fbpx

Jak pomóc Syrii? Rozmowa z lekarką, bohaterką filmu „The Cave. Szpital w ogniu”

Jak pomóc Syrii? Rozmowa z lekarką, bohaterką filmu "The Cave. Szpital w ogniu"
Dr Amani Ballour w swoim domu w Gaziantepie, mieście w południowej Turcji, w pobliżu granicy z Syrią. (Fot. Forum)

Wiedza na temat tego, co dzieje się w Syrii, jest bardzo ograniczona. „Wojna” to złe słowo. Według mnie na wojnie jest co najmniej dwóch w miarę równych sobie przeciwników. W naszym wypadku było inaczej – mówi Amani Ballour, lekarka, bohaterka „The Cave. Szpital w ogniu”, nominowanego do Oscara dokumentu, który opowiada o pracy podziemnego syryjskiego szpitala.

Jest pani lekarką, uciekinierką z Syrii. A w lutym była pani na uroczystości wręczenia Oscarów, później na festiwalu w Berlinie. Czym się pani teraz zajmuje?
Zimą jeździłam po świecie z „The Cave”. Promocję filmu wykorzystujemy do zbierania pomocy dla Syrii. Tam teraz jest gorzej niż kiedykolwiek przedtem. W północno-zachodniej części kraju ponad milion uchodźców wewnętrznych desperacko potrzebuje wsparcia. W wielu miejscach cywile są bombardowani przez rosyjskie samoloty, ostrzeliwani przez wojska rządowe, w klinczu między siłami Al-Asada a zwalczającymi go ugrupowaniami. Sytuację dodatkowo utrudnia pandemia. Ze względu na koronawirusa musiałam też przerwać kampanię zbierania funduszy. Jeżdżenie po świecie i opowiadanie o sytuacji w mojej ojczyźnie stało się chwilowo niemożliwe, ale to nie znaczy, że Syryjczycy przestali potrzebować wsparcia.

Jak widzowie reagują na film?
Często są zszokowani. Wiedza na temat tego, co dzieje się w Syrii, jest bardzo ograniczona. Wiadomo, że toczy się tam wojna i tyle. Mało kto zna szczegóły. To, co widać na filmie, że ofiarami bombardowań i ostrzałów są cywile, jest dla wielu wstrząsające. Uchodźcy wewnętrzni nie mają zapewnionych podstawowych warunków do życia. Brakuje schronienia, jedzenia, lekarstw. Wielu widzów przed projekcją nie zdawało sobie sprawy, jak bardzo ten konflikt dotyka ludność. Myśleli, że to starcie pomiędzy terrorystami a Al-Asadem, tymczasem oglądając „The Cave”, zobaczyli, że główną ofiarą wojny są bezbronni mieszkańcy. Wyjaśniam im, jak to wszystko wygląda w rzeczywistości. Wiedząc to, ludzie są bardziej skłonni pomagać.

Minęły już blisko dwa lata, odkąd wyjechała pani z Syrii.
Próbowałam zostać, wcale nie chciałam wyjeżdżać. Ale byliśmy do tego zmuszeni. Teraz moje najważniejsze zadanie to zdobyć jak najwięcej pomocy dla tych, którzy tam zostali.

Co dzieje się we Wschodniej Ghucie, na przedmieściach Damaszku, gdzie był pani szpital? Z ludźmi, którzy tam żyją?
Kiedy wyjeżdżałam, część ludzi, także pracowników szpitala, postanowiła zostać. Między innymi dwaj lekarze. Kiedy Ghuta została zajęta przez siły rządowe, obaj zostali aresztowani. Jeden zginął w więzieniu, drugi nadal siedzi za kratami. Podobny los spotkał wielu mieszkańców. Mężczyzn wcielono do armii rządowej. W rezultacie w Ghucie zostali prawie sami starcy, kobiety i dzieci. Wszyscy żyją w strachu. Mają utrudniony kontakt z rodzinami, z których część trafiła na północ Syrii, na przykład do Idlibu.

Chciałam porozmawiać trochę o pani życiu sprzed wojny. Szczególnie o tym, dlaczego została pani lekarką.
W szkole nie marzyłam o zawodzie lekarza. Chciałam być inżynierem. Niestety, w moim środowisku pokutował określony stereotyp kobiety: powinna jak najszybciej wyjść za mąż, urodzić dzieci i zajmować się domem. Mój tata w ogóle był przeciwny, żebyśmy ja i moje siostry szły na studia. A już mój wymarzony zawód wydawał się zupełnie nie do przyjęcia dla mojego otoczenia. Nieraz słyszałam, że dziewczynki nie nadają się na inżynierów. Ale byłam wzorową uczennicą i mogłam studiować medycynę. Lekarze są w Syrii bardzo szanowani, dlatego moi bliscy się na to zgodzili. Po kilku latach na medycynie i ja się do niej przekonałam. Postanowiłam zrobić specjalizację z pediatrii. Lubię dzieci. To niesamowite uczucie, kiedy możesz pomóc jakiemuś dziecku.

Kiedy zaczęła pani pracować, trwała już wojna?
„Wojna” to złe słowo. Według mnie na wojnie jest co najmniej dwóch w miarę równych sobie przeciwników. W naszym wypadku było inaczej. Wiosną 2011 roku ludzie zaczęli demonstrować, armia zaczęła do nich strzelać, a później ich bombardować. Zostaliśmy okrążeni, utrudniano nam dostęp do podstawowych dóbr. Jak można coś takiego nazywać wojną? Ludzie wojny nie chcieli. Zostałam z nimi, żeby im pomagać jak tylko umiałam. Zaczęły ginąć kobiety, dzieci. Każdy mógł stracić życie. Ofiar przybywało w zawrotnym tempie.

Już wtedy pracowała pani z tym samym zespołem lekarzy, który poznajemy na filmie „The Cave”?
Tak. Zaczęły się bombardowania szpitali, więc znaleźliśmy miejsce w podziemiach budynków i tam urządziliśmy szpital. Od początku pracowałam z doktorem Salimem i kilkoma innymi lekarzami. Było z nami też wielu ochotników. Szpital stopniowo się rozrastał.

Przychodziliście tam tylko do pracy czy mieszkaliście na stałe?
Teoretycznie wracaliśmy po pracy do domów. Ale jak był ostrzał, to zostawaliśmy. Także wtedy, kiedy mieliśmy więcej pacjentów. W czasie silnych bombardowań czy ataków gazem nie było mowy o opuszczaniu szpitala, pracowało się dzień i noc. W rezultacie chyba więcej czasu spędzaliśmy w szpitalu niż we własnych domach.

Był taki dzień, moment, który najbardziej pani zapamiętała?
21 sierpnia 2013 roku. To był dzień, kiedy reżim po raz pierwszy użył w Ghucie broni chemicznej przeciwko cywilom. Widziałam setki krztuszących się, umierających na moich oczach ludzi, większość to były dzieci. Było nas za mało, by wszystkim pomóc. Brakowało masek tlenowych i innego sprzętu. Musieliśmy wybierać, kogo będziemy ratować, bo wszystkich się nie dało. To, że musiałam wybierać, komu z setek duszących się wokół mnie osób będę mogła pomóc, było najgorsze. Tej nocy ponad tysiąc osób straciło życie.

Jak pomóc Syrii? Rozmowa z lekarką, bohaterką filmu "The Cave. Szpital w ogniu"
Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe)

Jak pani dokonywała tego wyboru?
Pamiętam, że ciągle szukałam leków. Kiedy wracałam, siadałam na ziemi i zaczynałam od tych dzieci, które były najbliżej mnie. Ludzie wiedzieli, że jestem pediatrką, gromadzili się wokół mnie, wciąż przynosząc kolejne poszkodowane dzieci. Wiele z nich umarło, nie doczekawszy pomocy.

Skąd brała pani siłę?
Pomagała mi nadzieja, że to się kiedyś skończy. Choć muszę przyznać, że po tym pierwszym ataku długo nie mogłam się pozbierać. Byliśmy przekonani, że wszyscy umrzemy. Właśnie dlatego zgodziłam się na kręcenie filmu. Ekipa spędziła z nami blisko dwa lata, aż do momentu, kiedy zmuszeni byliśmy wyjechać. To był jedyny sposób, żeby świat się dowiedział, co w ogóle działo się na tej wojnie, żeby zostało jakieś świadectwo.

Na filmie widzimy atak chemiczny, ale to nie był ten, o którym właśnie mi pani opowiedziała.
Nie, to był już kolejny, jeden z wielu. Mieszkańcy Ghuty przeżyli ich znacznie więcej. Tego pierwszego nikt nie nakręcił. Początkowo nawet nie wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z bronią chemiczną. Sarin, czyli gaz, którego użyto do przeprowadzenia tego ataku, jest bezwonny. Atak, który widziała pani na filmie, był przeprowadzony za pomocą chloru. On ma mocny, charakterystyczny zapach.

Część pacjentów i współpracowników szpitala miała za złe, że główny lekarz, doktor Salim, akurat panią mianował menedżerką szpitala. Ten sprzeciw był trudny dla pani?
Pracowałam w szpitalu cztery lata, zanim zostałam menedżerką. Jako szeregowa lekarka byłam przez wszystkich akceptowana. Ludzie są przyzwyczajeni do pediatrek, ginekolożek, nikogo nie dziwi, że kobieta wykonuje taki zawód. Problemy zaczęły się, kiedy objęłam kierownicze stanowisko. Jedyną przyczyną niezadowolenia była moja płeć. Ten sprzeciw był dla mnie frustrujący. Wynikał z uwarunkowań kulturowych. Ale to tylko zwiększyło mój upór. Postanowiłam, że się nie poddam i będę starała się zmienić tę kulturę. Przecież pomiędzy mężczyznami a kobietami nie ma takich różnic, które by sprawiały, że miałybyśmy być gorszymi menedżerkami niż mężczyźni.

Czy Ghuta jest jakoś szczególnie konserwatywna na tle reszty Syrii?
Niespecjalnie. Generalnie młodzi ludzie są bardziej liberalni, starsi – bardziej konserwatywni. W dużych miastach, jak Damaszek, do kobiet na kierowniczych stanowiskach ludzie już dawno przywykli. Ale na przedmieściach, takich jak Ghuta, a w szczególności na wsiach, to jest wciąż trudne do zaakceptowania.

Wojna ma jakiś wpływ na obyczajowość ludzi? Ten konserwatyzm, charakterystyczny dla części społeczeństwa, jeszcze się zaostrzył czy wręcz przeciwnie, osłabł?
Wojna nie ma na to wpływu. Poczucie, że kobiety nie nadają się do pełnienia pewnych ról, jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Dziwiło mnie, że w czasie wojny, kiedy ludzie szczególnie nas potrzebowali, te patriarchalne stereotypy liczyły się bardziej niż pragmatyczna potrzeba pomocy. Dla niektórych to był prawdziwy problem.

W tym koszmarnym czasie zdarzały się też szczęśliwe chwile? A może przynajmniej wesołe?
Staraliśmy się je wytworzyć. Chcieliśmy przeżyć, mimo wszystko, potrzebowaliśmy siły, by pomagać innym. Śmiech był nam do tego niezbędny. Żyliśmy w szpitalu jak wielka rodzina. Jedną z takich szczęśliwych chwil były moje urodziny. Wzruszyłam się, że moje koleżanki i moi koledzy pamiętali o tym dniu i zrobili wszystko, żebym poczuła się dobrze. To było takie miłe.

W „The Cave” widzimy, jak opuszczacie szpital, w którym już nie da się pracować. Wsiadacie do autobusu i odjeżdżacie. Na tym kończy się film. Co działo się później?
Przez trzy miesiące mieszkałam w Idlibie, na północy Syrii, potem przejechałam do Turcji. Niedługo później wyszłam za mąż. Mój mąż też jest Syryjczykiem, poznaliśmy się w Turcji.

Na ile pani życie zmieniło się po premierze filmu?
Poczułam ogromną odpowiedzialność. Zrozumiałam, że muszę za wszelką cenę wykorzystać to, że stałam się rozpoznawalna. Ludzie poznają prawdę dzięki mojej historii. To mnie zobowiązuje, żeby przysłużyć się sprawie Syrii, namawiać do pomagania.

Już nie pracuje pani jako lekarka?
Nie, od kiedy wyjechałam z Ghuty, nie pracowałam w zawodzie.

Nie brakuje pani tej pracy?
Zdecydowałam, że nie będę już pediatrką. Praca w szpitalu mnie straumatyzowała. W Idlibie próbowałam znów pracować, ale nie byłam w stanie. Każde chore, cierpiące dziecko przypominało mi dzieci ze szpitala w Ghucie. To było zbyt trudne, nie byłam w stanie tego znieść. Przed oczami stawały mi ciała zmarłych dzieci, których nie zdołałam uratować.
Teraz pracuję dla belgijskiej fundacji [King Baudouin Foundation – przyp. aut.] niosącej pomoc humanitarną. Utworzyliśmy fundusz pomocy kobietom i dzieciom z obszarów objętych konfliktem. Wiele młodych dziewcząt z Syrii, a także z innych krajów, nie może się uczyć. Część z powodu wojny, a część także ze względu na patriarchalną kulturę. Trzeba to zmienić i ja próbuję to zrobić.

Kiedy teraz myśli pani o Syrii, co pani widzi? Kraj sprzed wojny czy ruiny, które widziała pani, wyjeżdżając z Ghuty?
Syria jest teraz bardzo zniszczona. Sytuacja jest gorsza niż kiedykolwiek w czasie tej trwającej już dziewięć lat wojny. Reżim rozpoczął nową batalię przeciwko cywilom na tak zwanych ziemiach wyzwolonych. Przez kilka ostatnich miesięcy domy straciło milion ludzi. Nie mają gdzie uciec. Obozy dla uchodźców na północy kraju, przy granicy tureckiej, są przepełnione. Kiedyś marzyliśmy, że w Syrii zapanuje wolność, że odzyskamy godność, że będziemy się cieszyć pełnią praw. Teraz już tylko chcę pomóc tym ludziom, żeby nie umarli. Dać im dach nad głową, choćby namiot, i coś do jedzenia.

Jak pomóc Syrii? Rozmowa z lekarką, bohaterką filmu "The Cave. Szpital w ogniu"
Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe)

Co jest dla pani najtrudniejsze w życiu na wygnaniu?
Nie czuję, że osiadłam. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że zostanę uchodźczynią, a tak się stało. Wciąż nie czuję się bezpieczna. Niepokój jest głęboko we mnie, prześladuje mnie wszędzie, gdzie jestem. Myślę, że zmieni się to dopiero, kiedy będę mogła wrócić do Syrii. Żyję wśród Syryjczyków, wszyscy mamy podobne wspomnienia i nachodzą nas podobne myśli. Przedtem mieszkałam w Turcji, ale pandemia zastała mnie w Niemczech, gdzie byłam w związku z berlińskim festiwalem filmowym. Zastanawiam się, czy tu nie zostać. Nie sądzę, żeby w ciągu najbliższego czasu coś się zmieniło, ale wierzę, że nadejdzie chwila, gdy powrót do ojczyzny będzie możliwy.

Jak pomóc Syrii? Co może zrobić zwykły mieszkaniec Zachodu, który żyje bezpiecznie gdzieś w Europie czy USA?
Każdy może pomóc. Możecie na przykład starać się wpływać na waszych polityków. Domagać się od nich, żeby oni wywierali presję na Rosję i na reżim Al-Asada. Tylko tak można powstrzymać bombardowania cywilów – szkół, szpitali, domów mieszkalnych – i skończyć tę wojnę. Presja jest potrzebna również po to, żeby do Syrii została wpuszczona pomoc humanitarna. No i każdy może też wpłacić datek, nawet najmniejsza suma ma znaczenie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze