Kiedy rodzice stają się dziećmi

Niechęć do starszych osób, którą dość często możemy zaobserwować, wynika właśnie z tego, że są oni namacalnym dowodem naszej własnej skończoności. (Ilustracja Anna Glik))

Opieka nad starszymi rodzicami bywa wyczerpująca. Fizycznie i, z różnych powodów, emocjonalnie. Ale… „Nie należy pacyfikować wszelkich życiowych aspiracji, by wypełniać obowiązek. Opiekun ma prawo mieć od tej pracy wolne. I nie tylko po to, by złapać oddech, ale po to, by korzystać z przyjemności, mieć swoje życie intymne. Nie trzeba przejść na tryb całkowicie ofiarniczy, by wystarczająco dobrze zaopiekować się rodzicem”, mówi psychoterapeuta Paweł Droździak.

Przychodzi moment, kiedy role się zamieniają, stajemy się opiekunami naszych rodziców. To bywa trudne, z wielu względów. Ciężko jest np. patrzeć, jak rodzic z dnia na dzień słabnie…
To bywa bolesne, ale też wywołuje w nas lęk. Często jest tak, że dla tego dorosłego już dziecka, opiekuna to pierwszy tak dojmujący moment, kiedy zaczyna czuć, że czas płynie, także dla niego. Widzimy, jak gaśnie nasz rodzic, i zaczynamy rozumieć, że dla nas też zamknął się pewien etap. Niechęć do starszych osób, którą dość często możemy zaobserwować, wynika właśnie z tego, że są oni namacalnym dowodem naszej własnej skończoności. A my cały czas chcemy mieć poczucie niezwyciężoności, nowych możliwości. Tymczasem widok tego starszego człowieka, jego słabości i niemożności, uświadamia nam, jak to się nieodwołalnie musi potoczyć, także dla nas… To się odbywa na poziomie świadomym lub nieświadomym, ale w jednym i drugim przypadku jest źródłem lęku.

I z tym lękiem musimy sobie poradzić…
To jest moment zadawania sobie różnych ważnych pytań. To jest czas, kiedy – by się ochronić – trzeba stać się trochę filozofem…

Starość, choroby sprawiają, że nasz rodzic bywa „trudny” na różne sposoby: agresywny, złośliwy.
Wszystkie tendencje, które człowiek miał, z reguły w starości się nasilają. Czyli na przykład wszystko to, co rodzic nam zarzucał, co mu się w nas nie podobało, zwykle wyrażane jest jeszcze mocniej, więc jeszcze bardziej nas dotyka.

Czy na takim etapie ma sens próba wyjaśniania sobie różnych konfliktów z przeszłości, załatwiania spraw niezałatwionych?
To nie jest tak, że my będziemy o tym decydować: ma sens czy nie ma, to się po prostu samo wydarzy, kiedy znajdziemy się na nowo tak blisko siebie. Mama wykona jakiś ruch, coś powie, i w ciągu trzech sekund będziemy w tych samych emocjach, w których byliśmy 40 lat temu.

I co możemy z tym zrobić?
Powiedziałbym tak: jedyne, co w ogóle chroni człowieka przed popadnięciem w tarapaty, to uruchomienie naszej części obserwującej, czyli tej, która wie, że coś robimy, próbuje myśleć. I w tę część trzeba inwestować… Jeśli użyję swojej części, która myśli, a nie tylko emocji, to pojawi się refleksja: „Jestem w tej samej sytuacji, co 40 lat temu”. To już będzie dużo, a za tym pójdzie kolejna myśl: „Wtedy zrobiłbym tak i tak, zachowałbym się wobec matki tak i tak, a co mogę zrobić dziś? Czy pójdę za falą rozżalenia i postąpię tak jak wtedy, tylko jeszcze mocniej, czy postaram się zrobić coś, czego wtedy na pewno bym nie zrobił?”. Odpowiadając więc na pytanie, jak możemy obejść się z naszą otworzoną właśnie na nowo raną sprzed lat, powiem: to zależy od tego, na ile mamy rozwiniętą naszą obserwującą część. Jeśli jest rozwinięta, zapewniam, że damy sobie radę.

(Ilustracja Anna Glik)

Ale czy ja, mając jakiś żal, mam teraz na siłę powstrzymywać emocje w obawie przed konfliktem?
Pyta pani teraz o sztukę dyplomacji. Tego nie da się powiedzieć „z góry”. W tej chwili popularny jest przekaz o ważności bycia w kontakcie z uczuciami, podążania za nimi itd. Ja powiem tak: uczucia są „tylko” jakąś częścią naszego świata psychicznego, tak samo jak myśli, nawyki. Czasami za uczuciami warto podążyć, ale czasami warto je stłumić czy ukryć. Nie ma zasady, co kiedy wybrać. Nie jest przecież tak, że zawsze wypowiadamy wszystkie myśli, tak samo nie trzeba uzewnętrzniać wszystkich uczuć, które w sobie mamy. Swoje uczucia warto znać i na bieżąco w miarę dojrzale, z pomocą swojej obserwującej części, decydować, czy za nimi podążam, czy nie. Czasem ktoś panią zapyta: „Jak wyglądam w tym płaszczu?”. Pani uważa, że płaszcz jest okropny, ale z jakichś względów odpowiada pani: „Świetnie”. Z uczuciami jest analogicznie. Samo życie.

Opieka nad starszą osobą jest wyczerpująca, nie tylko emocjonalnie, ale też fizycznie, wymaga czasu. Bywa, że ciężko znaleźć przestrzeń na własne życie, przestrzeń dla partnera, dzieci, jeśli je mamy. Próbujemy więc dwoić się i troić, by nikt nie był poszkodowany.
Opisuje pani to tak, jakby był to konflikt między jednym i drugim obowiązkiem. Oczywiście, jest to konflikt między różnymi obowiązkami, ale to jest także konflikt między obowiązkiem a przyjemnością. Bo przecież, i nie wolno o tym opiekunowi zapomnieć, my żyjemy nie tylko po to, żeby się poświęcać, choć to cenne, ale żyjemy też po to, by coś z tego życia mieć! Jasne, zdarzają się sytuacje dramatyczne, kiedy naprawdę od tego obowiązku nie możemy mieć odejścia, ale wiadomo też powszechnie – mówią o tym psychologowie – że przedłużająca się opieka nad kimś bezradnym prowadzi do mocnego wypalenia, nawet do stanów depresyjnych. I trzeba zrobić wszystko, co możliwe, by zachować higienę psychiczną.

Taka postawa ofiarna, w którą zdarza się wejść opiekunowi, może prowadzić do poczucia bycia pokrzywdzonym i świętym jednocześnie. Może się włączyć mechanizm tzw. reakcji upozorowanej. To znaczy, że jeżeli czuję, że muszę coś zrobić, czyli zająć się chorą matką, a jednocześnie wiem, że nie mam na to ochoty, bo jestem już tym wyczerpany, wykończony, uruchamia się wspomniany mechanizm, który działa tak, że im bardziej czegoś nie chcę, tym bardziej, na poziomie jawnym, się w to angażuję. Czyli np. poświęcam się celowo nawet ponad miarę, by nie dopuścić do siebie tego, co czuję, czyli tego, że nie chcę zająć się własną matką, bo mam już tej opieki dość.

Po czym można poznać, że się wpadło w tę pułapkę?
Na przykład po tym, że wyjdzie pani na godzinę na kawę z koleżanką i ma pani z tego powodu poczucie winy. Albo pójdzie pani do kina i przez pół seansu będzie pani myślała o sobie, że jest egoistką, bo tam mama leży bez opieki. Tak naprawdę ma pani ochotę zostać w tym kinie dwa lata, ale się nie da, więc pacyfikuje pani wszelkie życiowe aspiracje, by móc wypełniać swój obowiązek. I to jest już bardzo kiepskie miejsce, w którym może się znaleźć opiekun. By do tego nie dopuścić, trzeba mieć wciąż w głowie kolejną ideę: człowiek, który świadczy opiekę, może być zmęczony, zmęczenie i niechęć nie oznaczają, że jesteśmy złymi ludźmi, człowiek, który pełni opiekę, ma prawo korzystać z pomocy innych ludzi, np. pielęgniarki. Człowiek, który świadczy opiekę, ma prawo robić sobie od tej opieki wolne. I nie tylko po to, by złapać oddech czy zająć się swoim nadwyrężonym kręgosłupem, ale także po to, by korzystać z przyjemności – pójść do fryzjera, potańczyć na imprezie, mieć swoje życie intymne. Nie trzeba przejść na tryb całkowicie ofiarniczy, by dobrze i sprawnie opiekować się rodzicem. Smutne oczy czy inne manipulacje podopiecznego, bo to się zdarza, nie mogą odwieść nas od chęci brania udziału w życiu. Bo jak się raz, drugi ulegnie, tym oczom i swoim wyrzutom sumienia, trudno potem wrócić na zdrowe tory.

No właśnie – wyrzuty sumienia. Bywa tak, że z różnych względów nie jesteśmy w stanie sami opiekować się swoimi rodzicami i np. oddajemy mamę do domu opieki. Wciąż z nią jesteśmy, odwiedzamy, ale jednak mamy poczucie, że „pozbyliśmy się” bliskiego nam człowieka. Znam osoby, które to zrobiły, ale wyrzuty sumienia nie dawały im spokoju. Jak się z tym uporać?
To, co teraz powiem, może być trudne do przyjęcia, ponieważ odbiega mocno od dosyć powszechnych obecnie trendów psychologicznego doradztwa. Przyjęło się myśleć o poczuciu winy jako o czymś, co samo w sobie jest z definicji chorobliwe. Wina jest zawsze iluzją, wstyd jest zawsze nadmiarowy i zbędny, a społeczne tabu mają tylko taką funkcję, żebyśmy mieli co demaskować i obalać. To chyba jednak nie może być aż takie proste.

To znaczy?
Owszem, możemy spotkać osoby, które potrafią poczuć się winne z wydumanych dla nas powodów. My byśmy nigdy nie wpadli na to, by się o taką rzecz oskarżać, a one potrafią się tym bez końca zadręczać. Ale jest i druga skrajność. Jest nią własne przekonanie lub próba przekonywania kogoś, że w ogóle nie należy czuć się winnym niczemu i że zwykle jesteśmy raczej niewinni. A może jednak nie zawsze i nie do końca jesteśmy aniołami? Weźmy pod lupę tę konkretną sytuację. Otóż ktoś mówi, że nie jest w stanie zaopiekować się rodzicem. Ale jak to zmierzyć? Jak ustalić, czy ta niemożność jest obiektywna, czy subiektywna? Może jednak by mógł, gdyby się uparł? Ile zdecydowałby się poświęcić, a czego poświęcić by nie chciał? Kiedy zaczniemy to w ten sposób analizować, zawsze w końcu dochodzimy do wniosku, że to jest tak jak ze stwierdzeniem, że ktoś „nie ma na coś czasu”. To nie jest opis sytuacji, tylko decyzji. Mam pewną ilość czasu i zdecydowałem się poświęcić ją na coś innego. Czyli przeanalizowałem, jakie koszty poniosę, biorąc rodzica do siebie, i zdecydowałem, że takich kosztów ponieść nie chcę. To nie znaczy wcale, że nie widzę, że dobrze byłoby go do siebie wziąć. Znaczy, że takiej ceny nie zdecydowałem się płacić. Czyli nie jestem aniołem w ludzkiej powłoce, który może się poświęcić na każdych warunkach. Są granice mojej ofiarności i tu właśnie one przebiegają. Pewnie mogłbym być „lepszy”, ale nie chcę. Co oznacza, że nie jestem kryształowy, bo wielu innych być może by się poświęciło. Ale ja się na to nie zdecyduję. Wolę żyć z winą. Nie liczmy na to, że zawsze uda nam się pozostać ludźmi bez żadnej winy. Infantylna kultura podpowiada nam, że to możliwe, ale nas zwodzi. Czasem nie do końca jest się Gandhim i Dalajlamą w jednym, i po prostu trzeba z tym żyć. Można z tym żyć.

Kiedyś opieka nad rodzicami była bardziej oczywista. Bywało, że w jednym domu żyły dwa, a nawet trzy pokolenia, i w sposób naturalny zajmowaliśmy się swoimi dziadkami czy rodzicami. Dziś jest inaczej, to decyzja, wybór.
Powiedziała pani o rodzinach wielopokoleniowych – taka struktura społeczna chroniła nas nie tylko przed podjęciem tej jednej decyzji o opiece nad starszeństwem, ale przed podjęciem dwóch trudnych decyzji. Nie musieliśmy decydować o opuszczeniu rodziny, a potem o powrocie do niej. Współczesny młody człowiek wyprowadza się od rodziców. Po co? Po to, aby uzyskać wolność, aby móc stanowić o sobie w pełni, po to, by nikt nie określał już jego stylu życia. To jest oczywiście duża trudność, ale też, a może przede wszystkim, wielka wartość. I kiedy okazuje się, że ma teraz – z racji opieki – na nowo znaleźć się blisko rodziców, to osiągnięcie w postaci niezależności zostaje utracone.

Ale to już są inne warunki.
Tak, ale znaczące elementy starych, pierwotnych ról zaczynają znowu pracować, uruchamiają się. Pewne nierozwiązane konflikty zostały bowiem tylko „zawieszone” dzięki odległości. Relacje z napięciowych zrobiły się poprawne dlatego, że geografia chroniła nas przed kolejnym klinczem.

Musimy zatem liczyć się z tym, że często na nowo zostaniemy poddani ocenie, która była dla nas na przykład bolesna, raniąca, choć teoretycznie to my dyktujemy teraz warunki.
Tak, prawdopodobnie poczynione zostaną takie próby. Kolejny trudny aspekt to fakt, że rodzic, w różnym stopniu, ale mierzy się jednak ze swoim położeniem, to znaczy punktem życia, w którym się znajduje, i czasem trudno mu się pogodzić z tą zamianą ról. Chciałby być tym, kim był dla swojego dziecka dawniej, mieć ten rodzaj władzy, kontroli, wpływu. To trudne doświadczenie często rodzi frustrację.

(Ilustracja Anna Glik)

Czy warto więc wyznaczyć granicę rodzicowi, dla własnego komfortu psychicznego?
Rzeczywiście muszą zostać wbite słupy graniczne tak, by stosownie do nich odbywał się obieg energii w tych nowych dla wszystkich warunkach. Oczywiście należy zrozumieć potrzeby wszystkich stron. Jasne, nie możemy dopuścić do tego, by rodzic urządził nam znowu całkowicie życie, bo ten etap mamy, a w każdym razie powinniśmy już mieć za sobą, ale nieludzkie byłoby kompletne pozbawienie rodzica jakichkolwiek wpływów. Ten starszy człowiek też chce móc o czymś decydować. To jest nic innego jak proces docierania się, ale żeby móc się dotrzeć, trzeba mieć najpierw świadomość tego, że konflikty są nieuniknione. Chodzi o to, by te konflikty nie były tylko w naszym odruchu, ale też w naszej świadomości.

W naszym życiu, do którego „wprowadza się” nasz rodzic, często poza nami jest jeszcze ktoś: nasz mąż, dziecko. Jest zatem więcej osób, które muszą się w jakimś sensie docierać…
Tak, kiedy wyprowadzamy się z domu, często zakładamy swoją rodzinę, zawieramy nowy układ lojalności. Jednak każdy z nas ma wzorce wyniesione z rodziny pochodzenia, silne poczucie oczywistości różnych rzeczy. I teraz kiedy spotykają się dwie tak inne z założenia osoby, poświęcają zazwyczaj lata, aby wypracować jakiś kompromis, stworzyć swój własny wzorzec, autorski styl życia. A tu nagle, z coraz większą częstotliwością, wchodzi w życie tej rodziny mama jednego z partnerów, więc siłą rzeczy któryś styl zaczyna dominować. Ten „drugi” jest w trudnej sytuacji.

Ale sądzę, że w jeszcze trudniejszej sytuacji znajduje się ta osoba, której rodzic wymaga opieki. Powiedział pan o układzie lojalności, chciałoby się być lojalnym wobec obu stron…
Najpierw trzeba w ogóle przyjąć do wiadomości fakt, że nasz partner, mąż może mieć obawy i dyskomfort, a nawet niechęć wobec tej nowej sytuacji. To wcale nie oznacza, że jest psychopatą czy pozbawionym empatii draniem albo że nas nie kocha. Druga strona, czyli nasz rodzic, też często nie pała gorącymi uczuciami do naszego partnera, z którym musi mieć w tej nowej sytuacji zdecydowanie większy kontakt. Trzeba mieć to na uwadze. Czyli utrwalić sobie w głowie taką formułę, że oni nie muszą wzajemnie za sobą przepadać, jeść sobie z dzióbków. A my nie musimy lawirować, by do takiej idylli doprowadzić.

Jasne, ale prawdopodobnie będzie tak, szczególnie kiedy rodzic wprowadza się do naszego domu, że jednak te bieżące, codzienne żale i z jednej, i z drugiej strony spływać będą do nas.
Sugerowałbym, żeby wprowadzić sobie do głowy taką ideę (ona jest szalenie w życiu przydatna, a niewielu ludzi ją ma) – chodzi o granicę naszego wpływu, a co za tym idzie granicę naszej odpowiedzialności. Istnieją pewne rzeczy, za które jest pani odpowiedzialna i na które ma pani wpływ, to się pokrywa. Ale istnieją też takie rzeczy, obszary, za które nie może brać pani odpowiedzialności, bo zwyczajnie nie ma pani na nie wpływu. I takim obszarem jest relacja pani męża z pani matką. Może, a nawet powinna pani powiedzieć: „Kochani, próbowałam raz, drugi, trzeci, nie udaje się, jesteście dorosłymi ludźmi i sami musicie się dogadać, ja już dalej wam nie pomogę”. Nie należy wchodzić w rolę ambasadora, bo można od tego oszaleć. Są w życiu momenty, kiedy należy wziąć na siebie odpowiedzialność, i takie, kiedy należy ją stanowczym ruchem z siebie zdjąć. Oba ruchy są wyrazem dojrzałości.

Myślę, że z tym zdejmowaniem z siebie odpowiedzialności kobiety mają często spory kłopot, a to zwykle one są opiekunkami, opiekują się nie tylko swoimi rodzicami, ale też nierzadko teściami.
I to jest cholernie niesprawiedliwe, mówię to całkiem serio. Bo w tych rodzinach są też przecież synowie, bracia. Ale kulturowo jest to tak silnie utrwalone, że kobiecie przypada rola opiekuna. I jeśli kobieta czuje się pokrzywdzona, a ma do tego pełne prawo, powinna o siebie walczyć. Jest brat? Jeśli sam nie chce wziąć na siebie opieki w żadnej części, to niech wynajmie pielęgniarkę, która odciąży siostrę. Czasami trzeba krzyczeć i tupać! I to jest taka sytuacja.

Mam wrażenie, że w Polsce wciąż ktoś, kto mówi głośno, że jest zmęczony opieką nad swoim rodzicem czy wręcz nie chce się nim zajmować, wrzucany jest do worka: „drań”.
Myślę, że w Polsce jest jednak jakiś poziom zdrowego rozsądku. To znaczy, jeśli człowiek mówi, że opiekuje się swoim rodzicem od pięciu miesięcy każdego dnia i teraz chce pojechać na urlop, to większość ludzi zrozumie taką potrzebę. Wydaje mi się, że tu silniej działają nasze własne wyrzuty sumienia niż realna ocena innych ludzi. Choć oczywiście te wyrzuty sumienia w jakiejś mierze mogą być związane z kulturowymi obyczajami z przeszłości. Ale przypomina mi się teraz pewien fragment książki Mariusza Szczygła. Opisuje on sytuację, że w Czechach jest duży problem, bo firmy pogrzebowe nie wiedzą, co robić z urnami, w których są prochy zmarłych, bo rodziny nagminnie ich nie odbierają. Po drugiej stronie są społeczności azjatyckie, w których nikt by nie pojął jakichkolwiek wątpliwości dotyczących opieki nad rodzicem. Dla nich jest to zupełnie oczywiste – i koniec kropka. Sądzę, że my, Polacy, jesteśmy gdzieś pośrodku tej osi. Poza tym, jeżeli ktoś nie rozumie, że można być czymś wyczerpanym, to nie wiem, czy należy mieć z nim do czynienia. Oczywiście, czasem trudno znieść czyjąś dezaprobatę, ale warto zadać sobie pytanie, na czyjej aprobacie mi zależy.