Korzyści z Kindersztuby

fot. iStock

Savoir-vivre ma nam ułatwiać, a nie utrudniać życie. I to założenie dotyczy także sfery zawodowej – mówi Piotr Kłyk ze Szkoły Dobrych Manier. W rozmowie z Moniką Stachurą zaleca, żeby w sytuacjach spornych – gdy nie wiemy, jak się zachować – po prostu zdać się na zdrowy rozsądek. Bo o kulturze człowieka świadczy nie to, że popełni gafę, ale jak z niej wybrnie.

Wśród rzeczy, które najbardziej nas irytują w pracy, często wymieniane są nawyki współpracowników, takie jak zbyt głośne rozmowy, samowolne „pożyczanie“ czegoś z biurka czy przywitanie tylko osoby, do której przychodzimy w jakiejś sprawie, bez zauważania tych, którzy siedzą obok. Dlaczego tak bardzo to nam przeszkadza? W końcu z wieloma osobami nie łączy nas nic poza firmą…

Jako istoty stadne przywiązujemy dużą wagę do relacji międzyludzkich, więc atmosfera czy sposób komunikacji w środowisku, w którym przebywamy, są dla nas bardzo ważne. I to niezależnie, czy mówimy o pracy, domu, czy miejscu, w którym realizujemy swoje hobby. To właśnie jakość relacji z innymi bardzo mocno wpływa na to, czy postrzegamy swoje życie jako szczęśliwe.

Właśnie w trosce o dobre relacje powstał savoir-vivre. W bezpośrednim tłumaczeniu oznacza to: umieć żyć, wiedzieć, jak żyć. Tymczasem często postrzegamy go jako puste, a nawet obciążające formuły. Dlaczego tak się dzieje, że zamiast sztuki widzimy w nim ciężar?

Sam w sobie savoir-vivre to faktycznie sztuka życia, niemniej jednak wiąże się on z pewnymi obowiązkami, ponieważ tak jak mówimy o zasadach ruchu drogowego, tak i obowiązują zasady życia towarzyskiego. Na drodze zasady służą temu, żebyśmy się nie pozabijali, żeby na skrzyżowaniach było wiadomo, w jakiej kolejności kto rusza, że na czerwonym świetle się stoi, a na zielonym jedzie… Podobnie w etykiecie są zasady ruchu obyczajowego, do których powinniśmy się stosować. Kodeks drogowy jest spisany i obłożony sankcją, a savoir-vivre jest raczej prawem zwyczajowym opartym na schematach zachowań, ale też służy nam do tego, żebyśmy się nie pozabijali, tłocząc w drzwiach, bo każdy wie, kiedy powinien przejść. A także abyśmy swoim zachowaniem nie wprowadzali innych w zakłopotanie ani nie tworzyli chaosu. Etykieta rządzi się jeszcze jedną regułą niewystępującą w zamkniętym katalogu Kodeksu drogowego, a mianowicie zdrowym rozsądkiem, który podpowiada, jak się zachować, kiedy dokładnie tego nie wiemy.

W pracy spotykamy się przede wszystkim po to, żeby wspólnie osiągnąć cel wyznaczony przez szefa. Czy zasady towarzyskie są tak ważne?

Ujednolicenie pewnych norm i zachowań usprawnia pracę, zapobiega skrępowaniu czy niepotrzebnemu zastanawianiu się nad rzeczami, które z perspektywy interesu firmy są mało istotne, więc właśnie ułatwia skupienie się na założonym celu. Etykieta biznesu ma szczególne znaczenie, kiedy mamy do czynienia z różnymi typami osobowości pracowników, np. w firmie wielopokoleniowej. To do szefa należy wprowadzenie nowego pracownika i wyjaśnienie mu, jaka kultura pracy obowiązuje w firmie, np. że wszyscy mówią do siebie po imieniu.

Etykieta biznesu ma też bardzo duże znaczenie przy współpracy z obcokrajowcami i osobami, które poznajemy. Biznes robi się dobrze z osobami, które lubimy, z którymi łączy nas podobne postrzeganie pracy. A to wymaga, żebyśmy się poznali, zbudowali zaufanie do siebie i wprowadzili przyjazną atmosferę. Stąd m.in. rola tzw. small talku, czyli niezobowiązujących rozmów, w których należy unikać tak drażliwych tematów, jak religia, polityka i tematy równościowe.

Jeszcze niedawno w Polsce przechodzenie na „ty” wiązało się z pewną zażyłością bądź dłuższą znajomością, dziś mówimy do kogoś po imieniu od razu, nie znając go jeszcze dobrze. Zastanawiam się, czy w sytuacji, gdy wszyscy są ze sobą na „ty”, nie jest trudniej zachować granice.

W języku polskim rzeczywiście różnica między „ty” a „pan/pani” jest wyraźna, ale nie należy zapominać, że to jedynie zabieg komunikacyjny, który ma ułatwiać relacje w pracy, a nie je utrudniać. To, że wszyscy mówimy sobie na „ty” i zwracamy się w ten sposób do szefa, nie oznacza, że możemy sobie pozwolić na więcej w stosunku do niego, niż gdyby komunikacja była bardziej formalna. To jest po prostu element kultury firmowej, ale warto mieć zakodowane, że nadal łączy nas przede wszystkim relacja zawodowa, a nie koleżeńska.

A jak kulturalnie zwrócić uwagę szefowi, który przekracza granice? Mam na myśli komentowanie rzeczy bez znaczenia dla biznesu, np. gdy szef staje za plecami i patrzy, jak piszemy mail, albo robi uwagi na temat tego, co jemy w firmowej kuchni. Spotkałam się z poradami, żeby w jakiś sposób odwrócić uwagę, zażartować, ale nie wszyscy potrafią zareagować w taki lekki sposób.

Można radzić bardzo wiele rzeczy, ale zareagowanie wymaga dużych umiejętności interpersonalnych i zależy od danej osoby. Jeżeli ktoś ma silną osobowość, jest pewny siebie, komunikuje się bezpośrednio, to nie będzie miał problemu ze zwróceniem uwagi. Warto też odwołać się do zdrowego rozsądku. Trzeba zastanowić się, na co możemy sobie pozwolić, bo to zależy m.in. od sytuacji zawodowej i finansowej. Ktoś, kto nie ma osobistej poduszki finansowej ani silnej pozycji na rynku pracy, dłużej zastanowi się nad odpowiedzią, niż ten, kto taką poduszkę i pozycję ma. Temu ostatniemu prawdopodobnie łatwiej przyjdzie powiedzieć: „Szefie, sorry, ale to moja sprawa, jak piszę albo co jem, i bardzo proszę się powstrzymać od takich tekstów”. To dość dosadne i też nie jest szczytem kultury osobistej, ale mogłoby się zdarzyć, gdyby komentarze szefa się powtarzały. Zupełnie inna sytuacja to zwracanie uwagi szefowi przez osobę pozbawioną takiego komfortu… Oczywiście mógłbym zaproponować wypowiedź w stylu „Szefie, bardzo przepraszam, ale taka sytuacja nie bardzo mi odpowiada. W czasie przerwy chciałbym skupić się na jedzeniu, a nie słuchać takich komentarzy”, ale szczerze mówiąc, uważam, że dawanie konkretnych porad byłoby niepoważne.

Inne dość często spotykane rady ekspertów od etykiety dotyczą korespondencji mejlowej, ale wszystkie one wydają mi się dość sztywne. Czy zalecana forma „Szanowna Pani”, „Szanowny Panie” nie jest jednak pewną przesadą?

To najwyższa forma w komunikacji, jaką możemy stosować, więc nie ma nic złego w jej użyciu. Widzę raczej inne ryzyko i na to zwracam uwagę podczas szkoleń. Każdy chce jak najszybciej osiągnąć cel, np. zdobyć zamówienie, więc raczej skraca dystans. A chodzi o to, żeby tego dystansu nie skrócić zanadto i nie obrazić adresata. Jako złoty środek można więc zamiast „Szanowny Panie” wybrać „Dzień dobry Panu”, „Dzień dobry Pani”, dzięki czemu trochę skrócimy dystans, ale oddamy szacunek osobie, z którą nie łączy nas bliska relacja.

Można to porównać do zasad dotyczących wizytówek. W większości podręczników dobrych manier przeczytamy, że to osoba wyższa rangą wręcza pierwsza wizytówkę osobie na niższym stanowisku. Ale jaki dobry handlowiec albo przedsiębiorca, który zabiega o spotkanie z prezesem firmy, będzie czekał, aż dostanie od niego wizytówkę? Raczej nie przepuści okazji i od razu wręczy swoją, bo jedyna „gafa”, jaką ryzykuje, to taka, że ów prezes weźmie wizytówkę i spojrzy na nią lub nie, i odejdzie, nie wręczywszy własnej. Jeżeli ktoś wpisuje takie ryzyko w swoją pracę, to rozdaje wizytówki, nie przejmując się konwenansem. W dzisiejszych czasach konkurencyjnego rynku to właśnie takie zachowanie jest normą, bo życie góruje nad podręcznikiem, a etykieta nie ma służyć temu, żeby nas usztywnić w relacjach, lecz właśnie żebyśmy poczuli się pewniej.

Cieszę się, że odwołuje się pan do zdrowego rozsądku, bo niektóre zasady savoir-vivre’u wydają się trochę trącić myszką. Na przykład taka, żeby nie przerywać komuś jedzenia życzeniem „smacznego”. Czasem zastanawiamy się w redakcji, czy jednak nie jest bardziej niegrzecznie wejść do firmowej kuchni i w ogóle się nie odezwać do osoby, która akurat coś je.

Nieraz już słyszałem taki komentarz i ja akurat uważam, że najlepiej jest nie mówić nic. Proszę pamiętać, że wszystko jest względne. Przywołując znów rzeczywistość drogową, zupełnie inaczej ocenimy sytuację, gdy ktoś inny będzie szybko jechał osiedlową ulicą, niż gdy to my sami będziemy się śpieszyć i uważać, że mamy do tego prawo… Czyli wracając do kwestii firmowej, gdy wchodzimy do kuchni, to uważamy, że powinniśmy coś powiedzieć, a jedząca osoba musi po raz kolejny odpowiedzieć „dziękuję”.

Jeżeli zaś chodzi o to, co podają podręczniki dobrego wychowania, to zarówno te dzisiejsze, jak i przedwojenne, zawsze mają charakter uznaniowy. Opisują to, jak ludzie powinni idealnie się zachować, a świat nie jest idealny, więc każde zachowanie należy dostosować do danej chwili. I to właśnie zdolność adaptacji świadczy o kulturze.

To jeszcze jedno pytanie z życia. Jeśli pracujemy w open space, to w drodze do swojego biurka mijamy kilka czy kilkanaście osób. Co mówi zdrowy rozsądek w kwestii witania się? Czy pozdrawiamy wszystkich, czy reagujemy indywidualnie?

Zdrowy rozsądek nakazuje przywitać się z osobą, koło której przechodzimy i z którą zwyczajowo się witamy. Nikt nie wymaga, żeby oblatywać cały open space i witać się ze wszystkimi po kolei. Na to przyjdzie czas, jeżeli będziemy mieli kontakt z daną osobą w ciągu dnia.

A co jeśli ktoś nie odpowie na nasze pozdrowienie? Czy sytuacja zawodowa i zaaferowanie mogą to tłumaczyć? Niektórzy mogą się poczuć tym dotknięci.

Czujemy się dotknięci albo lekceważeni w różnych sytuacjach i nie zawsze ma to uzasadnienie w faktach. Warto jednak pamiętać, że nie ze wszystkimi w pracy możemy nawiązać dobre relacje. Zatem trzeba wziąć pod uwagę, że pewne niesnaski wynikające z niezauważenia lub niezrozumienia będą się zdarzać i nic na to nie poradzimy. A o klasie człowieka nie świadczy to, że popełni gafę, ale to, jak z niej wybrnie.

Piotr Kłyk, trener Szkoły Dobrych Manier