fbpx

Kolacja dla nieznajomego

Kolacja dla nieznajomego
Marta Bradshaw, twórczyni Eataway, w swojej kuchni. (Fot. Bartosz Siedlik)

Znajomi mówili jej, że pomysł z kolacjami dla obcych w domu to murowana klapa, żaden turysta nie przyjdzie na rosół w anonimowym mieście do domu nieznajomego. A co jeśli trafisz na seryjnego mordercę? Pytali z troską. Jakoś dotąd nie trafiłam – śmieje się Marta Bradshaw, rzeźbiarka i kucharka z Krakowa, która swoją wizją dzielenia się dobrym jedzeniem i dobrymi emocjami z obcym tylko z nazwy człowiekiem zaraziła setki osób pod Wawelem. I nie tylko.

Najważniejsza w mieszkaniu Marty Bradshaw jest kuchnia. Pełna pikli, kiszonek, grzybów i tajemniczych nalewek. Właśnie przybył transport pomarańczy, wprost z Sycylii. Z małej plantacji, ekologicznych. – Są okropne – krzywi się Marta, podając zebranym w kuchni gościom cząstki owoców. Faktycznie kwaśne, cierpkie. – Doskonałe kon„fitury z nich wychodzą, na przykład do sernika – dodaje gospodyni. A jej sernik słynie z walorów smakowych nawet na Islandii. Choć jest z nim związana aferka. – To najlepszy deser, jaki w życiu jadłem – zachwycił się kiedyś podczas kolacji pewien zagraniczny turysta, zupełnie zapominając, że jego żona wygrała właśnie lokalny, ale prestiżowy konkurs w kategorii…serników.

Dyplomaci przy barszczu

Kuchnia połączona jest z salonem, przypominającym galerie sztuki nowoczesnej skrzyżowaną z pchlim targiem. Obok siebie „figurki Maryjek, złotych Buddów i plastikowa Myszki Miki. Najważniejszy jest duży drewniany stół. To przy nim jest w stanie zasiąść w jednym momencie cały świat: grupa gości, których na co dzień dzielą tysiące kilometrów. I którzy dotąd się nie znali. W ciągu ostatnich pięciu lat, odkąd Marta uruchomiła Eataway, swój autorski start-up – platformę dla domowych kucharzy najpierw z Krakowa, potem z całego świata – jej dom odwiedziły niezliczone rzesze ludzi. W tym kilku dyplomatów, znanych pisarzy, malarzy i polityków, pociotków rodzin królewskich i prawdziwych milionerów.

Kolacja dla nieznajomego
Przy stole u Marty spotykają się ludzie z całego świata (Fot. Bartosz Siedlik)

Jedna para z Ameryki wpada na gołąbki u Marty prywatnym odrzutowcem. Stali klienci.
Kiedyś byli turyści z Zimbabwe. O tym, że przybyli z kraju, w którym z Markiem spędziła kilka lat i który miał być jej miejscem na Ziemi, dowiedziała się już przy stole. Przy zamówieniu kolacji goście nie zawsze piszą, skąd pochodzą. To było wyjątkowo mocne spotkanie. Wróciły wspomnienia, jak z Markiem przenieśli się pod Harare, na farmę jego rodziców, i zamienili ją w galerie sztuki. Jak sadziła mango i papaje. Jak czuła, że mieszka w raju pełnym słońca, nieba, nasyconych kolorów. Był rok 2000, ówczesny prezydent Zimbabwe Robert Mugabe w ramach „reformy rolnej” postanowił skonfi€skować ziemię białych rolników. Szybko i skutecznie. Farmerów bito, zabijano, zmuszano do ucieczki. I do Bradshawów też w końcu zapukali żołnierze, właściwie najemnicy, kazali się spakować w pół godziny i opuścić dom. Marta była w zaawansowanej ciąży. – Jechaliśmy jakimś wynajętym pikapem, chowaliśmy się po chaszczach, słyszeliśmy odgłosy karabinów i krzyki, cudem dotarliśmy do Harare, gdzie znajomi ukryli nas w komórce przy domu. Na szczęście udało im się wylecieć potem do Anglii. – To był moment, w którym mogłam przestać wierzyć w ludzi. Mogłam, ale nie potra€fiłam – wspomina Marta.
To nie była jej pierwsza ucieczka w życiu. Jako 15-latka uciekła z Krakowa do oddalonego o 50 kilometrów Wiśnicza. Niewielkiego miasteczka słynącego z zamku, wiezienia i liceum plastycznego. – Nie mieliśmy tam nic do roboty poza rysowaniem. Kolacje? Bułka przekrojona na pół, w środku serek topiony. Do popicia kefir z butelki.

Ślub pod oliwką

Podczas praktyk licealnych na Wawelu spotkała konserwatora dzieł sztuki i przedsiębiorcę w jednym. Dzięki niemu na początku lat 90. wskoczyła na piętro odrestaurowywanej właśnie kamienicy przy ulicy Floriańskiej w Krakowie. Tu miała powstać pierwsza w mieście restauracja McDonald’s. Zadaniem 19-letniej wówczas Marty i jej kolegów było przerobienie paskudnie zaniedbanych su€fitów w eleganckie stropy pełne dekoracyjnych stiuków. – Prawdę mówiąc, byliśmy żółtodziobami. Ale dostałam za te stiuki tyle pieniędzy, że mogłam zwiać z Krakowa do Grecji – wspomina. Wyjechała do Aten za ówczesnym ukochanym.
Tam wszystko działo się bardzo szybko. – Szybko dostałam pracę w pracowni rzeźbiarskiej, gdzie produkowałam Apollinów naturalnej wielkości do ogrodów zamożnych turystów. Szybko wzięłam ślub pod oliwka na Akropolu. Szybko zaszłam w ciążę. Przeniosłam się na piękną wyspę, z której szybko uciekłam, bo brakowało mi ludzi, spotkań, gadania, emocji.
Do Krakowa wróciła z maleńkim Jeremiaszem. Zdała na rzeźbę na krakowskiej ASP. Dostała się do programu Erasmus, stypendium w Londynie. I to była prawdziwa szkoła życia. – Zamieszkałam w pokoju niewiele większym od pudełka do butów, łóżko w łóżko z Tajką i Turczynką. Cudowne dziewczyny. Fantastyczne kucharki. Gdy jechałam na zajęcia, pakowały mi pudełka ze swoim jedzeniem, dzięki ich sałatkom udawało mi się przeżyć dzień. Dzięki ich mentalności zrozumiałam, jak ważne w życiu jest współdzielenie się tym, co mamy najlepszego. A jedzenie jest jedna z lepszych rzeczy, które daje nam świat.
Nie było jej łatwo w tym Londynie. Małżeństwo, to spod oliwki, już wcześniej się posypało. Tęskniła za synkiem, którego zostawiła w Krakowie. Pewnego dnia jechała na rowerze z plikiem rysunków, które miały uświetnić spotkanie z pewnym afrykańskim poeta. – Poproszono mnie o naszkicowanie afrykańskich krajobrazów. Nigdy wcześniej nie byłam w Afryce, wiec były to szkice z wyobraźni. Na jednej z ulic zatrzymała się przy galerii, w której przygotowywano wystawę malarza z Zimbabwe. Weszła i wściekła się. – To przecież kopie moich prac – oburzała się. Podszedł do niej, nie wyglądał na Afrykanina. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że pochodził z rodziny białych farmerów. – Zauważyłam tylko, że był nieziemsko przystojny – uśmiecha się. Mark Bradshaw, historyk po Cambridge, malarz.
– Kopie, zrobiłeś kopie moich rysunków – brnęła, gdy się jej przedstawił. Zostawiła mu jeden ze swoich szkiców. Podpisała go imieniem i nazwiskiem. Zaprosił ja tego samego dnia na wernisaż. – Zjawili się na nim najsłynniejsi londyńscy krytycy i telewizje. Obrazy sprzedano na pniu. Tylko autora jakoś nikt spotkać nie mógł, łaził po knajpach z właśnie poznana Polka. Chwile potrwało, zanim zrozumieli, że nikt niczyich obrazów nie skopiował. Mieli po prostu podobne wyobraźnię, wyczucie smaku, wrażliwość.

Ziemia niczyja

Wtedy nie wiedzieli, co z tym wszystkim zrobić. On wrócił do Zimbabwe, ona do Krakowa, do syna. Nie wytrzymali długo. Próbowali mieszkać w Anglii, Szkocji, potem w Zimbabwe.
Znów na Wyspach, tam urodziła im się córka Tallulah. – W miejscowości, do której tra“filiśmy, lało przez cały rok.
Mark tęsknił za słońcem, ja, jak zwykle, za gwarem, za rozmową, za ludźmi. Ostatecznie prawie dwie dekady temu wybraliśmy Kraków. Byliśmy bez grosza, bez perspektyw. W Polsce rzadko komu udaje się wyżyć ze sztuki.
Przypadek sprawił, ze znajomy Anglik zwrócił im uwagę, iz przybywając do Krakowa, ma wrażenie lądowania na ziemi niczyjej. W rozwijającym się Internecie zero informacji o tym, co dzieje się w mieście, co w nim zwiedzić, gdzie porządnie coś zjeść. Państwo Bradshaw z Krakowa założyli wiec w Internecie pierwszy anglojęzyczny serwis o mieście: Cracow Life.com. – Mark nauczył się kodowania z podręcznika pod tytułem „Programowanie dla durniów”.
Wszyscy na początku pukali się w głowę. Jak dzwoniłam do hoteli, by zapytać, czy by się u nas nie ogłosili, słyszałam, ze Internet to fanaberia, moda, która zaraz minie. Nie minęła. Rok później serwis pracował pełna para, dorobili się też anglojęzycznej gazety o Krakowie. Zamieszkali tuż nad swoja redakcją. – To nie były czasy lunchbarów, wszyscy ciągle chodziliśmy głodni, wiec z dnia na dzień zaczęłam gotować dla całej załogi. Wtedy wreszcie wyszło na jaw, że mam kulinarny talent, bo wszyscy domagali się dokładek – opowiada Marta.
Z projektem Eataway wystartowali sześc lat temu. Inspiracja? – Pojechaliśmy rodzinnie do Kazimierza nad Wisła. W mieście tłumy, chodziliśmy po tych uliczkach coraz bardziej głodni. Restauracje zatkane, z kuchni zapachy przesmażonych kotletów. Ruszyliśmy dalej, szukając jakiejś agroturystyki w pobliskich wioskach. A tu nic. Pustynia. Wydało mi się dziwaczne, że Polacy, tak gościnni z natury, nie chcą zapraszać turystów do swoich domów. „Może ja spróbuje”, pomyślałam.
Na swoim portalu, wbrew ostrzeżeniom znajomych, umieściła ogłoszenie: „Nazywam się Marta Bradshaw i zapraszam Cię na kolacje do mojego domu”. Dwa dni później jakaś para z Irlandii odpisała, ze chce spróbować polskich domowych pierogów. Rodzina z Zanzibaru miała ochotę na polską gęś. – I tak poszło – śmieje się Marta. Szybko okazało się, że inni krakowianie chcą iść w jej ślady. Tak powstała platforma kucharzy, niektórzy porównują ją do Tindera dla smakoszy. Tylko zamiast randki wybiera się gospodarza (każdy z kucharzy pisze kilka zdań o sobie) i jego dania (najczęściej złożone z przystawki, zupy, dania głównego i deseru).
Przoduje tradycyjna kuchnia polska. Pierogi, rosół, kaczki i gęsi, grzyby. Ale nie tylko. Na przykład u Małgorzaty i Piotra, emerytowanych architektów, dania kuchni pięciu przemian. Są specjaliści od kuchni wegetariańskiej i wegańskiej. Od pizzy i makaronów
też. Ceny, w porównaniu do restauracji, konkurencyjne. Atmosfera zdecydowanie inna. Domowa.

Kolacja dla nieznajomego
Kuchnia w domu Marty Bradshaw. Od lewej: Sonia, sąsiadka Marty, gospodyni, Małgosia,
jedna z osób organizujących kolacje Eataway, sąsiadka Marty Hania. (Fot. Bartosz Siedlik)

Cząstka świata

W projekcie Eataway w ogóle nie chodzi o to, by konkurować z restauracjami, tylko dawać gościom alternatywę.
Marta: – Przychodzą do nas ludzie, którzy chcą w odwiedzanym przez siebie kraju dobrze zjeść, ale chcą też poznać tubylców. To działa w obie strony. Ku mojemu zdziwieniu szybko i chętnie dołączyli do nas kucharze z innych kultur, dla których Kraków jest przystankiem lub wyborem miejsca do życia. W ten sposób zyskaliśmy na przykład królową kuchni koreańskiej Mire, u której można zjeść kimchi w trzech smakach i najlepszą marynowaną wołowinę we wszechświecie. Albo genialne tandoori u Sheuli, która urodziła się we wschodnich Indiach.

Kolacja dla nieznajomego
Przygotowywanie kolacji koreanskiej – Marta Bradshaw, obok królowa kuchni koreańskiej Mira. (Fot. Bartosz Siedlik)

Mira i Sheuli przybyły do Krakowa jako żony wysoko postawionych menedżerów, którzy tu akurat dostali prace. Dlaczego zdecydowały się gotować dla nieznajomych? – Dlatego ze czuły się samotne – tłumaczy Marta. – Dlatego że chciały przekazać Polakom cząstkę swojego świata, cząstkę siebie.
Słuchy o tym, co dzieje się w Krakowie, doszły niedawno do Seulu. – Przyjechała do mnie wyjątkowej urody koreańska modelka. Kręcili ja przy robieniu pierogów. Pokazywałam jej, jak zrobić farsz, jak ciasto, jak to wszystko zlepić. Szło jej, prawdę mówiąc, tak sobie. Ale przecież nie w tym rzecz. Rzecz w spotkaniu, w przygodzie, w zabawie.

Miłośniczki Brexitu

Czy w domowym pichceniu dla nieznajomych zawsze jest miło i przyjemnie? – Zazwyczaj nie wiesz, kto cię odwiedzi, więc każde spotkanie jest niespodzianka. Bywa czasem niekomfortowo – przyznaje Marta. Ostatnio gościła u siebie dwie starsze Angielki, zagorzałe zwolenniczki brexitu. – Przy pierogach opowiadały nam, jak wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej uruchomiło w nich ogromne poczucie wolności. „Wolności od czego? Do czego?”, zastanawiała się w myślach. Gorzej, że obok usiadła młoda menedżerka z Hongkongu. Miała łzy w oczach, bo utknęła na dobre w Krakowie, lotniska w jej mieście zamknięte, epidemia koronawirusa pokrzyżowała jej plany. Reakcja Angielek na wyznanie menedżerki była dla Marty szokująca. „Jak to? – dopytywały napastliwie. – Chodzisz normalnie po ulicach? Jeździsz tramwajami, autobusami? Chodzisz do ludzi na kolacje? Przecież możesz nas zarazić! Wstydź się!”. W pewnym momencie Marta nie wytrzymała. Podeszła do kobiety, mocno ja przytuliła. Podała jej największy kawałek sernika, podsunęła cytrynówkę z wanilia.
– Jednak takie przykre zdarzenia przy moim stole to rzadkość – zapewnia. Może jeszcze jedno zdarzenie pamięta. Przyjechał do niej brat z siostrą, on z Nowego Jorku, ona z San Francisco. On, nauczyciel, wpadł w słowotok na temat tego, jak agresywni bywają młodzi ludzie w Big Apple. Wszystko przez to liberalne wychowanie. – Siostra miała odmienne zdanie, skończyło się na tym, ze rodzeństwo, jak jakieś rozwydrzone dzieci, zaczęło rzucać w siebie kaczka z jabłkami – wspomina. – Takie rzeczy nie u mnie – ostrzegła ich wtedy, skutecznie, Marta. Bo choć same potrawy nie są dla niej najważniejsze, ważniejsze jest dzielenie się, to jednak jedzenie uważa za świętość. Takie podejście przejęła od babci z Nowej Huty, przy której jako dziecko uczyła się gotować. – Babcia miała dużą rodzinę, siedmioro wnuków, i normą było u niej przygotowywanie stu sznycli dla głodomorów – mówi Marta. Przy okazji wyjaśnia, czym w Krakowie jest sznycel. Nie ma nic wspólnego z Wiener Schnitzel, bardziej ze znanym w innych częściach Polski kotletem mielonym. Sznycel babci z Nowej Huty był wołowo-wieprzowy, z surowa, pokrojona w kostkę cebulką, okraszony majerankiem. – To moja potrawa na bezludna wyspę – zapewnia. Ale taka wyspa raczej się Marcie nie przydarzy. Uschłaby na niej z tęsknoty. Ma inne plany. Z Markiem wpadli właśnie na pomysł, ze odwiedza „swoich” kucharzy i swoich gości, rozsianych po całym globie. – Mamy plan na podróż wokół świata. Smaczny plan – uśmiecha się.