fbpx

Marcin Kydryński – chłopiec ze zdjęcia

Marcin Kydryński - chłopiec ze zdjęcia
Fot. Bartek Syta/Polska Press/East News

Radio, które miałem zaszczyt i szczęście współtworzyć, zmieniło swoją twarz. Dziś już jej nie poznaję – oświadczył, odchodząc z radiowej trójki po ponad 30 latach. Jak pamięta samego siebie sprzed tych trzech dekad? I jeszcze wcześniej, kiedy był dzieckiem? Jak został wychowany i skąd się wzięły jego pomysły na życie – opowiada Marcin Kydryński.

Urodziłem się w szpitalu na ulicy Książęcej, przy której mieściła się również szkoła nr 12, do której chodziłem. Niedaleko jest nasz dom rodzinny, czyli tzw. Reymontówka, radiowa Trójka, moja pracownia. Wszystko, co dla mnie ważne, zdarzyło się i nadal zdarza w odległości zaledwie kilku przecznic od siebie. Centrum Warszawy, a jednak dla małego chłopca to miejsce było jak Amazonia. Jeśli spojrzymy na mapę, to taka część miasta, że, gdyby się uprzeć, można kilometrami iść – i w kierunku północnym, i w południowym – wciąż parkiem. Wychowałem się więc wśród bajecznej przyrody. I chyba głównie to łączy mnie z tamtym kilkuletnim chłopcem, w którym na zdjęciach tak trudno mi rozpoznać siebie. Zachwyt nad przyrodą.

Telewizor

„Dziś Halina Kunicka nie wystąpi przed państwem, bo właśnie urodziła mi syna”. Tak 24 maja 1968 roku Lucjan Kydryński zwrócił się do publiczności na antenie programu telewizyjnego „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna”.

Tego, oczywiście, nie mogę pamiętać, ale faktycznie opowiadano mi tę historię tak często, że czuję się trochę tak, jakbym sam był jej świadkiem. Czy to zostało nagrane? Nic mi o tym nie wiadomo. Nie sądzę. Mówimy o epoce telewizji granej na żywo.

Mieliśmy w domu telewizor, ale zupełnie nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem rodziców na ekranie. Nie mam wczesnych wspomnień związanych z ich karierą. Dla mnie, dziecka, było oczywiste, że zajmują się tym, czym się zajmują. Że właśnie to robią w życiu dorośli. I że skoro oni to robią, ja także będę to robił, nie ma dla mnie innej drogi. To prawdopodobnie rodzaj, w żadnym razie nie skazy, ale jednak naznaczenia. Bo potem już zawsze, czy chodziło o radio, czy pojawianie się na estradzie, dopadała mnie groza porównania. Czy mój tata byłby ze mnie zadowolony? Czy uważałby, że to, co robię, jest wystarczająco w porządku?

Być może powinienem był zostać zupełnie kimś innym. A jednak właśnie dlatego, że tak długo byłem przekonany, iż wszyscy na Ziemi zajmują się – jak rodzice i wszyscy ich znajomi bez wyjątku – jakąś formą sztuki, to i ja poszedłem w tym kierunku.

Listy

Jaki mam stosunek do przeszłości? Tkliwy, to pierwsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy. Wątek buntu, niezgody wobec niepamięci jest dla mnie wiodący. Z tej niezgody wzięła się moja najnowsza książka „Dal. Listy z Afryki minionej”. Przez lata uzbierałem pokaźną kolekcję archiwalnych pocztówek, listów, fotografii. Sam nie wiem, ile ich jest: tysiąc, dwa? Część wisi u mnie na ścianach, część trzymam w klaserach. Ostatecznie do książki wybrałem dwieście. Piszę o Afryce, jej kolonialnej przeszłości, ale także o adresatach, nadawcach, fotografowanych i fotografach. Wierzę, że w ten sposób choć na chwilę przywracam ich wszystkich do życia.

Niewykluczone, że „Dal…” pośród wielu korzeni miała też i ten zapuszczony w kolekcji listów i pocztówek od moich rodziców. One także są dla mnie bardzo ważne, przechowuję je do dzisiaj. Moje dzieciństwo przypadało przede wszystkim na lata 70. To był czas, kiedy rodzice jeździli po całym świecie. Jakkolwiek próbowali utrzymać ten standard, że jeśli na dłużej, to wyjeżdża tylko jedno z nich, żeby to drugie zostało ze mną w domu, dość często zdarzało się, że wyjeżdżali jednak we dwoje. Wspólne trasy i koncerty dla Polonii amerykańskiej czy australijskiej – potrafili znikać na długie tygodnie. Kontakt był utrudniony: rozmowy telefoniczne zamawiało się z wyprzedzeniem, długo się na nie czekało i były kosztowne. Dostawałem więc listy i pocztówki. Zresztą nie tylko z krańców świata. Mój tata miał też piękny zwyczaj wysyłania mi pocztówek z tych miast w Polsce, które akurat odwiedzał. A żeby było dydaktycznie, na pocztówkach zawsze były pomniki osób, które jego zdaniem powinienem znać. Na tym dydaktyzm się kończył, bo tata słowem nie wspominał o bohaterze z pomnika. Za to dużo i w jego, i mamy słowach słanych do mnie było czułości. Być może dzięki temu – choć jak sądzę jednak głównie przez to, że od zawsze czułem się znakomicie we własnym towarzystwie – tęskniłem za rodzicami nieprzesadnie boleśnie. Przeciwnie, pamiętam się zaopiekowanym, dopieszczonym i kochanym. A przede wszystkim bardzo szczęśliwym, że mogę w ciszy i samotności czytać książki.

Marcin Kydryński - chłopiec ze zdjęcia
Ściana w pracowni Marcina Kydryńskiego z fotografiami z rodzinnego archiwum. Widać na nich małego Marcina, Halinę Kunicką i Lucjana Kydryńskiego. (Fot. Marcin Kydryński)

Koncert

Jako mały chłopiec zostałem maniakalnym entuzjastą artysty nazwiskiem Afric Simone. Jego przebój „Ramaya” leciał w radiu non stop, a ja tak długo wierciłem tacie dziurę w brzuchu, żeby zabrał mnie do Sali Kongresowej na koncert Simone’a, aż tata w końcu się zgodził. Nie wiem, jak bawił się on, ja byłem olśniony. Afric, w wysokich do kolan „bamboszach” z lwiej sierści, szalał, biegał po scenie. Pamiętam nawet jego taniec z krzesłem w zębach. Z dzisiejszej perspektywy tamten koncert, którego świadkiem byłem jako pięcio-, góra sześcioletni chłopiec, był czymś w rodzaju zapalnika. Zaważył poniekąd na moim życiu. W Simonie zogniskowały się dwie moje późniejsze wielkie miłości. Po pierwsze, oczywiście, Afryka. Po drugie, kultura luzofońska, do której bezwzględną miłością zapałałem, mając lat 40, kiedy zamieszkałem w Lizbonie.

Ławka

Byłem zachwycony, że jestem jedynakiem. Myśl, że miałbym dzielić pokój z bratem lub siostrą, wydawała mi się nie do zniesienia. Miałem swój intymny mały świat, luksus własnego pokoju, tam czytałem i przeżywałem wielkie przygody.

Lubiłem samotność, a jednocześnie byłem towarzyski, w co dzisiaj trudno mi uwierzyć. Moim podwórkiem był wspomniany park, z naszej kamienicy wychodziło się prosto w zieleń lub biel, w zależności od pory roku. Przed burzą hormonów trzymaliśmy się z kolegami i koleżankami wszyscy razem, później sprawy, bywało, nieco się komplikowały.

Dorastałem i zaczęło mi zależeć na pewnej dziewczynie, która nie była z mojej klasy. Wcześniej tylko się w nią wpatrywałem w osłupieniu, ale w końcu – z pomocą przekazywanych z rąk do rąk liścików – udało mi się ją namówić na wspólny spacer z psami. Jej i moim, Budzikiem, jamnikiem szorstkowłosym. Zgodziła się, w nadziei, jak sądzę, że spotka w miarę normalnego chłopaka. Tyle że kiedy się w końcu spotkaliśmy i usiedliśmy obok siebie na ławce, nie byłem w stanie wykrztusić z siebie słowa. Nie chodzi o to, że coś tam pod nosem mamrotałem. Nie, milczałem, jakbym złożył śluby. Ona, najwyraźniej tym zakłopotana, też nic do mnie nie mówiła. I tak posiedzieliśmy na tej ławce ze 20 minut, nie odzywając się do siebie ani razu, aż w końcu się rozeszliśmy, każde w swoją stronę. To była absolutnie największa moja klęska w kwestiach spotkań z płcią przeciwną. Nie wiem, musieliśmy się przecież potem czasem widywać choćby z daleka, ale chyba nigdy już nie wymieniliśmy ze sobą ani słowa. Za to ławka została, mijam ją do dzisiaj.

Lekcje muzyki

Najpierw chodziłem do ogniska muzycznego na fortepian. Nienawidziłem tego. Nie okazałem się Mozartem, więc szczęśliwie przestano się nade mną pastwić. Natomiast gitarą zainteresowałem się po tym, jak poszedłem do kina Polonia na film „Noc po ciężkim dniu” [komedia muzyczna „A Hard Day’s Night” w polskich kinach wyświetlana pod tytułem „The Beatles” – przyp. red.]. Zobaczyłem, co się tam wyprawia – tłumy dzieciarni śpiewającej z Beatlesami i skaczącej po sali kinowej – i pomyślałem sobie, że w tej muzyce coś jednak musi być. Poprosiłem tatę, żeby przegrał mi na kasety magnetofonowe kilka płyt Beatlesów, po czym sięgnąłem po siedmiostrunową rosyjską gitarę, stojącą w kącie u moich rodziców. Połamałem ją zresztą już po jakimś miesiącu, usiłując na niej grać.

Były też spotkania z tatą. Jeden na jeden. Chciałbym zobaczyć zeszyt, w którym zapisywałem pod jego dyktando różne mądrości na temat danych kompozytorów i utworów. W jego gabinecie poznałem fundamentalne dzieła muzyki klasycznej: Mozarta, Bacha, ale też na przykład Dvořáka czy Skriabina. Dzisiaj, kiedy za tatą tęsknię, za choćby chwilę w jego towarzystwie oddałbym kilka lat własnego życia, ale wtedy te spotkania wydawały mi się nieskończenie nudne. Oczywiście, w tym przypadku, jak w wielu innych, z opóźnieniem docierało do mnie, co takiego mi rodzice dają, proponują, że mają w jakiejś kwestii rację. Nie minęło pięć lat, a z własnej woli zacząłem chodzić na koncerty Warszawskiej Jesieni, razem z moim przyjacielem. Inna rzecz, że wtedy chodziliśmy na nie głównie dla pięknych wiolonczelistek z tureckiej orkiestry.

No i jazz. Właściwie tata nie pokazał mi jazzu. Choć może pokazał, tylko w sposób dość przewrotny. Miałem 14 lat, a on chciał się pozbyć kilku jazzowych winyli. Nie miał na nie miejsca, odłożył je na podłogę do oddania. I ja jedną z tych płyt wziąłem, puściłem ją sobie i ona zmieniła moje życie. Wkrótce zrozumiałem, czego pragnę w muzyce.

Aparat

Skąd się wzięła fotografia? To prawda, że jeszcze w szkole podstawowej swoim plastikowym aparatem Ami robiłem zdjęcia wronom i wiewiórkom, ale szybko to porzuciłem i długo nie wracałem do tematu. Tak naprawdę rozstrzygający był dopiero mój wyjazd do Nowego Jorku. Miałem 24 lata, nigdy wcześniej nie byłem w Stanach, a jako korespondent pewnego krótko ukazującego się dziennika zamieszkałem w wieżowcu na Times Square w jednym pokoju z fotografami. Tym samym spędziłem kilka miesięcy z facetami, którzy mówili wyłącznie o fotografii. Doprawdy trudno było wówczas tym nie przesiąknąć i jestem im za to do dzisiaj wdzięczny.

Piosenka za jeden rządek

Pamiętam znakomicie, jak jedziemy z tatą na moją maturę. Zapach czarnych skajowych obić w naszym maluchu w kolorze bahama yellow. Jak chrzęścił silnik, jak ciężko wchodziły biegi. Tata nie był, delikatnie mówiąc, światowej sławy kierowcą. Zaczął prowadzić późno, zrobił prawo jazdy koło pięćdziesiątki. Wtedy, podwożąc mnie, maskował swoje zdenerwowanie, nucąc coś czy gwiżdżąc, co nijak nie było w stanie moich lęków przedmaturalnych rozproszyć, wręcz przeciwnie, tylko je potęgowało.

Jakoś zaraz po tym pojechałem do Niemiec na saksy. Rozpierała mnie energia do działania, a poza tym potrzebowałem pieniędzy na płyty. Już nie winyle. Odkąd trzy lata wcześniej u przyjaciela rodziców, kompozytora Jerzego Derfla, zobaczyłem odtwarzacz kompaktowy (jeden z pierwszych w Warszawie), liczyły się już tylko kompakty. Musiałem sobie tylko na nie zarobić.

O dziwo, całkiem nieźle mówiłem wtedy po niemiecku – zdawałem z niemieckiego maturę, a wcześniej nawet wygrałem olimpiadę. I pewnie także dzięki temu różni ludzie chętnie wynajmowali mnie do różnych robót. Co zrujnowało mi w rezultacie kręgosłup, ale też wiele mnie nauczyło o życiu. Jednym z moich mocodawców był wówczas facet, który miał pole chmielu. Z dzisiejszej perspektywy zarabiałem grosze, ale wtedy miałem wszystko dokładnie wyliczone. Ścięcie jednego rzędu chmielu to był jeden utwór na płycie. Dziesięć rządków – jedna płyta. W ciągu dnia byłem w stanie zarobić na dwie, trzy.

I tu ciekawostka: pierwszym albumem, jaki kupiłem sobie za przepracowane w pocie czoła godziny, była płyta „Travels” Pata Metheny’ego. I proszę mi wierzyć – myśl, że któregoś dnia będziemy z Patem kolegami, że ja coś dla niego skomponuję, a potem to jeszcze będziemy wykonywać w duecie w trójkowym studiu, nie pomieściłaby mi się wówczas w głowie.

Na tamto pole chmielu wracałem jeszcze kilka razy. Ostatni raz pojechałem tam – dosłownie – prosto z festiwalu w Sopocie, gdzie byłem jednym z prowadzących. Przebierałem się w drodze ze sceny do samochodu.

Efekt domina

Sopotu nie byłoby, gdyby wcześniej nie wydarzyło się Opole. A Opole nie wydarzyłoby się, gdyby naszym sąsiadem nie był Grzegorz Ciechowski. Rok 1988, Grzegorz był u szczytu sławy, jakiś czas po rozwiązaniu zespołu Republika, a chwilę przed premierowym koncertem Obywatela GC. Siedzieliśmy u niego w salonie, on właśnie prezentował mi swoją nową muzykę. I pewnie wtedy zaproponował mi, jako szef artystyczny opolskich „Debiutów”, czy z okazji 25-lecia festiwalu nie poprowadziłbym tego właśnie koncertu. Oczywiście, jego propozycja była podyktowana tylko i wyłącznie tym, że mój tata był silnie z Opolem związany. Grzegorz chciał zainscenizować coś w rodzaju przekazania pałeczki, uważał, że to będzie zabawne. Na podobnej zasadzie zaproponowano mi, żebym pojawił się w Sopocie. Zadziałał efekt domina, który doprowadził mnie w finale do radiowej Trójki. Ta propozycja też najpewniej wzięła się z prostego skojarzenia, że skoro mój tata przez dziesięciolecia miał swoją szalenie popularną audycję radiową, może i ja bym się sprawdził przed mikrofonem. Wszystkie te prace dostałem po znajomości. Nie mam problemu z tym, żeby to przyznać. Przeciwnie, jestem wdzięczny losowi, ale też wiem, że gdybym dostał tę szansę, ale zawiódł, mógłbym być synem i samego papieża, a i tak nic by mi to nie pomogło. Od tamtego czasu minęło 31 lat, najwyraźniej się więc jednak sprawdziłem.

Ważniejsza miłość

W Trójce zacząłem pracować nieomal w dniu przełomu ustrojowego w Polsce. To znaczy pierwszą audycję nagrałem pod koniec maja, a pierwsze wolne wybory odbyły się 4 czerwca. Obawiam się jednak, że Polska była mi wtedy doskonale obojętna. Zakochałem się. Pierwszy raz w życiu aż tak.

Oczywiście, cieszyłem się z przełomu, ale naprawdę szczęśliwy byłem, kiedy w te czerwcowe dni mogłem chodzić z moją dziewczyną po parku Ujazdowskim, który był w połowie drogi między naszymi domami.

Przed chwilą

W którym momencie życia przestałem być dzieckiem? Myślę, że nie przestałem. Wciąż mam w sobie dużo dziecięcego zdziwienia światem. Nie mija mi zachwyt. To złudzenie, jakby świat właśnie przed chwilą powstał dla moich oczu.

Marcin Kydryński, rocznik 1968. Dziennikarz muzyczny, kompozytor, autor tekstów, podróżnik, fotograf. Prywatnie mąż Anny Marii Jopek, ojciec Franciszka i Stanisława. W latach 1989–2007 w radiowej Trójce prowadził nocne audycje jazzowe, a od roku 2001 także audycję „Siesta”, z którą rozstał się 17 maja. Od 2011 roku prowadzi w Gdańsku Siesta Festival, a także serię koncertów Siesta w Drodze. Ostatnio na rynku ukazała się jego najnowsza książka „Dal. Listy z Afryki minionej”.