fbpx

Indiańskie ceremonie

Indiańskie ceremonie
fot.123rf

Pracował w umieralni Matki Teresy, został porwany przez przemytników i medytował w aśramie Anthony’ego de Mello. Od lat bierze udział w jednym z najbardziej brutalnych rytuałów na świecie – indiańskim Tańcu Słońca. EDI PYREK, podróżnik, dziennikarz i trener, opowiada o swoich ceremoniach przejścia.
Zacznę banalnie, od pytania o tegoroczne wakacje…

Nie jeżdżę na wakacje. Za to cały czas podróżuję. Jeszcze jako mały chłopiec zrozumiałem, że – mówiąc górnolotnie – życie jest podróżą. Już samo przemieszczanie się sprawia, że coś odkrywasz, coś, co otwiera w twoim życiu jakiś nowy proces. Po latach podróżowania uświadomiłem sobie, że można podróżować na trzech poziomach. Na początku jedziesz turystycznie, by poznać świat. Potem chcesz lepiej go rozumieć, więc odbywasz podróże intelektualne. Trzecim poziomem są podróże duchowe. Kiedy osiągniesz ten stan, gdy każda wyprawa jest przede wszystkim podróżą do wewnątrz, nie musisz nigdzie wyjeżdżać.

Według twojego przyjaciela Jacka Walkiewicza, autora książki „Pełna MOC życia”, podróże są po to, żeby zobaczyć coś, co już znamy, ale nie zauważamy.

Tu się z Jackiem nie zgadzam, bo to stwierdzenie zakłada, że nasze myślenie się nie zmienia. Jacek zapomina o mocy słów i społeczności. Swego czasu w Stanach i w Wielkiej Brytanii przeprowadzono badania dotyczące przyczyn otyłości. Okazało się, że to, czy będziemy grubi, w dużej mierze zależy od ludzi, jakimi się otaczamy. Z kim przestajesz, takim się stajesz. Ale kiedy wchodzisz w inną społeczność, poznajesz jej sposób myślenia, sam zaczynasz myśleć inaczej. Przecież już mówiąc w innym języku, myślisz inaczej. Bo myślimy za pomocą słów. Indianie Hopi mają w swoim języku tylko czasowniki. U nas „człowiek”, „drzewo”, „świat” to rzeczowniki, coś nazwane, skończone, a u nich człowiek jest tym, co się „człowieczuje”, świat – tym, co się „światuje”. W ich języku, a zatem i w ich sposobie myślenia, zakodowana jest permanentna zmiana. Ale kiedy nie żyjesz z tymi ludźmi, to nie jesteś w stanie ich zrozumieć. Podróże sprawiają, że zaczynasz widzieć inaczej, patrzeć inaczej na świat. Jest taka bardzo poetycka książka Kennetha White’a, „Niebieska droga”, o jego podróży na Labrador. Pisze w niej, że znalazł się w miejscu, w którym musiał od nowa wymyślić język, nazywać rzeczy, bo jego własny język okazał się nieadekwatny do tego, co tam widział. Uznał, że oddać to może jedynie poezja.

Prawdziwa podróż jest momentem transformacji, rite de passage – rytuałem przejścia z jednego świata do drugiego. Wymaga za każdym razem nowego języka, nowego zespołu symboli, nowego myślenia. W prawdziwej podróży natykasz się na rzeczy, które burzą twój sposób postrzegania, działania, twój modus operandi. Zmuszają do skonfrontowania się z twoimi lękami, obawami, do zmiany paradygmatu myślenia na swój temat, na temat wartości, Boga, świata, rodziny, człowieczeństwa, lęku, odwagi…

Kiedy w twoim życiu pojawili się Indianie, o których piszesz w książce „Wszyscy jesteśmy Indianami”?

Zacznę od tego, że bardzo wcześnie osierocił mnie ojciec. Kiedy umarł, zdałem sobie sprawę, że nikt mnie nie nauczył, jak się golić, jak być mężczyzną, partnerem, ojcem, co znaczy być facetem. Ale w wieku 14 lat poznałem wielkiego gnostyka Jerzego Prokopiuka, który założył szkołę dla mnie i dla moich znajomych i uczył nas o Jungu, Freudzie, uczył myślenia. To były niezwykłe lekcje, jednak brakowało mi doświadczeń emocjonalnych, fizycznych. Zacząłem zatem jeździć po świecie.

Zobacz: kosmetyki online wyprzedaż

Na studiach wziąłem dziekankę i wybrałem się do Indii, pracowałem w umieralni u Matki Teresy, zostałem porwany przez przemytników narkotyków w Pakistanie. Udając syna radży z Radżastanu i rosyjskiej śpiewaczki operowej, jeździłem na wyspy Andamany w Zatoce Bengalskiej, gdzie nie wpuszczano nawet reporterów „National Geographic”. Zaczytywałem się wówczas w Anthonym de Mello. Kiedy dowiedziałem się, że ma aśram koło Puny w Indiach, postanowiłem tam pojechać. Przyjęli mnie, ale okazało się, że mój kurs ruszy dopiero za pół roku. Postanowiłem więc wykorzystać tę przerwę i pojechać do Stanów. Zadzwoniłem do znajomego psychologa, który interesował się wówczas Indianami, a on zaproponował, żebym przyjechał na rytualny Taniec Słońca do Indian Czarnych Stóp. Potem okazało się, że Chief Moon, szaman Czarnych Stóp, miał wizję, że mam wziąć udział w tym tańcu. I tak pojechałem do Alberty do Kanady do Blood Reserve, nie mając pojęcia, w co się pakuję. Pojechałem i przetańczyłem u Indian siedem lat. To było jedno z najważniejszych doświadczeń w moim życiu.

W jaki sposób zdobywa się zaufanie takiej zamkniętej wspólnoty jak Indianie?

Za każdym razem inaczej. Na pewno pomaga, jeśli zostaniesz do niej przez kogoś wprowadzony. Ale bywa różnie. Po Tańcu Słońca szukałem po całych Stanach szamana pejotlowego. Tak trafiłem do rezerwatu indiańskiego w Teksasie. I mimo że przyjechałem z polecenia, to przez cztery dni szaman nie pozwolił mi spać w swoim domu, choć w ciągu dnia zapraszał do środka na rozmowy. W nocy spałem dosłownie na jego wycieraczce pod drzwiami. Po czterech dniach zaprosił mnie na ceremonię, zrozumiał, że mi zależy. W kontaktach z Indianami ważne jest, by okazać sobie nawzajem szacunek, to w końcu my przychodzimy do cudzego domu i powinniśmy przyjąć zasady, jakie w nim obowiązują. Wreszcie ważna jest pokora, ale też partnerskie traktowanie drugiego człowieka i determinacja. Jestem tu, by się czegoś od was nauczyć, pokażcie mi.

Taniec Słońca to dość brutalny rytuał inicjacyjny, kiedy przez cztery dni nie jesz, nie pijesz, tańczysz wokół drzewa przypięty do niego kołkami wbitymi w skórę, krwawisz…

W każdym momencie możesz taniec przerwać, możesz uznać, że ból jest za silny, że nie tym razem. Nikt ci nic nie powie, nikt cię nie będzie osądzał, tylko ty będziesz wiedzieć. To prawda, nie muszę przechodzić przez takie cierpienie, ale ja chcę to robić, bo modlę się za kogoś, chcę coś zrozumieć… – powodów tańca są miliony. Podczas tej inicjacji człowiek nabiera ogromnej pokory i ogromnej świadomości, że – cytując Stefana Żeromskiego – „wszystko, co chce, uczynić może”.

Jest takie indiańskie powiedzenie: „Kiedy woła cię Bóg, rozbierz się z całej swojej światowości i wejdź na szczyt góry”. Nagle zdajesz sobie sprawę, że dom, samochód, to, co posiadasz, kompletnie nie ma znaczenia, że wszystko należy do Boga. Na swojej drodze stajemy przed wieloma wyborami, ale za każdym razem chodzi o to, by mieć odwagę zawalczyć o własne życie. I taką walką jest dla mnie Taniec Słońca. Możesz wykonywać pracę, której nie chcesz, żyć wśród osób, które cię nie rozumieją, powtarzać te same rzeczy od lat, albo być szczęśliwym i robić to, co cię cieszy, być z ludźmi, których kochasz, mieć zajęcie, które lubisz. Podróże i moi nauczyciele nauczyli mnie, że należy walczyć o swoje. W pewnym momencie trzeba powiedzieć: „Dosyć, czas na transformację”. I Taniec Słońca jest taką chwilą, kiedy stajesz przed słupem i mówisz: „Dosyć. Nie ruszę się z tego miejsca, dopóki czegoś nie zrobię, nie zmienię w sobie”. Za każdym razem chodzi o świadome przechodzenie z jednego pokoju do drugiego, z jednego stanu do drugiego. Bo człowiek jest czasownikiem, a nie rzeczownikiem, ciągle się zmienia.

Rytuały pomagają to zaakceptować? Zaakcentować?

Całe nasze życie jest procesem inicjacji, tylko albo sobie to uświadamiamy, albo nie. W pewnym momencie inicjacją jest to, że nauczyłeś się czytać, potem, że czytasz Sokratesa, za każdym razem to inny poziom i za każdym razem proces inicjacji polega na tym, że trzeba zabić swoje stare postrzeganie świata, rozumowanie, by narodzić się dla nowego. Posłużę się cytatem z Biblii: „Jahwe mówi do Mojżesza: najpierw musisz opuścić dom matki i ten cały zamęt, którego ona była przyczyną; potem dom ojca i ten cały zamęt, którego on jest przyczyną, a na końcu swój dom i ten cały zamęt, którego ty jesteś przyczyną. I dopiero wtedy doprowadzę cię do ziemi obiecanej”. Dom matki to nasze geny, lęki i obawy, które zawarte są w tych genach. Boimy się lękami naszych dziadków, jesteśmy sumą tych lęków. Dom ojca to społeczność, w której istniejesz. Musisz zrozumieć, jakie elementy ciebie nie są twoimi elementami, tylko są częścią ludzi, których poznałeś. Twój dom to wszystkie doświadczenia, jakie zebrałeś. Trzeba uświadomić sobie, skąd się pewne rzeczy biorą, jakimi ludźmi się otaczamy. Za każdym razem moment przejścia jest po to, by wszystko przeanalizować i wejść w nowe, zrozumieć, co odrzucamy i co w sobie zmieniamy.

Trudno jest świadomie przechodzić momenty inicjacji w dzisiejszym pędzącym świecie.

To prawda. Ale w życiu trzeba mieć swój punkt odniesienia. Kiedyś zajmowałem się derwiszami. Raz zapytałem jednego z nich, jak to robią, że kiedy tak kręcą się w kółko, nie zbiera im się na wymioty. Powiedział mi, że kiedy uczą się kręcić, patrzą na swój kciuk. To jest ich punkt odniesienia. Zdałem sobie sprawę, że takie podejście przekłada się na życie. Kciuk jest wartością, wokół której – i znowu: świadomie lub nie – budujemy swoje życie. Dla kogoś „kciukiem” może być dom, praca, bezpieczeństwo, doskonałość… Moim kciukiem, czyli punktem odniesienia, jest wolność. Podejmowałem decyzje zawodowe zawsze w oparciu o pytanie, czy to, co zrobię, zwiększy moją wolność, czy ją ograniczy. Zapytałem się ostatnio: Co będzie, jeśli czegoś nie zrobię? Mam pięcioletniego syna i uświadomiłem sobie, że przez najbliższe lata będę ograniczony polskim systemem edukacji. Statystyka mówi, że ojciec w Polsce świadomie spędza z dzieckiem 17 minut dziennie. Zadałem sobie pytanie, co będzie, jeśli tego nie zmienię, i nie spodobała mi się odpowiedź. Wyprowadzanie syna do szkoły, wywiadówki, szkolne teatrzyki, wakacje dwa razy do roku… Horror! Dlatego wyprowadzamy się z Polski i znowu zaczynamy od nowa w innym miejscu, czyli gdzieś w drodze. Chcę więcej czasu spędzać z moją żoną, moim synem i… ze sobą. Bo dla mnie największą wartość ma czas. Mam 44 lata, to jest moment, kiedy w Polsce jest się albo prorokiem, albo mesjaszem. Postanowiłem resztę życia spędzić tylko na rozwijaniu się i byciu z moją rodziną. Będziemy szukali domu.

Jesteś bardzo zajętym człowiekiem. Jak znajdujesz czas na bycie uważnym, na świadome życie?

Jest łatwiej, kiedy wiesz, czego chcesz, wtedy wszystko się układa, jesteś jak na fali. Dzięki podróżom nauczyłem się łączyć ze sobą rzeczy, tworzyć powiązania, fuzje. Świat to zespół naczyń połączonych, trzeba tylko umieć z tego korzystać, zrobić jak najwięcej jak najmniejszym kosztem pracy. Chodzi po prostu o skuteczniejsze wykorzystywanie rytuałów, zachowań, bo żyjemy nawykowo. Niektórzy twierdzą, że 70 proc. naszych działań to zachowania nawykowe, czyli te same, codziennie powtarzane czynności. Jedynie niewielki procent to nowe zachowania. Ale to właśnie one czynią nas szczęśliwymi. Powtarzalność daje bezpieczeństwo, zmiana – szczęście… A podróże to właśnie wieczna zmiana.

Edi Pyrek podróżnik, mówca, trener i terapeuta. Jeden z pionierów niskobudżetowego podróżowania łączonego z dziennikarstwem. Od 16 lat zajmuje się doradztwem biznesowym oraz coachingiem. Po 11 września 2001 pracował jako negocjator pokojowy między szefami afgańskich plemion. Autor książek, m.in.: „Do Indii za 30 dolarów” czy „Światy równoległe”. Obecnie pisze kolejną książkę poświęconą biznesowi „Religia marki” (wyd. Helion)