Las: najlepszy odpoczynek od miasta

fot.123rf

Jedność z przyrodą

Maria Białecka, 32-letnia nauczycielka jogi i pilatesu, miłośniczka drzew, od szumnego życia woli czas na łonie przyrody. Chodzi na spacery do parku i lasu, odwiedza ulubione drzewa. Towarzyszą jej, odkąd pamięta. Najpierw była działka w lesie, potem wyjazdy nad morze i las, który mijała, idąc na plażę. Z nimi związane są jej najlepsze wspomnienia z dzieciństwa. – Zawsze dobrze czułam się wśród drzew, lubiłam spędzać czas w lesie, ale nigdy nie zastanawiałam się, skąd się to bierze – przyznaje. Dopiero wizyta w jednym z podparyskich parków otworzyła jej oczy. Stał tam ogromny klon, pomnik przyrody. Na nim wisiała tabliczka, że można się do niego przytulić i ludzie robią tak od wieków. – Rozśmieszyło mnie to, ale uznałam, że nie zaszkodzi spróbować. Wtedy po raz pierwszy to poczułam, moc i spływający na mnie spokój – opowiada. Od tego momentu zaczęła zwracać uwagę na drzewa, dostrzegać ich piękno. Z niektórymi się przyjaźni. – Czuję z nimi taką samą bliskość, jak z drugim człowiekiem czy psem – tłumaczy. – Wśród nich rozumiem, że wszyscy jesteśmy jednym. Mówią do mnie, czasem zaczepiają figlarnie. Uspokajają, gdy tego potrzebuję, oczyszczają. Przy nich łapię dystans, bo demaskują moje ego. W kontaktach z drzewami nie ma cierpienia, bólu, urazy, jest tylko czysta miłość i wtedy wiem, że ja też nią jestem, bo na pewnym poziomie jesteśmy tym samym. Właśnie tak uczę się patrzeć na ludzi, jak na czystą miłość. Wysyłam miłość do drzewa i dostaję to samo, wysyłam miłość do ludzi i też odpowiadają na nią miłością – śmieje się.

Być wierną sobie

Aleksandra Kozioł sama przedstawia się jako Ola z Lasu, mieszka w leśnej chacie w Osiecznicy w Borach Dolnośląskich. Przeprowadziła się tam 12 lat temu z podpoznańskiego mieszkania. Samotna, z małym synkiem, bez pracy i bez pieniędzy. – Szukałam miejsca, w którym wreszcie poczuję się dobrze. Las mnie otulił, a ja oddałam mu całe serce – mówi o swojej decyzji. Kiedy przyjaciele zaprosili ją do siebie na grzybobranie, dowiedziała się o chacie na wzgórzu, która stoi pusta i czeka na właściciela. Poszła ją zobaczyć i im bliżej podchodziła, tym bardziej czuła, że to miejsce dla niej. Zamieszkała tam od razu. Początki były trudne, bo chata była stara i zaniedbana, bez ogrzewania i dogodności, które miała w mieście, ale jak mówi, pchało ją tam dobre tchnienie. Wierzy, że las był jej pisany. Odnalazła tu spokój i samą siebie. – Las mnie otworzył. Jestem tu tak blisko siebie, jak to tylko możliwe – uśmiecha się i dodaje: – Jak kobieta wejdzie do lasu, to jest w stanie zrobić już wszystko. Decyzje podejmuje nie z głowy, ale z serca.

Dziś jest mamą trójki chłopców, panią kota i trzech psów oraz szczęśliwą żoną. Męża nazywa leśnym prezentem, bo poznali się właśnie w Borach. Pomógł, gdy w drodze do miasta zgasł jej silnik. Przyznaje, że jest szczęśliwa. Że chatka w lesie i własna spiżarnia pełna dobrych i zdrowych smaków to spełnienie jej marzeń. Ale też, że miała chwile zwątpienia, kiedy rozważała, czy nie powinna jak inni iść do tzw. normalnej pracy. – Zrozumiałam, że wcale nie muszę i nie chcę – mówi. Na co dzień projektuje więc ubrania, piecze chleby, pisze i robi zdjęcia. Z uwagą przygląda się naturze, porannym mgłom i smugom światła na drzewach. Bez pośpiechu, w rytmie lasu, który stał się jej rytmem. – Czuję, jak leśna przestrzeń się mną opiekuje i mnie otula, nawet jak jestem daleko. Znalazłam swój las i las wewnątrz, miejsce, gdzie jestem całkowicie sobą – dodaje z uśmiechem i zachęca do własnych poszukiwań.