Nie boję się nikogo. Rozmawiamy z Ewą Zgrabczyńską, dyrektorką poznańskiego ZOO

Nie boję się nikogo
Ewa Zgrabczyńska z tygrysem uratowanym w 2017 roku z nielegalnej hodowli. (Fot. Małgorzata Chodyła/ materiały prasowe ZOO w Poznaniu)

„Zwierzęta nie są dla nas. One po prostu są. Ich obecność buduje moje życie, uczą mnie tego, co najważniejsze. To one dają mi najlepszą formę przeżywania tego kruchego momentu naszego istnienia na ziemi”. Dla Ewy Zgrabczyńskiej, dyrektorki ZOO w Poznaniu, nic nie jest ważniejsze niż poczucie obowiązku człowieka wobec zwierząt i opieka nad nimi.

Tygrysy mruczą?
Tygrysy nie mruczą. To jest charakterystyczna cecha naszych kotów domowych, zresztą nie do końca wyjaśniona, cały czas badana. Tygrysy odzywają się w inny sposób. Kiedy nawiązują kontakty przyjacielsko-neutralne, kiedy witają się nawzajem – to do siebie pufają. To krótki odgłos, zrelaksowane czy zachęcone do kontaktu odpowiadają nim innym tygrysom i człowiekowi – opiekunowi. Kiedy wchodzimy tutaj w zoo do tygrysów, staramy się zapufać. To jest powiedzenie: „Witaj, nie mam złych zamiarów”.

Jak to brzmi?
Pffffuuufff… Niektórzy potrafią imitować ten tygrysi głos bardzo dobrze. Ta wokalizacja sprawia, że zwierzę wychwytuje sygnał, nawet międzygatunkowy, mówiący o dobrych intencjach. To bardzo ważne.

Pufała pani do słynnych ratowanych tygrysów, kiedy zobaczyła je pani po raz pierwszy?
Te tygrysy były w tak złym stanie i w tak wielkim stresie, że część z nich na widok człowieka zachowywała się w sposób agresywny. Starałam się więc pufać na dzień dobry, żeby je wyciszyć i uspokoić.

Działało?
To zależało od cech osobniczych. Były tygrysice jak Merida czy Top o tak wysokim poziomie pobudzenia związanego z obecnością człowieka, że na widok obsługi z jakimś sprzętem, jak choćby szczotka na kiju, dostawały szału, były w ogromnym stresie. Niestety, w warunkach cyrkowych, w warunkach tresury czy w zamkniętych hodowlach bardzo często stosuje się przemoc: bicie i kary, i zwierzęta właśnie z tym kojarzyły sobie obecność człowieka. Natomiast pufały i do tej pory bardzo chętnie to robią Gogh i Kan, dwa tygrysy najstarsze spośród uratowanych.

To są te dwa tygrysy, które zostały tutaj w poznańskim zoo.
Tak.

Kiedy wybuchła historia z zamęczonymi tygrysami, dzwoniono właśnie do pani. Dlaczego?
Od kilku lat jest właściwie tak, że jeśli pojawia się potrzeba szybkiej interwencji związanej z egzotycznymi zwierzętami, służby zwracają się do mnie, głównie dlatego, że jesteśmy pewnie jedynym ogrodem zoologicznym w Polsce, który przyjmuje takie prośby i stara się organom ścigania, prokuraturze, Ministerstwu Środowiska pomagać w miarę możliwości. Te interwencje dotyczyły naszych znanych potem podopiecznych: niedźwiadka Cisnej – osieroconego malucha, znalezionego na południu Polski, pocyrkowego niedźwiedzia Baloo z wyrwanymi pazurami i zębami, który był okrutnie traktowaną maskotką.

A teraz te zwierzęta są gwiazdami zoo.
Trudno nazwać je gwiazdami, to są zwierzęta specjalnej troski. Pojęcie „gwiazdy” źle mi się kojarzy – z odrobiną blichtru i z cyrkowymi światłami. Wolę mówić, że to są nasi specjalni mieszkańcy, którzy mają bardzo ważną rolę emisariuszy i pielgrzymów niosących ideę ochrony zwierząt i ich ocalenia, potrzeby troski, a nawet obowiązku troski. Na pewno nie są tylko gwiazdami.

Pani jest.
Proszę?

Pani jest gwiazdą po sprawie tygrysów. Gwiazdą w pozytywnym sensie.
Nie, skądże. Nie jestem żadną gwiazdą. Dla mnie jest to dość zawstydzające. Z jednej strony efekt kapitalny, jeśli chodzi o zainteresowanie zwierzętami i misją ich ratowania, koniecznością zmiany prawa. Z drugiej strony – jestem zakłopotana tymi wyrazami sympatii, które na mnie spłynęły z najróżniejszych stron. To trochę znak czasów: rzetelne wykonywanie pracy, spełnianie obowiązku i odrobina przyzwoitości, zaangażowania i miłości wobec innych istot budzi podziw. No mój Boże – to, co zwykłe, stało się czymś niezwykłym i bohaterskim. Tymczasem powinna być to normalna postawa. Oczywiście, to ambiwalencja uczuć, bo jest niezwykle miłe, kiedy dostaje się życzenia, ciepłe listy, kwiaty, czekoladki, słowa wsparcia. Jestem za nie wdzięczna.

W ludziach jest potrzeba czynienia dobra, współuczestniczenia w rzeczach, które powinny być na porządku dziennym: niesienie pomocy zwierzętom powinno być elementem powszechnej edukacji, normą.

Korzystam z tej minuty popularności, kiedy ludzie pytają mnie o zdanie, kiedy bywam w mediach, by upowszechniać misję zmian w prawie – zmian, które będą ratowały zwierzęta, pozwolą zlikwidować cyrki ze zwierzętami, zapobiegną takim transportom śmierci jak ten z tygrysami.

Nie boję się nikogo
Fot. Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta

W tej sprawie była pani jesienią nawet w Parlamencie Europejskim. Może to jest droga do skuteczności – polityka?
Polityka mnie odrzuca. Polityka jako narzędzie realizowania ideałów to dzisiaj dość odległa rzeczywistość. Zbyt często widzę, jak polityka staje się domeną brutalnej walki światopoglądowej albo, mówiąc brzydko, okazją do „bycia przy korycie”. Nie wyobrażam sobie siebie jako polityka czy kandydatki startującej z ramienia partii. Skądinąd uważam, że kwestie ochrony zwierząt, ocalenia dziedzictwa przyrodniczego powinny być sprawą ponad podziałami politycznymi.

Od czego się zaczęło pani zainteresowanie zwierzętami? Czytałem, że już jako nastolatka była pani wolontariuszką w poznańskim Starym Zoo.
Mam wrażenie, że zwierzęta towarzyszą mi od dnia narodzin, były jakoś wpisane w życiorysy moich przodków, może to się w genach przenosi? Zwierzęta były w moim domu zawsze.

Każdy na podwórku chciał mieć psa Szarika z „Czterech pancernych…”. Pani Szarik był… pudlem.
No był, był. Ale nadawanie imion bywa stygmatyzacją, bo nasz pudel wyrósł ponad normy własnej rasy, wielkością był chyba rzeczywiście bliższy owczarkowi niemieckiemu. Chciał się dostosować do swojego imienia także pod względem męstwa i lojalności. I miał wysokie libido, jego ucieczki, gdy jakaś suczka w okolicy miała cieczkę, były strasznym problemem naszej rodziny. To w ogóle były dziwne czasy. Pamiętam, jak małe lwiątka czy niedźwiedziątka jeździły z opiekunami tramwajami do przedszkoli na jakieś pokazy dla dzieci… Były inne zasady „bhp”, nikt nie martwił się za bardzo dobrostanem zwierząt, traktowane były przedmiotowo, a ogród zoologiczny miał być przede wszystkim rozrywką.

Ale dzieci – na przykład pani – były zachwycone i dzięki wizytom „pana z misiem” pokochały dzikie zwierzęta.
Nie wiem, czy określiłabym to zachwytem. Na pewno byłam pod wrażeniem, ale może w inny sposób? Zaczęłam od kradzieży świnek morskich przeznaczonych na karmę dla zwierząt w Starym Zoo. Przenosiłam je do domu. W tajemnicy.

To przestępstwo się przedawniło. No i cóż… dzisiejsza dyrekcja zoo raczej pani ścigać nie będzie. Możemy o tym napisać?
Myślę, że tak. Wartość finansowa tych świnek nie była za wysoka. Ta misja zbawiania świata zwierząt bardzo mocno gdzieś we mnie utkwiła. Poglądy na to, jak świat powinien zachowywać się wobec zwierząt, pojawiły się wcześnie i były dla mnie ważne. Miałam bardzo negatywny stosunek do kwestii niewoli zwierząt w ogrodach zoologicznych i postanowiłam nie stać na zewnątrz, z boku, nie być zaangażowaną tylko w organizacje prozwierzęce i w ich pracę, ale wejść do środka i tam działać na rzecz zmian. Status zoo jako zwierzyńca pokazującego egzotyczne okazy ku ludzkiej uciesze już umarł i niech odejdzie w niepamięć. W tej chwili ogrody zoologiczne to nowoczesne ośrodki, które mają charakter pewnego rodzaju refugium – ostoi ratunkowej dla zagrożonych gatunków, prowadzą programy ochrony i reintrodukcji zwierząt w ich naturalne środowiska.

A dom? Ile dzisiaj ma pani zwierząt w domu?
Kilkanaście psów, część to psy z różnych interwencji, mam koty – rasowe i nie, mam osiołka, którego matka zmarła w czasie porodu, mam też wyjątkową kozę, uratowaną spod noża rzeźnickiego – miała być mięsem, a została arcymądrym stróżem domu, Lucjuszem, jednym z najinteligentniejszych zwierząt, jakie spotkałam. Lucjusz jest wyjątkowy: gada, zna każdego psa czy kota po imieniu. Kiedy powiem: „Idź do tego a tego”, to Lucjusz idzie, potrafi przywoływać mnie, kiedy któreś ze zwierząt rozrabia, na przykład usiłuje opuścić podwórko; rozpoznaje gości i ich zamiary, niestety, wyczuwa też, kogo lubię bardziej, a kogo mniej; chodzi na smyczy na spacery; kiedy był mniejszy, uwielbiał siedzieć na sofie i oglądać kreskówki. Teraz mu trochę minęło – wyrósł. Serio mówiąc, pewnie trochę spsiał w tej ludzko-zwierzęcej rodzinie, no i jest jak owczarek: jestem najmądrzejszy, jestem obronny i tutaj rządzę.

Nie boję się nikogo
Fot. Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta

Poświęca pani dla zwierząt i dla pracy życie rodzinne?
Mam syna, który ma fioła na punkcie zwierząt, były w jego życiu tak jak w moim – od zawsze. Niemal wychowywał go owczarek francuski – Biard, który przy pierwszych próbach ucieczek dziecka gdzieś dalej od rodziców potrafił je złapać za kurtkę czy koszulkę, „usadzić” w trawie i czekać. Prawdziwy owczarek. Nigdy nie miałam takiej myśli, że pracując intensywnie, coś poświęcam. Wręcz przeciwnie, uważam, że to zwierzęta i ich obecność budują moje życie i dają mi najlepszą formę przeżywania tego kruchego momentu naszego istnienia na Ziemi. Zwierzęta uczą tego, co najważniejsze, że kwestie śmierci, choroby, zdrowia są tuż obok, że nie można ich zamiatać pod dywan, że to tysiąc razy istotniejsze niż posiadanie majątku. Często stają się członkami rodzin, bliskimi nam istotami, ale na naszych warunkach. I kiedy nie chcą się dostosować, kiedy rozczarowują, pojawiają się tragedie – te psy i koty w schroniskach i tak dalej. Dlatego błędem jest myślenie, że to my coś poświęcamy dla zwierząt, bo one są obok nas i trzeba się nimi opiekować. Zwierzęta też dużo poświęcają, by być z nami, i trzeba to zawsze rozumieć. One nie są „dla nas”. One po prostu są.

Jakim krajem dla zwierząt jest Polska?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście, mamy tendencje, żeby dostrzegać u siebie zło: mamy psy łańcuchowe, mamy pełne schroniska… Ale gdzie indziej nie jest lepiej. Kiedy spojrzymy na korridę w Hiszpanii, polowania na ptaki, tucz gęsi w Belgii, świat mody we Francji, na Duńczyków, którzy przenoszą do Polski swoje fermy futrzarskie – okaże się, że problem złego traktowania zwierząt jest ogólnoludzki i generalizacje są niedobre. Jeżeli już kierować się stereotypami, to może powinniśmy wykorzystać cechy, jakie sobie – możliwe, że słusznie – przypisujemy: odwagę, szybkie działanie, waleczność, solidarność – do tego, by jako kraj zostać motorem działań prozwierzęcych w Europie. Zakaz widowisk cyrkowych z udziałem zwierząt, prowadzenia ferm futrzarskich, utrzymywania psów na łańcuchu – chciałabym, żeby Polacy i polscy eurodeputowani stali się tu pionierami.

Na razie to mamy myśliwych, także na szczytach władzy, niezależnie od opcji politycznej.
Temat tyleż trudny, co prosty: to już nie są czasy, gdy w ciężkich warunkach, jak gdzieś na dalekiej północy, myśliwy zabija łosia i jego rodzina ma pożywienie na całą zimę. Myśliwi dzisiaj to co innego. Zabijać dla przyjemności? Nie mamy prawa wpływać na procesy w przyrodzie, wystarczająco już naszkodziliśmy. Ktoś mówi: Pogłowie zwierząt kopytnych jest za duże, trzeba prowadzić odstrzał. Pogłowie nie byłoby takie, gdyby nie wcześniejsze wybicie drapieżników – wilka czy rysia. Im dalej człowiek trzyma się od ingerowania w naturę, tym lepiej. A ciągle słychać „czyńcie sobie ziemię poddaną”, zamiast „opiekujcie się ziemią”.

Starania o poprawę losu zwierząt nigdy nie będą miały końca. Nie boi się pani, że wpadnie w jakiś rodzaj obsesji?
Moja wrażliwość bywa ograniczona pragmatyzmem i praktyką. Bez utrzymywania tej wrażliwości na smyczy chyba nie dałoby się skutecznie działać. Staram się twardo stąpać po ziemi. Moja mama powtarzała: „Kto miękki w dupie, pietruszką się struje” – jeżeli człowiek chce strukturalnych zmian w tym świecie, ma co do tego przekonanie, to albo staje się fanatykiem i, tracąc kontakt z rzeczywistością, może przepaść i zaginąć, albo trzymając się tej rzeczywistości, stara się być skutecznym z rozmysłem i strategią…

Tylko czasem ten strateg płacze z bezsilności, kiedy widzi zabiedzone tygrysy. A urzędnicy szepczą: „To wariatka”.
Czy kiedyś zwariuję, stanę się stetryczałą, rozgoryczoną staruszką, która smutna i otoczona tylko zwierzętami wycofa się z życia – trudno mi powiedzieć. Życie przynosi różne rzeczy, czasem też choroby ze stresu i napięcia… Śmierć i choroba są wpisane w życie. Chcę jednak zaznaczyć: ja nie kocham tylko zwierząt, ja naprawdę bardzo lubię ludzi, kocham i szanuję dobrych ludzi, mam wielu przyjaciół, nie czuję potrzeby zamykania się na świat czysto ludzki, widzę, że można w nim dużo zrobić na rzecz ocalenia przyrody.

Ma pani ulubione zwierzę?
To ratel, inaczej borsuk miodowy lub miodożer. Niesamowity typ, żyje w Afryce. Nigdy się nie poddaje, po ukąszeniu przez kobrę potrafi przetrawić jad i toksyny, zawsze znajdzie drogę ucieczki – jest znany z nawiewania z ogrodów zoologicznych, potrafi otworzyć sobie zamek klatki albo budować rusztowania, żeby przejść przez mur. Niech pan sobie wygoogluje: ratel, miodożer. Niczego się nie boi, potrafi postawić się lwu. Nie powiem, że to taki mój totem, ale mam do ratela szczególną słabość. W moje działania nie jest wpisana ani martyrologia, ani bohaterstwo, ani szaleństwo. Mam misję, pasję, nikogo i niczego się nie boję.

Ewa Zgrabczyńska, ur. w 1971 roku; zoolożka, absolwentka Wydziału Biologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w 1999 roku uzyskała tam doktorat. Badała zachowania zwierząt na wolności i w wiwariach. Od stycznia 2016 roku jest dyrektorką poznańskiego zoo.

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>