Maja Włoszczowska: na sto procent

Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)

Jest jedną z najlepszych kolarek górskich na świecie i najpopularniejszych sportsmenek w Polsce. W zeszłym roku wydała książkę o tym, jak trenować jej dyscyplinę. Ale też o codziennym życiu zawodniczki. O pasji, nagłych zachwytach, rywalizacji i chwilach, kiedy cały romantyzm znika.

Wyobrażasz sobie, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby nie kolarstwo górskie?
Skończyłam matematykę finansową i ubezpieczeniową, więc pewnie trafiłabym do jakiejś dużej instytucji finansowej. Biegałabym teraz w żakieciku i butach na wysokim obcasie.

Kiedy zdobywałaś srebro na igrzyskach w Rio de Janeiro, przed telewizorami kibicowało ci pięć milionów Polaków. Niezły ludzki kapitał. Może powinnaś zostać polityczką?
Nie, dziękuję. W polityce jednak zawsze trzeba się układać, iść na kompromisy. Nie mówię tego z pogardą, nawet na przykładzie związków sportowych widzę, jaka to sztuka – nie sposób wszystkim dogodzić, środki finansowe są ograniczone, zawsze ktoś jest pokrzywdzony. Już bardziej widzę siebie w biznesie, gdzie są prostsze, bardziej przejrzyste zasady.

Sport jest wolny od kompromisów? Jednoczy, jest ponad podziałami: liczą się udział i zaangażowanie.
To ta bardziej romantyczna wizja. Sprawdza się, kiedy uprawiasz jakąś dyscyplinę dla siebie. Inaczej, kiedy pojawiają się duże pieniądze. Sport jest wbrew pozorom bliski biznesowi. Przynajmniej w wydaniu zawodowym. My, zawodnicy, mamy przecież sponsorów, dla których nasze wyniki są wymierną korzyścią z reklamy. Sukcesy mają konkretną wartość. Poza tym sport jest tak samo brutalny i bezwzględny jak biznes. Weźmy ostatnie igrzyska zimowe w Pjongczangu i naszych sportowców. Uważam, że oczekiwania wobec nich były absurdalnie zawyżone i to, z jakim hejtem się spotkali, będąc jeszcze tam, na igrzyskach, i ciągle jeszcze walcząc, było straszne. Te wszystkie komentarze, że pojechali sobie na wycieczkę za publiczne pieniądze… Tam, gdzie wszyscy oczekują wyniku, nikt nie myśli o wzniosłych hasłach, cały romantyzm znika.

>> Czytaj także: Rowerem przez świat – podróżnik Piotr Strzeżysz o swojej miłości do dwóch kółek

Od ciebie też wymaga się wyników, a oczekiwania tylko się zwiększają. Jak sobie z tym radzisz?
Przed ostatnimi igrzyskami w Rio de Janeiro ostro pracowałam nad tym, żeby nie przygniotła mnie presja. Żebym – zamiast myśleć, że na moje przygotowania poszło pół miliona złotych – nie zapominała, dlaczego do sportu w ogóle trafiłam.

Dlaczego?
Kierowały mną czysta radość i pasja. O to w końcu chodzi w kolarstwie górskim. No, chociażby ostatnio – byłam na zgrupowaniu w Hiszpanii, niedaleko Alicante. Ptaszki śpiewają. Jadę wąziutką ścieżką, z boku przepaść, ale bezpiecznie jak na moje umiejętności. Z prawej góry, z lewej góry, na wprost morze. Bajka. Nie dość, że miałam za sobą porządny trening i satysfakcję, że wykonałam kawał dobrej roboty, to jeszcze przede mną była ciekawa technicznie trasa. Kiedy widzisz trudny zjazd, pełno kamieni, głazów, poplątanych korzeni i w pierwszej chwili wydaje ci się, że tego się nie da przejechać, a potem odkrywasz, że się da. To jest taki wyrzut endorfin! Uwielbiam to uczucie.

Rzeczywiście można zapomnieć o stresie, punktach w rankingu?
Na samym początku kariery nie myślałam o konkretnym wyniku, chciałam po prostu jeździć. Biorę udział w igrzyskach? Super! Potem, jak się pojawiły oczekiwania, sponsorzy, zaczęłam patrzeć na sport jak na pracę, a nawet w pewnym momencie jak na więzienie, do którego trafiłam. Tak, jakbym znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

Jak z niej wybrnęłaś?
Pamiętam, jak moja mama, kiedy jej w kółko powtarzałam, że muszę jechać na trening, muszę na zawody, w końcu mi powiedziała: „Ale dlaczego ty mówisz: muszę? Przecież nic nie musisz”. Często powtarzam sobie w duchu tamte jej słowa. Pamiętam też, jak zaczęłam pracę z moim trenerem Markiem Galińskim i jak Marek podczas treningów potrafił krzyknąć do mnie: „Zobacz, jaki widok! Patrz!”. On, taki skrupulatny, co do minuty, co do jednego wata – bo monitorujemy treningi miernikami mocy – rozpisywał treningi, a potrafił zwyczajnie się zachwycić, dodać nam te pół godziny wysiłku tylko dla pięknego widoku, fajnej trasy. Cieszył się, że sarna przebiegła, że pięknie. Nigdy tego nie zapomnę. Także na ostatnie igrzyska udało się stworzyć ekipę autentycznych pasjonatów.

Jak smakuje zwycięstwo?
Czasem ważniejsze jest to, żeby pokonać własne ograniczenia. Właśnie mam za sobą pierwsze zawody Pucharu Świata. Początek sezonu, wydawało mi się, że zupełnie nie mam formy, że będę walczyć o życie i ledwo dwudziestą lokatę. Bardzo ciężko było mi przekroczyć granicę bólu, bo jechałam w swojej strefie komfortu, zaskoczona i szczęśliwa, że nawiązałam walkę z pierwszą dziesiątką. Aż w końcu pomyślałam sobie: „Jesteś w RPA, przyjechałaś na drugi koniec świata. Daj z siebie wszystko”. Ostatnie kilometry to była niesamowita walka, ta jakość ścigania, te emocje i to, jak mi się udało pokonać ból!

Kiedy zaczyna boleć?
Jeśli się walczy na sto procent, boli cały czas. Jedziesz ze świadomością, że cierpienie skończy się na linii mety, ale też satysfakcja, że ten ból pokonujesz, jest nieprawdopodobna.

W twojej karierze były momenty, które wyglądały naprawdę groźnie. Jak wtedy, kiedy sześć lat temu przed igrzyskami w Londynie uległaś poważnej kontuzji nogi. Pojawiły się plotki, że nie będziesz chodzić.
Tak, to było trudne, ale psychicznie o wiele trudniejszym dla mnie momentem była nieoczekiwana śmierć Marka Galińskiego. Marek został moim trenerem w 2011 roku, właśnie przed Londynem. A po mojej kontuzji nigdy nie miał wątpliwości, czy moja kariera będzie miała ciąg dalszy. Po tym, jak w 2013 roku zginął, zaczął się dla mnie okres, kiedy bardzo trudno było mi się zmotywować do treningu. Razem z moim ówczesnym trenerem Michałem Krawczykiem postanowiliśmy jednak, że nie możemy odpuścić. Nie tego by chciał Marek. Zawsze nam powtarzał w trudnych momentach: „Po prostu rób swoje”. Zrobiliśmy więc bransoletki z tym hasłem. Do igrzysk w Rio de Janeiro przygotowywaliśmy się zgodnie z jego myślą szkoleniową i ideologią życiową. Mój ostatni olimpijski medal to także jego zasługa.

Medal tym cenniejszy, że zdobyty po takiej przerwie – ośmiu latach od ostatniego olimpijskiego podium. Wróciłaś na igrzyska w wielkim stylu. Mimo że po drodze tu, w kraju, musiałaś o siebie ostro walczyć.
Dostałam informację, że nie będę miała finansowania z Polskiego Związku Kolarskiego. Słyszałam, że się mówi, że nie rokuję. Że Włoszczowska się już skończyła. Do dziś nie wiem, czy to dlatego straciłam finansowanie, ale całe życie miałam wsparcie i nagle je straciłam, akurat w momencie, kiedy wychodziłam z kontuzji.

Przyjęłaś to do wiadomości i…
I za własne pieniądze pojechałam na zgrupowanie do Sierra Nevada i opłaciłam fizjoterapeutę. Trenowałam. A zaraz po tym, jak zdobyłam drugie miejsce w Pucharze Świata, odebrałam telefon z pytaniem, czy czegoś nie potrzebuję, i finansowanie wróciło.

Nie miałaś żalu?
Miałam to gdzieś, chciałam trenować. I umówmy się – nie bez znaczenia było to, że mogłam pozwolić sobie, żeby kupić bilet na zgrupowanie, opłacić fizjoterapeutę. Wiem, że utalentowani sportowcy z wielu dyscyplin nie są w tak uprzywilejowanej pozycji.
Już podczas studiów byłam w stanie się utrzymać. Jak miałam ochotę na lody i nie stać mnie było na magnum, kupowałam sobie big milka, ale nigdy nie miałam takiej sytuacji, żeby zostać zupełnie bez pieniędzy i musieć oprócz studiów i intensywnego trenowania jeszcze dodatkowo pracować. Z tej perspektywy łatwiej się mówi, że nie ma się żalu.

(Fot. Maria Eriksson)

„Nie podobało mi się to, że taką drogę wybiera. Moje obawy się potwierdziły – kiedy potem patrzyłam na życie sportowca z bliska, widziałam, jakie są jego koszty. Z mojego punktu widzenia bilans zysków i strat przemawiał na niekorzyść. Ale Majki nie dało się zatrzymać”. To słowa twojej mamy, które wyczytałam w twojej książce. To paradoks, bo jednocześnie o mamie mówisz, że wychowała cię na mistrza.
Ona ma niesamowitą intuicję. Przed mistrzostwami świata, które wygrałam, wysłała mi SMS: „Możesz spać spokojnie”. Przed Pekinem przepowiedziała mi srebro. Z kolei przed wypadkiem miała niedobre przeczucie. Często jeździ ze mną na zawody, kibicuje. Nie jest typem matki, która się użala. Potrafi mnie pocieszyć, ale częściej słyszałam od niej: „Weź się w garść. Zamiast się mazać, pomyśl, jak rozwiązać problem”. Zresztą nie musiała tego mówić, swoją postawą życiową uczyła mnie takiego podejścia. Wiele jej zawdzięczam. Jej i całej rodzinie. Teraz mam już mojego mężczyznę, który mnie przywozi, zawozi, pomaga, ale przez lata robił to mój brat Michał. Taty było w moim życiu mniej, ponieważ rozstali się z mamą, kiedy byłam dzieckiem, ale mogłam na niego liczyć. Dużo w moje życie wniósł też partner mamy, czyli Krzysiek Zalewski, który teraz jest moim trenerem. Można powiedzieć, że jesteśmy sprawnie funkcjonującą ekipą.
Mam szczęście, bo nigdy nie odczuwałam w domu presji. To kompletnie nie ten model, jaki się teraz często widuje. Rodzice zapisują dziecko do klubu i to im bardziej zależy, oni są bardziej zapaleni. Cisną, mają zawyżone ambicje. To ma nawet swoją nazwę – Komitet Oszalałych Rodziców. Mnie to nigdy nie spotkało.

Jaka byłaś w dzieciństwie? Poznałabym cię od razu na zdjęciach?
Niekoniecznie. Byłam najpierw pampuchem, potem chudzielcem, potem w podstawówce przez jakiś czas znowu bardziej przy kości. Na pewno zawsze spędzałam dużo czasu na podwórku. Mój brat jest o trzy lata starszy, ganiałam z nim i z jego kolegami. W istotne bójki się może z nimi nie wdawałam, ale swoją szkołę na podwórku dostałam. Pamiętam też, że często zdarzało mi się wywracać. Na rowerze, w płetwach na molo na wakacjach.

Płakałaś?
Wstawałam i ruszałam dalej. To może zbyt proste – że nauczyłam się nie poddawać wtedy, w dzieciństwie, jak zdzierałam sobie kolana, ale coś w tym jest. Poza tym lubiłam się uczyć.

Byłaś kujonką?
Mogę chyba tak powiedzieć [śmiech]. Trochę to się zmieniło, jak zaczęłam jeździć na rowerze. Był jeden taki trudny moment – stwierdziłam, że nic więcej mnie nie interesuje. Nie idę na porządne studia, stawiam na rower.

To była twoja wersja młodzieńczego buntu?
Coś w tym rodzaju. Mama straciła nade mną kontrolę. Nie to, żeby ją zawsze miała, ale miała chociaż poczucie, że ją ma, a wtedy straciła też to poczucie. Natomiast żebym chodziła na wagary albo ciągnęło mnie do używek, to nie. Może właśnie sport mnie przed tym uchronił? Odnalazłam sposób, żeby wyładować energię, która gromadzi się w tak młodym człowieku.

>> Czytaj także: Górskie atrakcje – wędrówka, wspinaczka, rower czy kajak?

Ile czasu średnio spędzasz na wyjazdach?
Gdybym wszystko zsumowała, wyszłoby, że ze dwa miesiące jestem w domu. Teraz nie ma mnie na przykład już od 11 tygodni. Przyjechałam ze zgrupowania prosto do Warszawy i mam ze sobą w walizce tylko ciuchy kolarskie i dresy. Te dżinsy i sweter, które włożyłam, to moje jedyne cywilne ciuchy, a będę tu trzy dni, chciałabym się normalnie ubrać. Poprosiłam Przemka, żeby coś mi przywiózł z Jeleniej Góry, tylko w ogóle zapomniałam, co mam w szafie. Nie byłam mu nawet w stanie wytłumaczyć, co mógłby wziąć.

Ludzie cię podziwiają, ale jednocześnie wielu z nich nie rozumie twojego poświęcenia.
Znajomy dziennikarz sportowy powiedział kiedyś, że prowadzę klasztorne życie. Nie obraziłam się, miał rację. Mój typowy dzień wygląda tak, że wstaję, robię rozruch, jem śniadanie, odpisuję na mejle, jadę na trening, wracam, jem obiad, idę na drzemkę, budzę się, drugi trening, kolacja, odpisuję na mejle, czytam książkę, spać.
Teoretycznie udałoby się znaleźć w tym grafiku trochę czasu, mogłabym gdzieś iść, ale jestem tak zmęczona po wysiłku fizycznym, że nie mam siły. Albo się boję, że coś złapię. Mam tak słaby układ odpornościowy, że wystarczy, że wyjdę gdzieś, gdzie jest dużo ludzi, i już jestem chora. Muszę na siebie chuchać i dmuchać, żeby utrzymać formę.

Twój partner jest pilotem rajdowym. Wie, co to wyścig, adrenalina. Dzięki temu wasz związek jest możliwy?
Przemek [Zawada – przyp. red.] jest przede wszystkim mądrym życiowo człowiekiem, rozumiejącym potrzeby innych, dlatego jesteśmy razem. Karierę pilota rajdowego wyciszył, występuje w rajdach od czasu do czasu, natomiast kiedy zaczął się ze mną spotykać, zaraził się rowerem. Jak na amatora całkiem poważnie trenuje. To też na pewno pozwala mu lepiej mnie zrozumieć.

Kolarstwo to twoje życie?
Nie przeraża mnie to stwierdzenie, mogę się pod nim podpisać. Co nie znaczy, że moje życie się skończy, jeśli skończę karierę sportową.

W jakim wieku idą na emeryturę rowerzyści górscy?
Norweżka Gunn-Rita Dahle, która cały czas utrzymuje się w światowej czołówce, jest dokładnie dziesięć lat ode mnie starsza. Niemka Sabine Spitz – o 11 lub 12.

Pójdziesz w ich ślady?
Nie. Mój deadline to igrzyska w Tokio. Prawdę mówiąc, zastanawiałam się, czy nie skończyć kariery już po tym ostatnim sezonie.

Bo?
Jestem w tym wieku… Wróć! Jestem ciągle młoda, silna, więc wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować. Kitesurfingu, wspinaczki…

Ty znowu o sporcie. A ja chciałabym wiedzieć, co robisz poza nim.
Ostatnio wzięłam udział w TVN-owskim „Agencie”. Nagrania do programu wypadły akurat podczas przerwy między sezonami. Napisałam i wydałam właśnie książkę, zajmuję się organizacją wyścigu w Jeleniej Górze. Uprzedzę twoje pytanie, które pada praktycznie w każdym wywiadzie. Mam też w głowie hasło „rodzina”. Co nie znaczy, żebym czuła wielką potrzebę, silny instynkt macierzyński.

W tym kraju to odważna deklaracja.
Jestem po prostu realistką. Do tej pory przez tyle lat było tak, że to wokół mnie wszyscy biegają, ułatwiają mi życie. To ja mam być wyspana, najedzona. Dba o to sztab ludzi. Co nie znaczy, że nie chcę mieć dzieci i że ich nie będę miała.

Medale medalami, a w Tour de France nie mogłabyś się ścigać.
To kolarstwo szosowe, różni się od górskiego.

No i jesteś kobietą.
Tak, to wyścig tylko dla mężczyzn. Zawodniczki szosowe walczą o swoje prawa, w tej chwili są już jakieś zalążki większych wyścigów dla kobiet, ale dysproporcja jest jednak olbrzymia.
Inaczej niż w naszej dyscyplinie, gdzie mamy pełne równouprawnienie. Mamy takie same puchary świata – tego samego dnia. Są transmisje, te same nagrody. Świecimy przykładem. Jestem przedstawicielką zawodników w komisji MTB Międzynarodowej Unii Kolarskiej i jeżeli tylko gdzieś widać, że równouprawnienia nie ma, walczę, chociaż w przypadku kolarstwa górskiego do niewielu rzeczy można się przyczepić. Wyższe są tylko stawki kontraktów, ale to już sprawa rynku. Męskie zawody ogląda więcej widzów, więc sponsorzy są hojniejsi.

A dlaczego nie możecie się ścigać z mężczyznami?
Mężczyźni podczas zawodów w tym samym czasie co my robią o jedno okrążenie więcej. To realne ograniczenia fizyczne, tego nie przeskoczymy. Nie ma najmniejszych szans, żebyśmy miały takie same osiągi. Mogę porywalizować co najwyżej z 18-letnim juniorem, choć już nie takim z podium. Panowie są szybsi i silniejsi.

Jak to w końcu jest – sport wyczynowy kształtuje charakter czy odwrotnie: musisz mieć mocny charakter, żeby zabrać się do zawodowstwa?
Chyba jednak to drugie. Ale mocny charakter niezbędny jest przede wszystkim, żeby wytrwać. Łatwiej osiągnąć jeden dobry wynik niż utrzymywać się na wyższym poziomie przez wiele lat. To jest mój powód do dumy. Że od kilkunastu lat jestem stale w światowej czołówce. W top 5, w gorszych latach w top 10.

Przed tobą dopiero co rozpoczęty sezon, ale trzymam kciuki nie tylko za dobre starty. Czego ty sama byś sobie życzyła?
Żeby się nigdy nie zestarzeć.

A z tych realnych marzeń?
Żeby się fajnie zestarzeć. I nie poczuć, że coś mnie ominęło.