otyłość cierpi 28 proc. dziewczyn i 35 proc. chłopaków. Ich intelekt ciekawi rodziców trzy razy bardziej niż adekwatny potencjał córek. Ta prawidłowość w równym stopniu dotyczy liberałów, konserwatystów, mieszczuchów i mieszkańców wsi. Jest powszechna.

Jak kłamiemy w mediach społecznościowych?
To druga strona medalu. Anonimowe dane z wyszukiwarek odzwierciedlają, co naprawdę myślimy. Portale społecznościowe służą do poprawiania własnego wizerunku. Gdyby wierzyć wpisom i polubieniom, wszyscy czytalibyśmy tylko wybitną literaturę, słuchali ambitnej muzyki, a tabloidy dawno by zbankrutowały. Użytkownicy wyolbrzymiają swoje zarobki, klasę hotelu, w którym mieszkali podczas wakacji. Zawsze czują się radośni, podekscytowani. Każda żona ma cudownego, romantycznego męża, który wykonuje domowe naprawy. Chwilę później te same kobiety pytają Google, po czym poznać, że partner je zdradza, jest gejem, alkoholikiem, psychopatą. Albo jak oderwać go od telewizora, przed którym bez przerwy chleje piwo.

Dowiodłeś także ogromnego dysonansu między tym, co publicznie krytykujemy, a tym, co naprawdę lubimy.
Jeden z przykładów to wprowadzenie przez Facebook opcji „Aktualności”, która pozwala zobaczyć, co robią w danej chwili znajomi. Wybuchły protesty, że to inwigilacja, prasa pisała o „największym kryzysie w historii portalu”, a Zuckerbergowi nie drgnęła powieka. Dlaczego? Bo dysponował danymi, które wskazywały, że uwielbiamy podglądać innych. Podobnie jest z telewizją. Ludzie mówią, że chcą pogłębionych, rzetelnych informacji, a najchętniej oglądają trywialne, epatujące przemocą i seksem. McDonald’s naciął się, pytając klientów, jak zmodyfikować menu. Ci żądali zdrowych dań i później ich nie kupowali.

Kłamiemy również na temat preferencji politycznych.
Donald Trump poradził sobie lepiej, niż rokowały sondaże, bo ankietowani wstydzili się przyznać, że go lubią. W pewnych środowiskach nie wypadało chwalić kogoś takiego, więc nawet udzielając odpowiedzi anonimowo, respondenci fałszowali własne odczucia. Z kolei kandydaci afroamerykańscy wypadają na papierze lepiej niż w rzeczywistości.

Jakie pożytki płyną z analizy wielkich baz danych?
Jest ich mnóstwo. Zidentyfikowanie problemów pozwala je rozwiązywać. Znalazłem potwierdzenie, że są Amerykanki, które dokonują aborcji drucianym wieszakiem, wprowadzając do pochwy wybielacz albo bijąc się po brzuchu. Najwięcej wpisów na ten temat znalazłem w stanach, gdzie ograniczono możliwość legalnego przerwania ciąży, więc wniosek nasuwa się sam. Znam też receptę na szczęśliwy związek: więcej swobody. Partnerzy obracający się w tym samym kręgu towarzyskim zrywają ze sobą częściej niż mający odrębne grupy znajomych.

Skończyłeś filozofię nie byle gdzie, bo na Stanfordzie. Przeniosłeś się do Harvardu, zrobiłeś doktorat z ekonomii, ale zamiast badać prawidłowości gospodarcze, zająłeś się analizą danych, statystyką, a ostatecznie socjologią. Czego ty sam szukasz w życiu?
Powinienem zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami skłamać, że lubię nowe wyzwania, dążę do odkrywania prawdy, chcę skuteczniej pomagać ludziom i takie tam. Mówiąc szczerze, szukałem dziedziny, w której mógłbym odnieść sukces, zdobyć sławę i pieniądze. Z reguły kierują nami znacznie bardziej przyziemne pobudki, niż chcielibyśmy przyznać.

Dlaczego twoja metoda jest lepsza niż tradycyjne narzędzia statystyczne?
Ze względu na ilość analizowanych informacji. Sondaże obejmują kilkaset, najwyżej parę tysięcy osób. Google dostarcza setek milionów wpisów, więc topnieje margines błędu. Poza tym ludzie nie mają powodu, by kłamać wyszukiwarce. Pytania odzwierciedlają ich autentyczne troski, poglądy, sympatie.

Czy dzięki analizie big data świat stanie się lepszy?
Po zamachu w San Bernardino Obama mówił o tolerancji, poczuciu wspólnoty, „moralnym nakazie odrzucenia dyskryminacji”. Media uznały, że był świetny, tymczasem gwałtownie wzrosła liczba wpisów zionących antyislamską nienawiścią. Doradcy chyba coś wyczuli, bo w kolejnym przemówieniu prezydent zrezygnował z dydaktyki, odwołał się do życiowych przykładów, mówiąc, że muzułmanie to nasi przyjaciele, sąsiedzi, koledzy z pracy, znani sportowcy, żołnierze walczący za kraj. Obywatele zaś nie szukali w sieci islamskich „morderców”, „psów”, „bandziorów”, tylko sportowców i żołnierzy.

To akurat wskazuje, że analiza wielkich baz danych pozwoli politykom skuteczniej manipulować wyborcami.
Jeśli chodzi o gaszenie nienawiści, przełamywanie etnicznych stereotypów, budzenie zainteresowania wobec odmienności, nie widzę w takim postępowaniu nic złego. Zresztą big data ułatwia pracę wszystkim, między innymi lekarzom. Na bazie google’owych wyszukiwań udało się zidentyfikować zespół pozornie niewinnych symptomów świadczących o raku trzustki, co pozwala szybciej rozpoczynać leczenie. Nadmiar wiedzy jeszcze nikomu nie zaszkodził.

Google - serum prawdy
(Fot. materiały prasowe)

Seth Stephens-Davidowitz, ekonomista, absolwent uniwersytetów Stanforda i Harvarda. Autor książki „Wszyscy kłamią. Big data, nowe dane i wszystko, co Internet może nam powiedzieć o tym, kim naprawdę jesteśmy”, Wyd. Literackie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze