Mniej znaczy więcej – recepta na proste życie

Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto i skromnie (fot. iStock)

Kupujemy, zdobywamy, gromadzimy. Coraz więcej i więcej. Ubrań, domów, samochodów, gadżetów. A kiedy to wszystko już mamy, okazuje się, że wciąż coś nowego jest do zdobycia. 

My, ludzie Zachodu, nie potrafimy już żyć skromnie. Pracujemy, żeby mieć. A mamy zdecydowanie za dużo. Jedzenia, które marnujemy, wszelkiego rodzaju dóbr, które szybko nam się nudzą albo które uznajemy za niemodne. Wyrzucamy sprzęty, które można by naprawić, używamy coraz więcej przedmiotów jednorazowego użytku. Efekt? Zniszczone środowisko, życie na kredyt, a więc tak naprawdę przysparzanie sobie problemów, choć przecież chodzi nam o to, żeby ich uniknąć.

Francuzka Dominique Loreau przemierzyła świat wzdłuż i wszerz, ucząc francuskiego i poznając różne kultury i style życia. Wszędzie czegoś jej brakowało. Dopiero w Japonii poczuła, że ma wszystko, co potrzebne do szczęścia. Dlaczego właśnie tam? Bo Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto, skromnie.

Dominique odkryła, że prostota nie ogranicza, ale wzbogaca, uwalnia od uprzedzeń i obciążeń. Zaczęła praktykować zen, przyjmować życie takim, jakie jest, być blisko natury. Najpierw jednak pozbyła się większości rzeczy, które miała. W książce „Prostota życia” pisze: „Żeby żyć, naprawdę potrzebujemy niewiele. Zyskałam głębokie, ugruntowane przekonanie, że im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej możemy się rozwijać”.

Coraz więcej ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Coraz więcej z nas nie tylko rezygnuje z nadmiaru, przesytu, lecz także widzi głęboki sens w samoograniczaniu.

Sposób na minimalizm? Zrób to sam!

Mika Larsson, była attaché kulturalna Ambasady Szwedzkiej w Polsce, dziennikarka i działaczka społeczna, po powrocie do Szwecji zamieniła 115-metrowe mieszkanie na dwa pokoje, dużego saaba na małą hondę, która służyła jej głównie do tego, żeby wozić 94-letnią mamę. Sama jeździła rowerem albo chodziła pieszo. Pozbyła się mebli, ubrań. Bez żalu, bo wiedziała, czego chce.

– Mam dziennikarski temperament, potrzebuję ruchu, nowych wrażeń, poznawania ludzi, krajów. A ponieważ zdecydowałam, że nie wrócę do pracy na etacie, przez co moje zarobki będą niższe, musiałam zminimalizować stałe wydatki, żeby mieć środki na realizowanie pasji. Okazało się też, że w nowym mieszkaniu się nie mieszczę. Więc połowę rzeczy oddałam. Ale nie zrobiłam tego pochopnie. Wcześniej długo na ten temat rozmyślałam. Moje samoograniczenie było więc bardzo przemyślane.

Jacek Fenderson, działacz na rzecz środowiska, społeczeństwa obywatelskiego i uczciwego handlu, ogranicza kupowanie do minimum.

– Staram się żyć zgodnie z maksymą „zrób to sam”. Polega to na tym, żeby samemu opanować jak najwięcej umiejętności. Zamiast kupować półkę – zrobić ją samemu, zamiast nabywać nowy zegarek – naprawić stary.

Ma na sobie używane spodnie i bluzę zaprojektowaną przez kolegę, a uszytą przez zaprzyjaźnioną krawcową. Mieszka z kolegami na squacie. Większość mebli zrobili własnoręcznie – z drewna, metalu. Sami podłączyli wodę, wykorzystując do tego stare rury. Resztę potrzebnych sprzętów znaleźli na śmietniku.

Jacek po mieście jeździ na rowerze. Jeżeli już musi coś kupić, kieruje się trzema kryteriami: czy nie przyczynia się do zaśmiecania środowiska (unika kupowania plastikowych rzeczy), czy nie pogłębia konsumpcjonizmu (kupuje tylko to, co jest potrzebne) i czy produkty pochodzą ze sprawiedliwego handlu.

Tłumaczy po kolei: Produkowanie i konsumowanie coraz to nowych rzeczy obciąża środowisko. Lepiej reperować stare ubrania i sprzęty, bo w ten sposób ogranicza się kupowanie towarów, czyli popyt. A wiadomo, że popyt napędza podaż. Jeśli nie będzie kupujących, nie będzie też sprzedających i produkujących, a więc i zatruwania środowiska. A co do sprawiedliwego handlu – w gospodarce wolnorynkowej jest pęd do kupowania jak najtaniej. Odbywa się to często kosztem praw pracowniczych i warunków, w jakich przebiega produkcja. Na przykład w Chinach zatrudnia się niepełnoletnich, płaci ludziom śmiesznie niskie pensje. Muszą wybierać między śmiercią głodową a pracą za grosze.

– Moim zdaniem nie jest to żaden wybór. Dlatego nie chcę mieć na sobie nic, co zostało wyprodukowane przez niewolników. Jeżeli więc kupuję ubrania, to polskie. Nie chodzi o radykalne zaprzestanie konsumpcji – musimy coś jeść, w coś się ubierać, ludzie muszą zarabiać. Chodzi o to, żeby handel miał ludzki wymiar, żeby nie odbywał się kosztem zatruwania środowiska i niewolniczej pracy.

Zawsze sprawdza metki. Woli płacić więcej, ale mieć gwarancję, że produkty są dobrej jakości i pochodzą ze sprawiedliwego handlu. Jacek: – Stanowimy mniejszość, bo ludziom wmawia się, że muszą posiadać coraz to nowsze i lepsze produkty. Kiedyś kupowało się rzeczy, gdy się ich naprawdę potrzebowało. Teraz – bo wchodzi nowa promocja. I nagle okazuje się, że trzeba mieć jeszcze większy telewizor, a jak już się kupi ten największy, to i tak zaraz staje się przestarzały, ponieważ nie ma Internetu i nie wisi na suficie.

Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock)

Nie wszystko na sprzedaż

Mika wciąż musi odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla niej ważne. Widzi piękne mieszkania, ubrania i przez głowę przemyka myśl: „Ja też chcę takie mieć”. Ale zaraz przychodzi myśl druga: „Czy aby na pewno jest mi to potrzebne?”. Na ogół odpowiedź brzmi: nie. Ostatnio, w Łodzi, zachwyciła się kurtką. Natychmiast ją kupiła, ale tylko dlatego, że dokładnie takiej od powrotu do Szwecji potrzebowała.

Psychologowie podkreślają, że samoograniczanie jest akceptowalne, gdy wynika z naszego wyboru. Wtedy nawet istotne ograniczenia dają poczucie wolności. – To tak jak z oddaniem się w ręce lekarza – mówi psycholog Jarosław Przybylski – Jesteśmy w stanie wiele wycierpieć, poddać się operacji, byleby tylko wyzdrowieć. Sami ograniczamy swoją wolność, ale to nasz wybór.Sami też musimy dostrzec pułapkę, jaka tkwi w żądzy posiadania. Zobaczyć niebezpieczny mechanizm nienasycenia.

Mika: – Musimy być świadomi tego nienasycenia. I w porę określić próg, za którym konsumpcja zaczyna być chorobą.

Jacek: – Świadoma konsumpcja nie jest trudna, choć wymaga ciągłej uwagi, planowania, patrzenia na metki. Uważam, że takie zachowanie ma głęboki sens. Warto poczynić wysiłek, chwilę dłużej przyjrzeć się produktom na półce, żeby wybrać ten najmniej obciążający środowisko, pochodzący ze sprawiedliwego handlu. To tylko kwestia przestawienia się. Nie umiałbym już bezmyślnie kupować, nie interesując się, skąd co pochodzi. Ale to nie znaczy, że godzinami siedzę w sklepach. Wprost przeciwnie.

Jacek nie zgadza się też z tendencją, która każdy przejaw ludzkiej aktywności każe traktować jako towar. Przecież pewne wartości, jak na przykład relacje międzyludzkie, nie są mierzalne i nie da się ich wycenić i sprzedać. – Wolałbym przygotować posiłek razem z rodziną, niż zamówić pizzę. Konsumeryzm jest nieludzki. Dla gospodarki byłoby najlepiej, gdybym mieszkał daleko od pracy, dojeżdżał samochodem, kupował benzynę, jadł na mieście. A ja nie chcę tak żyć.

 

Czy możemy chcieć mniej? Jak rodzi się sprzeciw?

Według Jacka to kwestia wychowania i wrażliwości społecznej. – Jak byłem młodszy, interesowałem się, dlaczego ludzie protestują, dużo o tym czytałem. I coraz bardziej zacieśniał się krąg znajomych o podobnych poglądach. Nie twierdzę, że wszyscy powinni być ascetami. Jeżeli ktoś chce więcej posiadać, ma do tego prawo. Ale powinien dokonać tego wyboru świadomie, a nie pod presją reklamy czy mediów.

Mika mówi, że jest dzieckiem raju. Urodziła się w bogatym społeczeństwie, które przez 200 lat żyło w pokoju i budowało dobrobyt. Jej rodzina była wielopokoleniowa, co jest bardzo nietypowe w Szwecji – babcia ze strony mamy (przeżyła o 50 lat dziadka Erika Axela Karlfeldta, laureata literackiej Nagrody Nobla) mieszkała w rodzinnym domu aż do śmierci. Opowiadała wnuczce o swoim życiu. O tym, jak pracowała od siódmego roku życia – trzy dni chodziła do szkoły, trzy do pracy, a jeden dzień miała wolny. O tym, jak przyjechała ze wsi do stolicy, żeby pracować u bogatych ludzi, i jak spotkała dziadka poetę.

Te opowieści były dla Miki bardzo kształcące. Sama nigdy nie doświadczyła prawdziwej biedy, choć jej rodzice raz mieli pieniądze, raz nie. Pamięta ubrania otrzymywane z darów, oklejone meble do sprzedaży za długi i rozpacz mamy. W latach studenckich miała trzy zasady oszczędzania: Nie rozmawiać z budki telefonicznej, bo z domu taniej. Nie jeździć tramwajem, tylko rowerem albo chodzić pieszo. Masło i ser na chlebie tylko w sobotę. Ale nie cierpiała z tego powodu.

– Nigdy nie lubiłam przesiadywać w drogich restauracjach czy klubach. Najbardziej cieszyło mnie i cieszy do dziś, gdy siedzę na ławce i przyglądam się ludziom. Ja to uwielbiam. Wyobrażam sobie, co myślą, robią, jak żyją.

Ukształtowały ją dwa bardzo głębokie doświadczenia. Pierwsze: Jako dziennikarka szwedzkiego dziennika ma napisać cykl artykułów na temat komputeryzacji przemysłu włókienniczego. Jedzie do fabryki w małym miasteczku, gdzie spotyka robotnicę, z którą potem przez lata utrzymuje kontakt.

– To był człowiek, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Parę lat później owa kobieta zadzwoniła do mnie już ze Sztokholmu, gdzie pracowała jako salowa w prywatnym szpitalu. Nigdy nie zapomnę jej słów: „Wiesz, Mika, co ja odkryłam w tym szpitalu? Że im więcej ludzie mają, tym większy ogarnia ich lęk. Boją się złodziei, kłótni w rodzinie o majątek po swojej śmierci. Im mniej posiadają, tym są łagodniejsi i pogodniejsi”. Ona zawsze tęskniła za lepszymi warunkami życia – opowiada Mika – a kiedy poznała lepiej sytuowanych ludzi, zobaczyła, że są nieszczęśliwi! To było jej wielkie odkrycie, które z kolei stało się i moim odkryciem. Powiedziałam sobie: Zapamiętaj, co ona mówi, bo to są mądre słowa o tym, jak żyć. I rzeczywiście te słowa towarzyszą mi do dziś.

I doświadczenie drugie: Rok 1981, Mika jest w Polsce korespondentką szwedzkiego radia i telewizji. Pewnego wieczoru nagle traci przytomność. Szpital, badania i diagnoza: rak mózgu. Wraca do Szwecji. W oczekiwaniu na tomografię komputerową przez 11 dni żyje w przekonaniu, że zostało jej niewiele czasu. Bliscy rozpaczają. To ona musi ich pocieszać. Po głowie tłuką się pytania: Czy byłaś sobą? Czy oddałaś się całkowicie miłości?

– Coś z samego środka mnie żądało odpowiedzi. Tylko na te dwa pytania. Reszta nie miała znaczenia. I kiedy później okazało się, że diagnoza była błędna i jestem zdrowa, wszystko mi się przewartościowało. Od tego momentu wiem, że kiedy mam gdzie spać i co jeść, powinnam zajmować się innymi sprawami, bo tam dopiero jest prawdziwe życie. Jestem też absolutnie przekonana, że kiedy człowiek podsumowuje swoje życie, wszystko jedno, czy ma na to dużo czasu, czy sekundę, to nie zastanawia się, czy ma nazwisko, czy jest bogaty, czy budził respekt, czy ludzie mu się w pas kłaniali, tylko zadaje sobie pytanie, czy był wierny sobie, czy miał odwagę słuchać swojego wewnętrznego głosu, nawet gdy inni uważali go za głupca i się z niego śmiali. I czy miał odwagę wybrać miłość.

Sztuka rezygnacji

To było tak silne doświadczenie, że stało się dla niej lekcją na całe życie. Największym owocem tej lekcji jest syn Jón, którego urodziła kilkanaście miesięcy później.

Odtąd praktykuje nieustannie sztukę rezygnacji. Kiedy Jón poszedł do szkoły, wybrała pół etatu, żeby być z nim co drugi dzień (wychowywała go samotnie). Postanowiła też, że dopóki on sam nie dorośnie na tyle, by zdecydować inaczej, nie będzie mu kupować nowych ubrań, tylko używane. A kiedy już dorósł, decydował: „Mamo, kup mi lepiej książkę, nie obchodzi mnie, co ludzie powiedzą”. Kiedy jako nastolatek dostał grant od państwa (w Szwecji ucząca się młodzież otrzymuje pieniądze na życie), Mika odbyła z nim poważną rozmowę na temat partycypowania w kosztach utrzymania.

Można zniszczyć dziecko, dając mu za dużo, bo ono będzie przekonane, że wszystko dostanie jak na talerzu. Jeśli chcemy przygotować je do życia, musimy mu pokazać, że tak nie będzie. Byłam w uprzywilejowanej sytuacji pod względem finansowym, więc tym bardziej musiałam chronić syna przed taką postawą. Teraz widzę tego niesamowite efekty. Ma 27 lat, zarabia duże pieniądze, a mimo to potrafi żyć oszczędnie.

Pod koniec lat 90. zrezygnowała z propozycji bardzo intratnej pracy. Wszyscy wokół radzili, żeby ją przyjęła, bo to dałoby jej gwarancję życia na wysokim poziomie. Ona sama myślała podobnie: „Pięć lat ostrej pracy i urządzę się na całe życie”. Jón miał wówczas jednak 14 lat i wymagał jej obecności. Doszła więc do wniosku, że to nie dla niej.

Kolejna rezygnacja: W listopadzie 2007 roku kończy pracę w ambasadzie, ale nie szuka nowej, choć jej emerytura do 65. roku życia jest mniejsza niż stypendium studenta. Decyzję podejmuje bardzo świadomie: – Wiedziałam, że umiem żyć za bardzo małe pieniądze. Ale byłam też ciekawa, czy umiem nic nie robić. Bo przecież się starzeję i na pewno przyjdzie dzień, w którym moje ciało odmówi posłuszeństwa. Czy ten stan obudzi we mnie lęk? Sprawdzenie tego, czy umiem żyć w spokoju, było dla mnie wielkim wy-zwaniem. Umiem. Wymagało to jednak nie lada samoograniczenia.

Mika ogranicza teraz kontakty z synem. Nie chce go sobą przytłaczać, hamować w rozwoju. On ma iść swoją drogą.

Co daje samoograniczenie?

Mika: – Przede wszystkim spokój. Harmonię. Świadome życie. Wiedzę, gdzie leży granica, za którą nie kontroluje się przedmiotów, tylko one nas kontrolują. Przekonanie, że wartość człowieka nie jest zależna od tego, ile się posiada.

Jacek: – Satysfakcję, że jestem w porządku wobec innych i naszej planety.

Antropolożka Joanna Tokarska-Bakir w jednym z wywiadów dla „Zwierciadła” trafnie uchwyciła sedno samoograniczania: – To droga, w której mamy na oku dobro większe niż tylko nasze własne. I dodała: – W ogóle doradzałabym przyglądanie się temu, co jest większe ode mnie i czego jestem częścią, i żyłabym z tym w zgodzie.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.