fbpx

Jak robić nic, czyli manifest użytecznej bezużyteczności

Jak robić nic, czyli manifest użytecznej bezużyteczności
Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Przekonuje jednak, że warto się go nauczyć. (Fot. iStock)

Presja efektywności sprawia, że nawet odpoczynek musi przynosić jakieś korzyści. W czasie wolnym czytamy bestsellery albo zajmujemy się modnym hobby, żeby się potem pochwalić w towarzystwie. Albo uczymy się języka obcego, który wzmocni naszą pozycję na rynku pracy. Dlaczego nicnierobienie jest takie stresujące?

Obostrzenia związane ze wzrostem zachorowań na COVID-19 sprawiły, że wiele osób wróciło do pracy zdalnej; a część nie miała nawet okazji z niej wyjść i wrócić do biura. Jasne, komfort takiej pracy polega na tym, że możemy w każdej chwili zrobić obiad, pomóc dzieciom w lekcjach czy poćwiczyć jogę, ale wszechobecność technologii sprawia, że ponieważ jesteśmy cały czas dostępni, nigdy tak naprawdę nie przestajemy pracować. Praca związana z obecnością w biurze nadaje jakieś ogólne ramy naszym zawodowym zobowiązaniom, a „po godzinach” możemy trochę zwolnić – zdalna na to nie pozwala, bo przecież zawsze możemy odebrać telefon czy podejść do komputera. I nawet gdy sami próbujemy to ograniczyć, to trudno nam zamknąć laptop. Raz, że często zaraz będziemy oglądać na nim serial. Dwa, że pozornie choćby wychodząc z trybu „praca”, wchodzimy w inny tryb zadaniowy, który nazywa się „pożyteczne i atrakcyjne zadania do wykonania w czasie wolnym”.

Od wyzwania do wyzwania

Można zrzucić winę na media społecznościowe, gdzie wciąż chwalimy się naszym idealnym życiem, czy na powszechnie przyjmowaną wiarę, że tylko nieustanny rozwój i inwestowanie w siebie uczyni nas takimi, jakich będzie podziwiał i pragnął świat. Faktem jest jednak, że jeśli już pozwalamy sobie na odpoczynek, to koniecznie aktywny, jak sport, aerobik, może bieganie, bo wciąż modne, może zumba, nawet jeśli tylko online. Koniecznie języki, nie próżnujmy, przecież w końcu polecimy na Maderę czy do Japonii. Czytanie – tylko polecone, wysoko ocenione lektury, których zdjęciem przed i komentarzem po możemy zabłysnąć na Facebooku. Modne jest teraz ogrodnictwo balkonowe, więc pilnie pielimy grządki i pokazujemy znajomym zdjęcie pierwszych pomidorów. Warto też upiec chleb…

Tornado kreacji i imperatyw efektywności, w które codziennie wpadamy, sprawiają, że także czas wolny – gdy już nam się wydarzy – postrzegamy jako okazję do wykazania się. Tylko pytanie: przed kim? Czy jeśli chwilę porobimy nic, po prostu siedząc przed oknem i patrząc na chmury albo słuchając ptaków ćwierkających w drzewie obok naszego bloku, to stanie się coś złego?

Problem jest oczywiście szerszy, ponieważ wiąże się ze stresem, który odczuwamy na każdym kroku, nie tylko w pracy, ale także w domu, bo cały czas mamy poczucie, że się nie wyrabiamy: z wyprowadzaniem psa na spacer, z pomocą starszym, z pracami domowymi… Stres towarzyszy nam na każdym kroku, od przejścia przez ulicę po lęk związany z pandemią, zmianami klimatu, obawami o własną pracę czy zdrowie najbliższych. A gdy cały czas drąży nas niepokój, to trudno się odprężyć podczas czytania książki, gotowania czy zabawy z dzieckiem. Ten sam stres sprawia, że wpadamy w efektywne odpoczywanie, byle tylko robić coś pożytecznego, byle za sobą nadążyć.

Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Ale po kolei.

Można powiedzieć, że autorka należy do amerykańskiej klasy uprzywilejowanej. Urodziła się w samym sercu Doliny Krzemowej, od zawsze otaczały ją komputery, pracuje z nowymi technologiami, ale jest też artystką i wykłada na Uniwersytecie Stanforda, jednym z najbardziej prestiżowych w Stanach Zjednoczonych. I choć wydawałoby się, że jest ostatnią osobą, która będzie podważać sposób działania mediów społecznościowych i filozofii bycia zawsze online, uznała, że ma dość bycia niewolnikiem ekonomii uwagi. Jej tytułowe „robienie nic” nie ma nic wspólnego z wyjazdem na urlop, by odpocząć i po powrocie być jeszcze bardziej produktywnym, a jest tak naprawdę formą sprzeciwu wobec polityki firm, które oczekują od nas bycia nieustannym konsumentem, pracującym po to, by wydawać i użytkować. Bo kiedy to robimy, jesteśmy… no właśnie, użyteczni. „Użyteczność? Ale na czyj użytek? Podobne pytanie przychodzi mi do głowy, kiedy dam sobie wystarczająco dużo czasu, żeby odejść o krok od kapitalistycznej logiki naszego obecnego rozumienia produktywności i sukcesu. Produktywność? Ale co mamy produkować? Sukces? W jakim sensie i dla kogo?” – pyta Odell.

Ekonomia uwagi

Amerykanka szybko odziera nas z iluzji, że podpowie, jak się zrelaksować. Ale w rzeczywistości daje nam dużo więcej. Pojęciem kluczowym jest tu wspomniana ekonomia uwagi. Jesteśmy otoczeni informacją, przebodźcowani nią, dostajemy jej za dużo – w pracy, w domu, w drodze do pracy i domu, korzystając z komputerów, tabletów, gazet, smartfonów, czytając niusy na ekranach tramwajów, autobusów czy w metrze. Podaż jest za duża, popyt ograniczony. Dlatego nasza uwaga stała się taka cenna, bo jest prawdopodobnie ostatnią redutą, jaka nam została w korporacyjnej walce o nasze możliwości konsumenta. W wywiadzie dla „Los Angeles Times” Jenny Odell wyjaśnia, że pomysł na robienie niczego wziął się z jej niezgody na następujący stan: zbyt wielu informacji przyjmowanych przez zbyt długi czas, połączonego z próbą zrobienia zbyt wielu rzeczy naraz „Nicnierobienie oznacza próbę przyzwolenia na odrobinę pustki w naszym życiu” – mówi. W książce przytacza z kolei dialog „O krótkości życia” Seneki, w którym filozof opisuje przerażenie, z jakim człowiek uświadamia sobie, że życie przeleciało mu przez palce i porównuje je do otrząśnięcia się po godzinie spędzonej na „tępym przeglądaniu Facebooka”. Autorka proponuje, by w czasach, gdy nasze przebodźcowanie stało się faktem, przestawić się z FOMO (fear of missing out – lęku przed byciem nie na bieżąco ) na NOMO (necessity of missing out), czyli konieczność, by coś nas ominęło. I radzi, by nie tyle wylogować się na dobre z Facebooka, Instagrama czy Twittera, a raczej przekierować uwagę i znaleźć na tyle ciekawe środowisko wokół siebie, by świat mediów społecznościowych stracił na atrakcyjności, a produktywność przestała być priorytetem. Nawołuje, by wykorzystać formę łagodnego sprzeciwu wobec systemu, czyli robienie rzeczy nieproduktywnych.

Nic nie robić, czyli…?

Sama Odell znalazła ukojenie w położonym niedaleko od jej mieszkania ogrodzie różanym. Spacerując tam codziennie, coraz dłużej przesiadywała wśród drzew i krzewów, czytała książki, potem zaczęła jeździć do innych parków na terenie stanu. Coraz bardziej odpowiadały jej brak zasięgu, samotność i wyciszenie. Zaczęła dostrzegać otaczającą ją przyrodę, szukać nazw ptaków, których trele ją zachwycały. Choć zabrzmi to naiwnie, dopiero przyroda sprawiła, że pojęła wagę innych spraw, niż tylko bycia użytecznym dla pracy, korporacji, dla systemu. Pisze więc o potrzebie bycia bezużytecznym dla systemu (bo przekierowała swoją uwagę gdzie indziej), ale jakże użytecznym dla innych – dla zwierząt, ludzi, przyrody. Odkrywa świat aktywizmu społecznego, postawę opiekuńczości wobec siebie i innych, bycia pomocnym dla innych.

„Mam nadzieję, że idea robienia niczego w przeciwieństwie do obsesyjnego pędu ku produktywności pomoże odnowić tożsamość jednostek, które będą następnie odbudowywać wspólnoty – ludzkie i pozaludzkie. A nade wszystko mam nadzieję, że pomoże ludziom odnaleźć takie sposoby nawiązywania kontaktów, które będą niosły ze sobą treść, wsparcie i okażą się całkowicie niedochodowe dla korporacji, których metryki i algorytmy nigdy nie miały racji bytu w rozmowach na temat naszych przemyśleń, uczuć i naszego przetrwania” – pisze w swoim manifeście. I dodaje, że przebywanie w samotności na łonie natury, obserwacja i zwykłe kontakty towarzyskie powinny być postrzegane nie tylko jako cel sam w sobie, ale jako niezbywalne prawo każdego, kto ma to szczęście, że żyje.

Co robić, gdy robi się nic? Jenny Odell z pewnością odpowiedziałaby: wykasuj media społecznościowe, nie pracuj w nadgodzinach i spędzaj czas na tym, co możesz mieć za darmo – długich spacerach, obserwowaniu ptaków, czytaniu książki w parku lub ogrodzie botanicznym, chodzeniu po lesie i angażowaniu się w działalność społeczną lub wolontariacką, która nie przynosi pieniędzy, za to ogromną satysfakcję, a dodatkowo nie przysparza zysku wielkim korporacjom.

Psycholodzy i najnowsze badania wskazują, że bezinteresowna pomoc i praca społeczna rzeczywiście dają nam dużo satysfakcji i poczucie sprawczości. Może więc do kategorii „odprężenie w czasie wolnym” warto też wrzucić kontakt z przyrodą, dbanie o środowisko naturalne, bezinteresowną troskę o rodzinę i przyjaciół, ale też dążenie do tego, by nasz świat stał się choć odrobinę lepszym miejscem – dla nas, dla potrzebujących ludzi i dla całej Ziemi. To może nam dodać energii i wzmocnić bardziej niż masaż kamieniami czy weekend w spa… byle znowu nie podciągnąć tych czynności pod imperatyw efektywności.

Jak robić nic, czyli manifest użytecznej bezużyteczności
Polecamy: „Jak robić nic? Manifest przeciw kultowi produktywności”, Jenny Odell, wyd. Mova

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze