fbpx

Hanna Samson: Klucz do lepszego świata

Hanna Samson: Klucz do lepszego świata

Bliskich oceniamy ostrzej niż resztę świata. Trudne dzieciństwo oskarżamy o klęski. Boimy się starości… Czy słusznie? Jak z tego wybrnąć? HANNA SAMSON i Hanka Halek szukają rozwiązań.
Jaką osobistą korzyść odnosi z pisania ktoś taki jak ty, piszący psycholog?

Jeśli już, to pisząca psycholożka, od lat walczę o żeńskie końcówki. Ale nie jestem piszącą psycholożką. Jestem pisarką i psycholożką. Pisanie to mój obszar wolności. W pracy zawodowej jestem na służbie, w twórczości mogę sobie pozwolić na swobodę, ekspresję, wyrażanie siebie. Inną sprawą są felietony – tu bardziej dbam o czytelniczki, aby one miały z tego jakąś korzyść. Ale w powieściach liczy się dla mnie przede wszystkim proces tworzenia, on sam w sobie jest największą korzyścią.

Pisanie jest dla ciebie autoterapią?

Raczej drogą samorealizacji. Jasne, że w moich książkach pojawiają się wątki, które zahaczają o moje osobiste doświadczenia, bo piszę o tym, co mnie obchodzi, co jest dla mnie ważne. Podczas pisania identyfikuję się zwykle z bohaterką, ale przecież ona nie jest mną. Nie piszę po to, żeby rozwiązywać swoje problemy. Piszę wtedy, gdy już się z nimi uporałam.

To po kilkunastu (już za chwilę) książkach musisz być z życiem bardzo uporana…

ZAMÓW

E-WYDANIE

Po tylu latach życia mam już pewną wprawę.

Z którą bohaterką czujesz się najbardziej związana?

W tej chwili pewnie najbliżej mi do Baśki z mojej nowej powieści „Patyk”, która wyjdzie w maju. Przez wiele miesięcy ta Baśka mieszkała w mojej głowie i dopiero niedawno się z nią rozstałam. Blisko mi też do bohaterów „Domu wzajemnych rozkoszy”. I do bohaterki „Życia po mężczyźnie”. I do Barbary Patryckiej z „Wojny żeńsko-męskiej i przeciwko światu”. Tej ostatniej wiele zawdzięczam. Kiedy o niej pisałam, nie miałam pracy – tak jak ona. I obydwie sobie poradziłyśmy (śmiech). Ona poprzez pisanie felietonów i założenie Kliniki Prącia, a ja dzięki temu, że opisałam jej historię.

Czyli krótko mówiąc, własnymi rękoma stworzyłaś kogoś, kto na ciebie własnymi rękoma zarobił? Sprytne.

(Śmiech). Tak, ona pozwoliła mi przeżyć i jestem jej za to niezmiernie wdzięczna.

Czy waszą więź nazwałabyś neorodziną?

Nie znam tego określenia, ale chyba je rozumiem. Czy to nie jest to samo co „człowiek z mojego życia”? Osoba, z którą nie łączy nas pokrewieństwo, ale ma swoje miejsce w naszym życiu. I ta obecność jest znacząca.

Tak. I ocenia się go najczęściej jak członka rodziny, ulgowo: nawet jeśli cię denerwuje, to i tak mu w końcu wybaczasz.

Myślę, że rodziny nie ocenia się ulgowo. Wręcz przeciwnie: często ostrzej oceniamy bliskich niż resztę świata.

Komu obrywa się najbardziej?

Matkom. Pracując z kobietami, widzę, że każda z nas ma swoją „listę krzywd” wyrządzonych przez matkę. Od matek wymagamy najwięcej i rozliczamy je z ich niedoskonałości oraz niedociągnięć. Matka była zbyt chłodna albo nadopiekuńcza, nie przytulała albo dawała za mało swobody, w różnych sytuacjach nie umiała zachować się tak, jak na matkę przystało. Matkom chętnie przypisujemy winę za własne niepowodzenia i błędy, nawet wtedy, gdy już jesteśmy dorosłe i to od nas zależy, co robimy ze swoim życiem. To na nie złościmy się, że nie nauczyły nas czegoś, nie pokazały, zaniedbały… Oczywiście matki nie są doskonałe. Ale chyba tylko od nich wymagamy, by były. I nie chodzi mi jedynie o indywidualne oczekiwania, ale o naszą kulturę, która idealizuje matki pod postacią Matki Polki, a kiedy do ideału nie dorastają, obwinia o wszystko. Słyszę czasem wypowiedzi młodych kobiet, które mają jakiś problem z dzieckiem w sferze publicznej. Na przykład dziecko płacze, bo czegoś chce, a matka mu tego odmawia, dziecko wrzeszczy, rzuca się na ziemię. Sytuacja trudna sama w sobie. Ale zwykle znajdą się jakieś osoby, które zaczną krytykować matkę albo pouczać ją, co ma robić. Wszyscy jesteśmy mądrzejsi od matek. Matka to „chłopiec do bicia” naszej kultury, a jednocześnie istota gloryfikowana, która z racji tego, że jest matką, powinna być bez zarzutu.

A Ojcom Polakom za co się dostaje na terapiach?

Wobec ojców stosujemy zwykle taryfę ulgową. Jeśli ojciec chodził z nami czasem na sanki, nauczył nas pływać i jeździć na rowerze, to wystarczy, by uznać, że był w porządku. Ojciec był na ogół mało obecny w naszym życiu, więc tęskniliśmy do niego, ale nie obwiniamy go za tę nieobecność. Wiadomo – pracował, a po pracy był zmęczony. Co innego matka, która po pracy zajmuje się wszystkim. Niedawne badania wykazały, że mężczyźni, którzy mają małe dzieci, często zostają w firmie dłużej, niż wymaga tego sytuacja. Bo jak wrócą, dzieci już będą nakarmione i wykąpane, a nawet może już w łóżku i nie trzeba się nimi zajmować. Oczywiście, są ojcowie, dla których kontakt z dziećmi jest ważny i wciąż ich przybywa, ale figura ojca nieobecnego nadal żyje w wielu dorosłych dziś ludziach jako tęsknota do ojców. Wielu mężczyzn po rozwodzie nie płaci alimentów i zaniedbuje kontakty z własnymi dziećmi. Te dzieci mają do nich potem wielki żal, to porzucenie przez ojca kładzie się cieniem na ich życiu, ale i tak to matki podlegają surowszym ocenom.

Co taka atakowana matka może zrobić?

Matki rzadko są atakowane wprost. Częściej dzieci noszą swoje żale w sobie i one oczywiście wpływają na ich relację z matką, ale nie są przedmiotem prawdziwej rozmowy. Gdyby do takiej rozmowy doszło, warto, by matki w niej wytrwały. Spróbowały spojrzeć z perspektywy dziecka. Nie odrzucały wszystkiego, nie broniły się, tylko wysłuchały. Dały dzieciom prawo do ich własnej historii, nawet jeśli z perspektywy matki ta historia wygląda zupełnie inaczej. Ale często to nie jest potrzebne. Matki też miały swoje matki, mają własne ograniczenia i wcale nie muszą towarzyszyć dorosłym dzieciom w rozwoju. Bo tak naprawdę to zadanie dorosłych dzieci, żeby uporać się ze swoimi uczuciami. I matki wcale nie muszą im w tym pomagać.

Czy terapia jest wtedy niezbędna?

Jeśli sobie z czymś nie radzimy, nie potrafimy wyjść poza jakiś schemat, który nas ogranicza, jeżeli chcemy żyć bardziej świadomie – terapia jest dobrym pomysłem. Ale czasem jakiś kryzys sprawia, że przekraczamy swoje trudności, że widzimy więcej, że znajdujemy odpowiedź na swoje pytania. Ważne, żeby co jakiś czas sprawdzać, gdzie jesteśmy, i zadawać sobie pytania, na które na różnych etapach życia odpowiedź może być inna. Czyli ważne, żeby się rozwijać, weryfikować swój obraz świata i samej siebie. Nie zatrzymywać się na tym, czego nie dostałam, tylko zobaczyć, że dostałam wystarczająco dużo, żeby iść dalej.

W jednym z felietonów wspominałam sytuację, kiedy byłam młodą matką i niepokoiłam się, czy jestem wystarczająco dobra. Chciałam być matką idealną. Powiedziałam o tym znajomemu terapeucie, a on się zdziwił. „Czemu chcesz być idealną matką? Przecież jakieś to dziecko musi być”. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, więc zaczęłam myśleć. Moje dzieciństwo nie było idealne, ale pobudziło mnie do poszukiwań. Bez niego kim bym była? Na pewno kimś innym niż jestem. Skąd miałabym tyle siły, gdyby nie trudy dzieciństwa? Gdyby moja mama była idealna, być może byłabym szczęśliwsza, ale z pewnością nie byłabym sobą. Jestem przekonana, że jakieś trudy w tym naszym dzieciństwie muszą być. Inaczej co by nas napędzało do rozwoju?

Myślisz więc, że szczęśliwe dzieciństwo może skutkować biernością, obojętnością i niską empatią?

Nie chciałabym w tę stronę wyciągać wniosków, zresztą pewnie nie byłyby prawdziwe. Dzieciństwo i młodość zawierają w sobie trud odkrywania świata, odnajdywania się w nowych sytuacjach, poznawania siebie, co rzadko jest łatwe. Nawet jeśli wkładamy swoje dzieciństwo do worka „szczęśliwe”, to przecież były w nim różne doświadczenia. Chodzi mi jedynie o to, żeby nie cierpieć latami z powodu trudnego dzieciństwa, tylko potraktować je jako zasób. Ważną lekcję życia, z której możemy wyciągać wnioski. Osoby, które doświadczyły cierpienia, samotności, nie czuły się rozumiane czy też były odrzucane przez rówieśników, mają dobrą podstawę do tego, by rozumieć, co się dzieje z innymi, umieć stawać po stronie tych, którzy są w złej sytuacji, nie robić innym tego, co nas bolało. Wiedzą, że świat bywa niesprawiedliwy i mogą włączyć się do walki, by był lepszy. Oczywiście, pod warunkiem że nie utkną w swoim poczuciu krzywdy, tylko pójdą dalej. Dawno temu usłyszałam zdanie, które nadal wydaje mi się bardzo ważne: „Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia, a zobowiązuje”. I jeśli podejmie się to wyzwanie, skorzysta z lekcji, jaką dostaliśmy, świat będzie lepszy.

Rozumiem więc, że ty sama miałaś raczej trudne dzieciństwo.

Tak mi się wydawało, miałam wiele pretensji do rodziców, ale dziś potrafię docenić to, co od nich dostałam.

A czego nie dostałaś?

Brakowało mi zrozumienia i akceptacji, bo mama była bardzo wymagająca i surowa. Ale może właśnie to sprawiło, że weszłam na drogę, którą idę do dziś. Bo to mnie uwrażliwiło na brak zrozumienia i akceptacji nie tylko w stosunku do mnie. W podstawówce buntowałam się przeciwko złemu traktowaniu dzieci, które i tak miały trudniej, bo na przykład rodzice pili i te dzieci nie miały zeszytów albo książek, w domu nikt nie dbał, by je miały, a w szkole jeszcze dostawały za to po głowie. Nauczyciele stawiali im pały za brak zeszytu czy kostiumu, rzadko się do nich zwracali, traktowali je gorzej niż dzieci z „dobrych domów”, „drugorocznych” sadzali do ostatnich ławek, jeżeli byli cicho, to w ogóle się nimi nie zajmowali, a jeżeli w klasie coś się stało, to było na nich. Uznałam, że to strasznie niesprawiedliwe, zaczęłam się z nimi kolegować i pomagać w nauce, widziałam, jak im jest trudno. Wychowawczyni wezwała mamę, żeby ją ostrzec, że wpadłam w złe towarzystwo.

Kiedyś do klasy doszła dziewczyna, która nie zdała, i pani kazała się jej przedstawić. „Mariola Szewczyk” – powiedziała dziewczyna. „A ja tu mam napisane, że Maria Szewczyk” – stwierdziła nauczycielka. „Bo ja jestem Maria Jolanta i dlatego mówią do mnie Mariola” – odpowiedziała dziewczyna w dobrej wierze. „Siadaj, Marysiu” – powiedziała pani. I kropka! Bezinteresownie zignorowała prośbę dziewczyny, która była pierwszy dzień w nowej klasie, w dodatku z etykietką „drugoroczna”. Pani nie zamierzała jej nic ułatwiać. W podstawówce podjęłam decyzję, że pójdę na psychologię, żeby pracować z trudną młodzieżą. Bo ktoś musi zrozumieć te dzieciaki, które wszędzie mają pod górkę.

Mam koleżankę z tzw. szczęśliwym dzieciństwem, do którego nigdy nie zajrzała. Ze zgrozą patrzę na jej pasywność i hermetyczność wobec starzejących się już rodziców. Uważa ich za niezwyciężonych i nieśmiertelnych, tymczasem oni zaczynają już potrzebować pomocy. Czy ona ma prawo taka dla nich być?

Czasem dzieci, które teoretycznie dawno temu przeszły wiek dojrzewania, nadal się buntują. Nie przerobiły swojej relacji z rodzicami, nie potrafią zobaczyć, ile od nich dostały, zrozumieć, czemu nie dostały więcej, wciąż czują się pokrzywdzone, uwięzione w uczuciach z dzieciństwa, choć od lat to one same odpowiadają za swoje życie. Może tak jest w tej sytuacji albo inaczej, nie wiem, ale generalnie uważam, że mamy zobowiązania wobec rodziców, którzy potrzebują pomocy. Zobowiązań nie mają tylko ci, których rodzice nie wywiązali się w żaden sposób ze swojej roli – krzywdzili dziecko, porzucili je, znęcali się nad rodziną – wtedy to jest ich swobodna decyzja: pomóc czy nie, a nie obowiązek. Warto dać sobie prawo do odmowy, co wcale nie oznacza, że musimy z niego skorzystać.

A jak się zachowywać, jeśli rodzic nie był dla nas kiedyś fajny i teraz jest podobnie, bo po prostu taki ma charakter? Wciąż ma nowego focha, pielęgnuje własny egoizm?

Starzenie się rodziców to znak, że pora dorosnąć. Dzieci nie powinny się opiekować swoimi rodzicami. I nie chodzi tu wcale o wiek ani nawet o to, czy razem się mieszka, ale o rozstanie się z rolą dziecka. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie dokonywać racjonalnych wyborów, za które nikt nie zapłaci zbyt wysokiej ceny. Opieka nad drugim człowiekiem nie jest łatwa i wymaga, byśmy umieli stawiać granice. Nie tylko innym, ale również sobie.

Znam dorosłe kobiety, które wciąż są zależne emocjonalnie od rodziców. Nadal starają się spełniać ich oczekiwania, wypełniają wszystkie „muszę” i „powinnam”, licząc na to, że rodzice w końcu będą z nich zadowoleni. A mama albo ojciec nie są. No więc one reagują poczuciem winy i starają się jeszcze bardziej. Jest w nich też oczywiście poczucie krzywdy, które noszą w sobie od dzieciństwa. I miotają się między poczuciem krzywdy a poczuciem winy jak w pułapce, z której nie widzą wyjścia. Jak bohaterka mojej powieści „Miłość. Reaktywacja”, gdzie mama akurat gdy jest schabowy, chce wątróbkę, więc co ona robi? Leci po tę wątróbkę, cały czas kręci się wokół tego, żeby mama była z niej zadowolona. A to bieganie między wątróbką a schabowym wzmacnia tę relację, w której mama jest ciągle niezadowolona.

A co, jeśli dziecko jest „przepracowane” w swojej świadomości i autodestrukcję ma już za sobą?

To powie: „ok, tyle jestem w stanie zrobić dla ciebie sama, a resztę obmyślimy, jak zorganizować, żebyś była/był zaopiekowana/ny”.

A jeśli dziecko w ogóle nie potrafi się zaopiekować? Dom starców, opiekunki – czy to są dopuszczalne sposoby opieki nad rodzicami?

Czasem jedyne możliwe. Dom starców brzmi strasznie, myślę, że nie ma sensu używać takiej nazwy, ale ważne, co za nią się kryje. Dobra opiekunka może znacznie lepiej zadbać o rodzica, niż my bylibyśmy w stanie to zrobić. Każdy z nas musi podjąć własną decyzję, na tym polega dorosłość, że to my decydujemy, co jest dopuszczalne, a co nie, i ponosimy za to odpowiedzialność. Znam osoby, którym opieka nad chorym rodzicem nie zostawia już miejsca na własne życie. To nikomu nie służy, nawet tym rodzicom, dla których dzieci rezygnują z siebie. Można to zrobić na krótką metę, gdy jest jakiś kryzys, ale jeżeli sytuacja trwa dłużej, warto poszukać wsparcia.

Spotkałam kiedyś panią, którą od 20 lat córka i wnuczka tak się opiekowały, że już nawet nie mówiła. Gdy tylko otwierała usta, te dwie kobiety, pewne, że wiedzą, co ona powie, mówiły to za nią albo podawały kanapkę, bo na pewno chciała…

Odbieramy starym ludziom podmiotowość, decydujemy za nich, często nawet ich nie widzimy. Sama kiedyś przeżyłam podobną sytuację. Gdy u schyłku życia moja mama mieszkała ze mną, odwiedziła nas moja przyjaciółka. Mama bardzo cieszyła się na tę wizytę. Lecz kiedy przyjaciółka przyszła, przywitała się ze mną serdecznie i – nim zdążyłam ją przedstawić mamie – siadła na kanapie, zwracając się wyłącznie do mnie. Jakoś udało się nam wybrnąć z tej sytuacji, ale pamiętam swoje zdziwienie. Jakby mama miała czapkę niewidkę. To tendencja powszechna w naszej kulturze. Pisałam niedawno w felietonie o wynikach badań, które pokazują, że gdy mówimy o ludziach w starszym wieku, to opisujemy ich słowami typu: zmęczeni, powolni, schorowani, egocentryczni, kłótliwi, zapominalscy, niedoinformowani, samotni, bierni, ubodzy… Kto z nas chciałby się znaleźć w tak określanej grupie? A przecież – jeśli będziemy mieli szczęście – w końcu wszyscy się w niej znajdziemy! Nasza kultura docenia głównie młodość, więc nic dziwnego, że boimy się starości. Lęk przed starością sprawia, że umacniamy negatywne stereotypy, w które kiedyś sami wpadniemy!

Pamiętam słynny eksperyment, gdzie grupę uczniów o zbliżonej inteligencji podzielono na dwie klasy. Uczniom jednej z klas zasugerowano, że są zdolniejsi od innych. Po pewnym czasie okazało się, że ci rzekomo zdolniejsi uczniowie osiągają dużo lepsze wyniki w nauce niż ich równie inteligentni koledzy. Wystarczyła świadomość, że są zdolniejsi! Były też eksperymenty, w których nauczyciel dostawał klasę przeciętnie zdolnych uczniów z informacją, że to klasa wyjątkowo uzdolniona. I ci uczniowie uzyskiwali wyniki znacznie lepsze od przeciętnej! Jeśli od starych ludzi oczekuje się, że będą coraz gorzej funkcjonować, to coraz gorzej funkcjonują. Ma to związek z procesem starzenia się, ale kto wie, jak by on wyglądał, gdyby nie nasze nastawienie?

Jak to odkręcić?

Jak zawsze warto zacząć od siebie. Co jakiś czas popatrzeć na to, co robimy, pomyśleć, czemu to służy, spojrzeć z perspektywy drugiej osoby, zapytać, co czuje, posłuchać. I nie dotyczy to tylko relacji ze starszymi osobami, ale ze wszystkimi, również, a może przede wszystkim, z dziećmi. Empatia, myślenie i wyjście poza stereotypy to klucz do lepszego świata.

Hanna Samson pisarka, psycholożka, terapeutka i trenerka. Autorka powieści, m.in. „Zimno mi, mamo”, „Pułapka na motyla”, „Miłość. Reaktywacja”, „Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu”, „Życie po mężczyźnie”, „Dom wzajemnych rozkoszy”. W Fundacjach Feminoteka i CEL pracuje z kobietami doświadczającymi przemocy, prowadzi warsztaty, terapię indywidualną i grupową. Od początku związana z magazynem „SENS”, 23 marca ukaże się zbiór jej felietonów zatytułowany „Sensownik” (Wydawnictwo Zwierciadło). Ambasadorka akcji „Solidarność Kobiet ma Sens”. Matka dorosłej córki. Mieszka w Warszawie

5 trudnych prawd o rodzinie
1. Trudne dzieciństwo to nie usprawiedliwienie, lecz kapitał, z którego możemy korzystać.
2. Opiekować się swoimi rodzicami mogą tylko dorośli, a nie dzieci.
3. Od matek wymagamy najwięcej i rozliczamy je surowo ze wszystkich niedoskonałości.
4. Wobec ojców stosujemy zwykle taryfę ulgową.
5. Lęk przed starością sprawia, że umacniamy negatywne stereotypy dotyczące starych ludzi, w które kiedyś sami wpadniemy.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>