Na czym polega zarządzanie uwagą?

fot. iStock

Coraz więcej wokół narzędzi do zarządzania czasem, a o czas coraz trudniej… I będzie coraz trudniej, jeśli – jak przekonuje psycholog biznesu Tony Crabbe – zamiast zarządzać czasem, nie przestawimy się na zarządzanie uwagą. Jego teorię testuje w praktyce Monika Stachura.

T-shirty „Nie wiem, nie znam się, nie orientuję, zarobiony jestem” już są, niedługo będziemy tatuować sobie ten napis na czole, żeby przypadkiem nikomu nie przyszło do głowy wątpić w to, jak bardzo jesteśmy zapracowani. Sama nieraz na pytanie „jak ci minął dzień?” – odpowiadałam zbolałym głosem „Wiesz, to TEN tydzień”… I wcale nie myślałam o fizojologii (nomem omen w tym numerze piszemy też o tym, że menstruacja wcale nie musi wiązać się z bólem), ale o tzw. zamykanie numeru, czyli dni poprzedzające wysyłkę SENSu do drukarni, gdy w redakcji robi się tłoczno, gwarnie i nerwowo. W końcu uznałam, że dość tego – cyklu wydawniczego nie zmienię, muszę zmienić coś w sobie. Z nadzieją sięgnęłam po książkę „Nareszcie mam czas. Jak dobrze żyć w epoce nadmiaru” (wyd. Muza 2017) napisaną przez psychologa biznesu Tony’ego Crabbe’a. Z jego strony dowiaduję się, że „skupia się na tym, jak ludzie myślą, czują się i zachowują w pracy. Niezależnie od tego, czy pracuje z liderami, zespołami czy organizacjami, bazuje na tym, żeby robić rzeczy inaczej”. Tego mi trzeba!

Geneza zapracowania

Dlaczego jesteśmy zapracowani? Crabbe stawia to pytanie inaczej: Dlaczego uważamy, że jesteśmy zapracowani? I odpowiada: „Uważamy, że jesteśmy zapracowani, ponieważ mamy tak dużo do zrobienia, zarówno w pracy, jak i w domu. Instytucje, w których jesteśmy zatrudnieni, są bardziej wymagające niż kiedykolwiek dotychczas, nasze skrzynki poczty elektronicznej i listy zadań do wykonania pękają w szwach, w kalendarzach roi się od umówionych spotkań. Presja nie ustaje, kiedy wracamy do domu (…). Wciąż nie mamy na nic czasu. Jesteśmy po prostu zapracowani; takie jest dzisiaj życie”. Uff, i wszystko jasne!… Już zdążyłam zapomnieć o małym „uważamy, że”.

Zaraz potem autor wyjaśnia, że zapracowanie to nie konieczność, a strategia. „To prawda, że wiele jest do zrobienia, ale przekonanie, że wciąż nie mamy na nic czasu, ponieważ mamy tak dużo roboty, jest fałszywe”. Skąd więc bierze się nasze zabieganie? Po pierwsze, z pójścia na łatwiznę. „Łatwiej jest po prostu reagować, próbować zrobić wszystko, zamiast podejmować trudne decyzje, a z pewnych rzeczy rezygnować. Trzeba mieć więcej odwagi, żeby robić mniej” – pisze Crabbe. Po drugie, z potrzeby usprawiedliwienia – zapracowanie pozwala nam poczuć pozorną produktywność i jednocześnie odłożyć na później rzeczy naprawdę istotne. Po trzecie, z chęci autopromocji: zapracowany oznacza ambitny; po czwarte, bo jesteśmy uzależnieni (tak, ciągłe bycie online stymuluje chemię mózgu), po piąte, bo jesteśmy stadni – prof. Anna Burnett z Uniwersytetu Północnej Dakoty dowodzi, że zaganianie stało się niemalże przedmiotem pracowniczej rywalizacji.

Zaraz, zaraz czy to oznacza, że oszukuję sama siebie? Nie czuję się z tym najlepiej… Ale zapracowanie, czy raczej tzw. zapracowanie, uwiera mnie jeszcze bardziej – nie wiem skądinąd dlaczego, skoro wszyscy tak mają – więc czytam dalej.

Utracone korzyści

Słusznie, jak się okazuje, bo wkrótce trafiam na informację, która wyjaśnia mi, skąd mogło się wziąć moje postanowienie o zmianie. „Samotność i izolacja stanowią większe zagrożenie dla zdrowia niż palenie i otyłość. Nie chodzi tylko o wsparcie, jakie otrzymujemy: badania pokazują, że udzielanie wsparcia jest nawet jeszcze korzystniejsze niż otrzymywanie go” – twierdzi Crabbe, powołując się m.in. na twórcę psychologii pozytywnej, Martina Seligmana. Już po wydaniu książki, wiosną 2017, ukazało się sprawozdanie z najdłuższych, prawie 80-letnich badań naukowców z Uniwersytetu Harvarda, na temat czynników warunkujących zdrowe i szczęśliwe życie. Wynika z nich, że relacje społeczne pomagają żyć lepiej i być bardziej szczęśliwymi. „Dbanie o ciało jest ważne, ale pielęgnowanie relacji także jest formą troski o własne zdrowie. Sądzę, że to rewelacja” – powiedział kierownik badania, psychiatra Robert Waldinger. Rewelacja, ale jak to się ma do zapracowania? Crabbe pisze wprost „Kiedy wpadamy w wir zapracowania, nasze najcenniejsze związki, mimo że są tak ważne, cierpią na tym jako pierwsze. Naszych najbliższych i najukochańszych rani najbardziej nasza fizyczna lub psychiczna nieobecność”. Od dawna czułam coś podobnego, teraz wreszcie widzę czarno na białym, na czym polega ta zależność. To do mnie trafia. Nie chcę więcej wykreślać z mojego życia rodzinnego i towarzyskiego TEGO tygodnia, nie odpowiadać na telefony bliskich, rezygnować z wyjścia z przyjaciółmi. Co zrobić?

Wyplątać się z pętli przepracowania

Wypróbowałam wiele programów i aplikacji do zarządzania czasem, ale przyniosły mi niewiele poza frustracją, podobnie nieskuteczna okazała się motywacja w imię porządku i dyscypliny. Podczas badania talentów Gallupa okazało się zresztą, że w moim przypadku to ślepa uliczka. Skutecznie zmotywować mogą mnie jedynie rzeczy zgodne z moimi wartościami. Relacje – rodzinne, przyjacielskie i te redakcyjne, nieraz wystawione na ciężką próbę w TYM tygodniu, to coś, na czym mi naprawdę zależy, więc postanawiam wyplątać się z pętli przepracowania. Autor książki najpierw trochę podcina mi skrzydła: „prawda jest taka, że dzień w dzień trochę sobie bruździmy w życiu, nie wprowadzając zmian, które, o czym doskonale wiemy, mogłyby mieć znaczenie dla nas, dla naszych bliskich, dla naszego zapracowania”, ale zaraz uspokaja, że choć potrzeba do tego więcej niż tylko dobrych chęci, to możemy się zmienić. „Jeżeli chcecie coś zrobić ze swoim zapracowaniem, skupcie się w pełni na jednym przyzwyczajeniu, które chcielibyście zmienić” – pisze. „To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” – powiedział Armstrong, pierwszy człowiek w historii, który stanął na Księżycu. Faktycznie, pół wieku później jesteśmy o lata świetlne dalej w badaniu kosmosu, mogę więc też zrobić mój pierwszy krok.

Crabbe proponuje siedem strategii zmian, uczciwie przypominając, że żadna nie zastąpi motywacji. Ja motywację mam, więc pozostaje mi wybrać sposób działania. Decyduję się na metodę, którą autor książki nazywa „Klarownością celów”, bo wiem, co mnie napędza, a to – jak wynika z testu Gallupa – będzie w moim przypadku najbardziej skuteczne. Zatem mam cel: wyplątać się z pętli przepracowania, żeby zatroszczyć się o relacje. Ale według Crabbe taki cel jest zbyt ogólny i relatywnie źle zdefiniowany – powinnam się zastanowić nad tym, jakie konkretnie zachowania, regularnie stosowane, przyniosą moim zdaniem pożądaną zmianę. Jako wykwit epoki nadmiaru w pierwszej chwili mam oczywiście nadmiar pomysłów, większość z nich odrzucam od razu, bo wymagają niedostępnej dla mnie samodyscypliny dla samej siebie, pozostaje kilka – będę je testować po kolei. Zacznę od tego, żeby nie zostawiać na TEN tydzień nic wymagającego pracy w ciszy, o której w ostatnich dniach przed wysyłką można w redakcji zapomnieć. Metodę Crabbe’a uzupełniam planem na wcześniejsze tygodnie, bo bez tego nie ma szans, żeby mój projekt zakończył się sukcesem, a bardzo mi na tym zależy! Następna wysyłka za miesiąc. Mam trochę czasu, by wprowadzić plan w życie, ale już wiem, jaki będzie najważniejszy punkt: w przeddzień wysyłki idę z przyjaciółką do opery!

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »