fbpx

Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego

Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego
Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego (fot. archiwum prywatne)

Doświadczenie zawodowe zwykle zbiera się latami, czasem jednak krótki, ale bardzo intensywny okres jest w stanie nauczyć nas najwięcej. Marta Kucharska, lekarka pracująca na pierwszej linii frontu – w oddziale zakaźnym we Wrocławiu – opowiada nam o stresie, zmęczeniu, koktajlu rozmaitych emocji, ale i bezcennych wnioskach, jakie wyciągnęła z pandemii.

Od wielu lat pracujesz na oddziale zakaźnym. Co zmieniło się w twojej pracy od czasu wybuchu pandemii?
Bardzo wiele, właściwie od początku marca pracujemy na ciągle zmieniających się warunkach. Pracuję w szpitalu jednoimiennym, przeznaczonym dla pacjentów z podejrzeniem lub z potwierdzonym zakażeniem SARS-CoV-2. Musieliśmy przeorganizować cały szpital, stworzyć warunki do izolacji i leczenia coraz większej liczby pacjentów, stworzyć w miarę sprawdzające się „szablony” postępowania, których celem jest minimalizowanie ryzyka błędów.

Mówisz „musieliśmy”, kogo masz na myśli?
Praca w czasie pandemii to praca zespołowa. Nie jestem dyrektorem, ordynatorem ani wyżej postawionym urzędnikiem, jestem natomiast lekarzem praktykiem, który stoi na pierwszej bądź drugiej „linii frontu”, stąd często pierwszym, który zauważa, że coś nie działa, który zgłasza określone problemy przełożonym bądź razem z zespołem proponuje rozwiązania. A liczba problemów podczas pandemii jest naprawdę bardzo duża. Rozwiązanie jednych prowadzi do kolejnych, bywa że jeszcze trudniejszych do rozwiązania, wymagających współpracy różnych placówek, instytucji, ośrodków. Dlatego w radzeniu sobie z pandemią tak istotna jest elastyczność oraz – co raz jeszcze podkreślę – gra zespołowa. Ważne jest, by każdy w ramach własnego podwórka starał się działać najlepiej jak może i patrzył perspektywicznie.

Co jest do tego potrzebne?
Zaangażowanie, umiejętność zachowania spokoju, pokora – to tylko niektóre słowa klucze pozwalające po prostu dobrze wykonywać swoją pracę w szpitalu.

A co jest najtrudniejsze?
Trudno jest mierzyć się z absurdami, które zdarzają się wszędzie, ale w medycynie mogą skutkować utratą czyjegoś zdrowia bądź życia. Trudno stawiać czoła ignorancji, uważam, że to jedna z najgorszych cech, jaka może dotknąć medyka. Trudno jest być bezradnym, mieć do czynienia z sytuacjami, w których medycyna dochodzi do granic swoich możliwości. Tyle możemy zrobić, dalej się nie da, a pacjent bądź rodzina ciągle patrzą na nas, jakbyśmy mieli jeszcze pochowane rozwiązania awaryjne. Trudno jest leczyć pacjenta, o którym wiemy, że niedługo umrze i jest z tym niepogodzony albo niepogodzona jest z tym jego rodzina. Trudno jest przekazywać informacje, że rokowania są poważne. Albo po prostu czuć się głupim, że się nie wie, a trzeba działać natychmiast. Bo medycyna to jedna wielka lekcja pokory. Choćbyśmy nie wiem ile książek i artykułów przeczytali, ile szkoleń odbyli i umiejętności wytrenowali – to tak rozległa dziedzina, że jeden umysł jej nie posiądzie. I każdego dnia możliwa jest bolesna weryfikacja tego, czego nie wiemy. Teraz dochodzą do tego inne aspekty: praca w niewygodnym kombinezonie i ze świadomością, ile osób wśród personelu medycznego się zakaża. Niepewność co do przebiegu choroby u pacjentów. Myśli, czy czegoś nie przeoczyłam, czy pacjenci są naprawdę tak zaopiekowani, jak myślę. A potem powrót do domu, do dwóch, trzech najbliższych osób, bo z większą liczbą spotkać się nie mogę.

Jak się czujesz? Masz czas to zaobserwować, wyrazić?
Z tym czasem jest niestety kłopot. Po tym wszystkim marzy mi się wyjazd choć na kilka tygodni, na odludzie, z daleka od silnych emocji. W naturę, w góry, do lasu, gdzie mogłabym się wysypiać, czytać książki i pisać. Ale to potem. Jak zapewne się domyślasz, lekarze, ale też medycy w szerokim rozumieniu tego słowa, i bez epidemii mają zwyczaj brać pracę do domu. Czasem trudne, wręcz niemożliwe jest pozostawić ją na progu szpitala. Czyjś stan dramatycznie się pogorszył, ktoś umarł, ktoś nas obraził albo wyzwał od konowałów. Teraz na chwilę takie głosy ucichły, mamy swoje pięć minut – bycia bohaterami, za cenę narażania zdrowia i życia, ale obawiam się, że to wróci. Niestety, w ostatnich latach obserwujemy narastającą negatywną postawę wobec personelu medycznego – jako społeczeństwo staliśmy się roszczeniowi, wymagający wobec innych (bo niekoniecznie wobec siebie) i przekonani o własnej racji, bo na przykład ktoś coś przeczytał w Internecie. Łatwo nam przychodzą krytykowanie, ocenianie i anonimowy hejt. Ostatnio chodzą mi po głowie dwa, znane jeszcze ze szkoły podstawowej czy średniej, wiersze. Jeden to „List do ludożerców” Tadeusza Różewicza, drugi – „Przesłanie Pana Cogito” Zbigniewa Herberta. Myślę, że warto do nich wrócić.

Jak się wraca do domu po takiej burzy emocji?
Po całym koktajlu różnych skrajnych stanów, jakich doświadczamy w szpitalu, od sukcesu po poczucie klęski, od satysfakcji po skrajne niezadowolenie, od radości po smutek – trudno wrócić do domu i nie zabrać ze sobą jakiegoś tobołka. Szczególnie po nocnych dyżurach, po dobie pracy, gdy obrywa zarówno psychika, jak i ciało. Niestety, ofiarami na- szych fatalnych tobołków są często najbliżsi, którzy muszą wysłuchać, co mamy do powiedzenia, a potem zmierzyć się z naszą drażliwością, przemęczeniem, skłonnością do konfliktowania się o byle co. Jako medycy mamy też takie myślenie: „Nie pracujesz w tym zawodzie, to nie wiesz, co to znaczy”, i jest to po części prawda. Czujemy się niezrozumiani, a czasem zwyczajnie niedowartościowani, sfrustrowani, sfrajerowani. „Jak to, tyle zrobiłem dla tego pacjenta, a teraz jego rodzina chce sądzić szpital?”; „Jak to, tak ciężko pracowałem, a teraz w domu zarzucają mi, że nie mam sił dla najbliższych?”.

Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego
Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne)

A podczas pandemii?
Podczas pandemii jest jeszcze gorzej. Nie dość, że pracujemy z czymś zupełnie nowym, nieznanym i na nowych, dynamicznie zmieniających się warunkach, nie dość, że jesteśmy stawiani przed coraz innymi sytuacjami, do których jeszcze nikt nie stworzył scenariusza, nie dość, że „to coś” stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia również nas samych i naszych bliskich – to jesteśmy jeszcze bombardowani całą masą informacji. Stąd przez pierwsze tygodnie czułam, jakbym w ogóle nie wychodziła z pracy. Miałam koszmary, choć normalnie rzadko śnię. Dlatego też miesiąc temu, gdy zaproponowałeś mi rozmowę, odmówiłam. Był to czas dużego stresu, silnej mobilizacji, przygotowania, skupiania się na celu, a nie na własnych emocjach. Faktycznie, jak do walki. Uznałam, że myślenie o sobie w tamtym momencie może mi tylko zaszkodzić. Analizowanie strachów i lęków wtedy mogłoby tylko utrudnić mi wykonywanie zadania. Teraz ja, moi koledzy i koleżanki nadal jesteśmy zmobilizowani, traktujemy całą tę sytuację zadaniowo, ale już jestem w stanie zaobserwować różne stany i emocje. Niestety, nie są one często przyjemne.

Jak radzicie sobie z takim obciążeniem psychicznym? Jak ty sobie radzisz? A może nie radzisz?
To trudne pytanie. Sama czasem nie wiem, czy sobie radzę. Oczywiście, że się boję, oczywiście, że się złoszczę. Choć lęk jest teraz nieco inny niż na początku. Początkowo, kiedy jeszcze wszystko było w teorii, bałam się o siebie i swoich bliskich. Wiele rzeczy trzeba było przeorganizować. Teraz o siebie boję się mniej, choć może to i źle. Rodzinę przekonałam do konieczności izolacji na tyle, na ile to możliwe. Moje kontakty osobiste ograniczają się do tych wynikających z pracy w szpitalu i dwóch, trzech najbliższych osób. Z resztą kontaktuję się telefonicznie, o ile jeszcze mam na to siłę. Boję się za to sytuacji, w których nie będę wiedziała, co zrobić, a że realia mocno się pozmieniały, jest to wielce prawdopodobne. Zamiast pacjentów „typowo zakaźnych” mamy ich teraz całe spektrum: pacjentów onkologicznych, hematologicznych, kardiologicznych, u których dodatkowo doszło do zakażenia koronawirusem, a obecne warunki utrudniają standardowe postępowanie medyczne. Dlatego bardzo cieszę się, że mam taki zgrany, zaangażowany i chętny do pomocy zespół.

Dlaczego wybrałaś taką specjalizację? Co cię zafascynowało?
Choroby zakaźne są stosunkowo niszową specjalizacją. Mnie spodobały się już w pierwszych latach studiów, co do których wcale nie byłam przekonana. Jestem humanistką, chciałam pisać, podróżować. Ale patrząc z perspektywy lat, cieszę się, że wybrałam tę specjalizację. W pracy na oddziale chorób zakaźnych znajduję i liczne motywy humanistyczne, i te związane z podróżowaniem. Kiedyś chciałabym wyjechać na misję. Ponadto tu mogę stanąć po stronie słabszych, mających mniej szczęścia, wobec których skierowane jest ostrze nietolerancji. Jako zakaźnik mam całą gamę pacjentów, o nierzadko bardzo zawikłanych życiorysach. Takie zderzenia wiele uczą i pokazują, kto jest kim naprawdę. Bywa, że prawdziwe pokłady chęci pomocy i współczucia znajdujemy u tych, których w ogóle o to nie podejrzewaliśmy. I odwrotnie. Ktoś ma pięknie uładzony życiorys, a robi na oddziale piekło i nie sięga w swym myśleniu dalej niż czubek własnego nosa. To są też bardzo cenne lekcje. Lekcje tolerancji, lekcje tego, że nie mnie kogoś oceniać. Mierzi mnie powierzchowne przypinanie łatek, od których aż roi się w mediach społecznościowych. Mam wtedy ochotę odpowiedzieć: „Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem”.

Co dodaje ci siły?
W domu siłę dają mi cisza, przyroda, obecność bliskich. W pracy: poczucie, że gdy pomagam komuś w chorobie, to jednak robię coś ważnego. Szacunek do życia. Współczucie wobec słabszych. Nie mogę się doczekać, kiedy znów wrócę do swojej zalesionej bazy na Pogórzu Kaczawskim, gdzie będę mogła włóczyć się po lasach i łąkach, a wieczory spędzać przy ognisku w towarzystwie bliskich i przyjaciół. Regeneruje mnie pisanie, ale do tego potrzebuję nieco więcej czasu i wolnej głowy, niż mam teraz.

Praca w specjalnym kombinezonie – jak bardzo jest to uciążliwe, obciążające dla skóry?
Uciążliwe, choć nie jest to największy problem w czasie pandemii. Wiemy, że tak trzeba, cieszymy się, że mamy środki ochrony osobistej. W końcu zapadalność na koronawirusa w środowisku medyków jest szczególnie wysoka. Natomiast, oczywiście, kombinezon pracy nie ułatwia. Inaczej wygląda badanie fizykalne pacjenta „w warunkach normalnych”, a inaczej, gdy bada się go przez podwójne rękawiczki, osłuchuje przez warstwy jakiegoś sztucznego materiału, bada w czasem zaparowanej przyłbicy albo zbiera wywiad, niewyraźnie mówiąc przez maskę. Skóra się poci, łatwo o wypryski, a gdy zdejmuje się ochraniacze butów, które są po kolana, pełne są skroplonej pary. Tyle że chyba teraz nikt nie przywiązuje do tego specjalnej wagi, mamy nadzieję, że jeszcze będzie czas odpocząć i wynagrodzić ciału ten dyskomfort.

A co najbardziej uspokaja chorych?
Że można coś zrobić z tym, co jest. Że można jakoś sytuację opanować, zastosować metody, które są w stanie jeżeli już niekoniecznie całkowicie wyleczyć, to zatrzymać postęp choroby, sprawić, że pacjent będzie w stanie z nią długie lata funkcjonować. W każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji istotne jest wsparcie, współczucie, faktyczna chęć pomocy. Jako lekarz wielokrotnie mam szansę je okazać: profesjonalnym podejściem do pacjenta, polegającym nie tylko na wdrożeniu leków, ale i wytłumaczeniu, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, określeniu celów, zarysowaniu kolejnych kroków w postępowaniu diagnostyczno-terapeutycznym. To działa. Coraz więcej pacjentów oczekuje partnerskiego podejścia do leczenia swojej choroby, choć są też ci, którzy już na pierwszej wizycie oznajmiają: „Nic nie chcę wiedzieć, proszę robić, co uważacie”. Pacjentów też trzeba rozpoznać i przekonać do choćby umiarkowanej współpracy.

Co myślisz o przyszłości?
Chyba nie za wiele o niej myślę. Zdaję sobie sprawę, że jest tyle różnych zmiennych, że nie ma co tracić czasu na przesadne planowanie. Chciałabym, by ta pandemia jak najszybciej się skończyła i odbiła się na nas jak najmniejszą krzywdą i cierpieniem. Chciałabym po tym wszystkim móc zwolnić, bo na dłuższą metę żyć tak jak teraz nie można. Wrócić trochę do siebie, do bliskich i pisania. Przyszłość, podobnie jak teraźniejszość, zależy od nas. Od postawy każdego z nas. Jeżeli będziemy pracować nad własnym podwórkiem i starać się wnieść w świat coś dobrego, nie będzie źle.

Marta Kucharska, lekarz, doktor nauk medycznych, specjalista chorób zakaźnych. Od dziewięciu lat pracuje w Oddziale Chorób Zakaźnych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu. Asystentka w Klinice Chorób Zakaźnych i Hepatologii. Z pasji prozaik, poetka. Autorka trzech zbiorów opowiadań („Kino objazdowe”, „Saudade”, „Irga karmiona przez lawinę” oraz tomu wierszy „Abisynia”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze