fbpx

Nie wyrzucaj, naprawiaj! Daj przedmiotom drugie życie

Nie wyrzucaj, naprawiaj! Daj przedmiotom drugie życie
W Japonii proces naprawiania przedmiotów doprowadzono do rangi sztuki, czyli kintsugi. Potłuczone ceramiczne naczynia łączy się laką z dodatkiem sproszkowanych metali szlachetnych. (Fot. Getty Images)

Po co reperować, skoro po dołożeniu niewielkiej sumy można kupić coś nowego? Owszem, ale przy okazji jeszcze bardziej zaśmiecić planetę i odebrać pracę rzemieślnikom. Na pytanie: wyrzucić czy oddać do naprawy? – coraz więcej osób wybiera drugą opcję.

Ponad 10 lat temu w Amsterdamie zrodziła się idea Repair café, czyli półtowarzyskich spotkań przy kawie, podczas których można pod okiem fachowca naprawić popsuty przedmiot. Dziś na całym świecie jest ich już ponad dwa tysiące. W Polsce kawiarenki naprawcze działają na stałe w Pile i w Katowicach, a okazjonalne spotkania odbywają się w wielu miastach w związku z różnymi wydarzeniami, na przykład z promocją idei zero waste czy gospodarki opartej na recyclingu surowców.

Z raportu przygotowanego w listopadzie 2019 roku przez agencję badawczą Danae dla Ministerstwa Środowiska wynika, że ponad 36 proc. respondentów oddaje popsute rzeczy do naprawy. Większość z nich wskazuje, że robi to z oszczędności, ale przewaga nie jest znacząca. Motywację stanowi także rosnąca świadomość ekologiczna i społeczna. Zakup nowej rzeczy oznacza przecież, że poprzednia staje się kolejnym odpadem, a korzystanie z usług naprawczych wspiera lokalnych rzemieślników.

Za naprawianiem rzeczy przemawiają też względy emocjonalne, przywiązanie do przedmiotu, niekoniecznie ze względu na jego wartość materialną. W Japonii doprowadziło to do podniesienia procesu naprawiania do rangi sztuki, czyli kintsugi. Potłuczone ceramiczne naczynia łączy się laką z dodatkiem sproszkowanych metali szlachetnych, najczęściej złota, ale bywa, że i srebra albo platyny. Rzemieślnicy – choć trafniej byłoby nazwać ich artystami – nie starają się ukryć ingerencji, wprost przeciwnie, widoczne ślady jeszcze zwiększają wartość przedmiotu.

Szewczyk bez Dratewki

W dawnych podręcznikach dla dzieci przy okazji nauki zawodów zwykle pojawiał się szewc, do którego jakaś Ala lub Janek przynosili swoje zniszczone buciki. Edukacyjnym wzorem tamtych lat szewc najpierw straszył dziecko, że już nic nie da się z nimi zrobić, a potem radośnie oznajmiał, że tylko żartował i jutro obuwie „będzie jak nowe”. Taki sam efekt obiecują dziś punkty renowacji obuwia. W niczym nie przypominają ciemnych, z roznoszącym się w nich ostrym zapachem kleju starych zakładów szewskich, prowadzonych przez zgarbionych od lat pracy nad kopytem rzemieślników, ich właściciele kreatywnym podejściem do klienta przypominają raczej Szewczyka Dratewkę.

Jeden z nich, SneakersSpa mieści się na warszawskiej Pradze. Na jego stronie czytamy: „Zmęczony wygląd oraz uszkodzenia sprawiają, że coraz częściej myślisz o zakupie nowego obuwia? Czy naprawdę chcesz zrezygnować z butów, które towarzyszyły Ci w najważniejszych momentach Twojego życia i niosły Cię na poszukiwanie przygody podczas ekscytujących podróży z przyjaciółmi?”. Podobny warsztat, też ze słowem Spa w nazwie, funkcjonuje w Rzeszowie. I również zachęca klientów, odwołując się do emocji: „Masz swoją ulubioną parę butów, ale rezygnujesz z niej, bo nie wygląda zbyt dobrze? Nie musisz! (…) W Shoes Spa dokonujemy cudów!”. Przeglądając zdjęcia, „przed i po” na ich facebookowych profilach, można się przekonać, że nie są to czcze obietnice. Nawet mocno zniszczone tenisówki, które większość z nas widziałaby raczej w koszu na śmieciu, po renowacji naprawdę wyglądają jak nowe!

Cery i łaty

Co jeśli nie chcemy pozbyć się swetra, bo czujemy się w nim świetnie, a jest na tyle dobrej jakości, że mimo upływu lat nie stracił fasonu? Tylko że przez nieuwagę zahaczyliśmy o gwóźdź i w rękawie zrobiła się niewielka dziura…

W tym przypadku sprawa jest dość prosta, bo da się jeszcze znaleźć punkty cerowania artystycznego. Najczęściej niewielkie, ukryte poza ścisłym centrum miast, pod adresem przekazywanym pocztą pantoflową. Ta usługa nie bez powodu określana jest artystyczną – nie pozostaje po niej ślad. Trzeba delikatnie wyciągniąć nić z ubrania i odtworzyć splot. To żmudna i precyzyjna praca, więc usługa nie jest tania. Nie ze wszystkich materiałów da się wyjąć nitki, więc zawodowe cerowaczki nie zawsze podejmują się pracy.

Co wtedy? Pozostaje opcja „zrób to sam”. O jej popularności świadczy to, że wskazówek nie trzeba szukać w starych poradnikach dla panien, a w Internecie. Naprawianiu dzianin poświęcony jest m.in. kilkunastominutowy odcinek cyklu „Sztrykowanie na ekranie” (sztrykowanie to w gwarze robienie na drutach), który można znaleźć na YouTubie. Dowiadujemy się z niego na przykład, że do uratowania postrzępionego mankietu najlepiej użyć szydełka, którym łapiemy oczka i wykańczamy krawędź. Jeśli powstrzymaliśmy się od odcięcia wiszących przy mankiecie nitek, sytuacja jest optymalna. Jeśli nie, można użyć bawełnianej muliny, dostępnej w bardzo wielu kolorach, więc naprawka nie będzie się odznaczała. Jeśli dziura jest w innym miejscu, warto zacząć od zrobienia pionowej mulinowej osnowy łączącej dwie krawędzie, po której, jakby tkając, będziemy przeplatać poziomą nitkę. Ważne, żeby złapać wszystkie oczka (bo inaczej dzianina znowu zacznie się pruć) i nie ściągać krawędzi, za to – podobnie jak w cerowaniu artystycznym – starać się odtworzyć oryginalny splot. Być może brzmi to skomplikowanie, ale po kilku próbach (nieudany ścieg można spruć!) na pewno się uda. „Eksperymentujcie, bawcie się” – zachęca prowadząca.

Klub meblarzy

Wielu zwolenników ma również renowacja mebli. W przeciwieństwie do sztuki kintsugi, gdzie zachowuje się wszystkie elementy i celowo zostawia ślady naprawy, meble po renowacji są nie do poznania, a w tych tapicerowanych często niewymieniona pozostaje tylko rama. Z pomocą przychodzi cała masa filmików w Internecie oraz dobrych poradników książkowych. Jednak o ile śmiało można eksperymentować z cerowaniem swetra (bo łatwo powrócić do stanu poprzedniego), to już samodzielna naprawa toaletki po prababce może w osobie bez doświadczenia wzbudzić lęk. I właściwie słusznie, bo ryzyko nieodwracalnego uszkodzenia mebla jest wysokie. To jednak znów nie oznacza, że trzeba go oddać do profesjonalnej pracowni renowacji, bo wszystkiego można nauczyć się pod okiem fachowca.

Warsztaty renowacji prowadzi m.in. Aneta Bukowska z Warszawy, autorka bloga Starych Mebli Czar i profilu na Facebooku pod tym samym tytułem. Swoją przygodę z dawnymi meblami rozpoczęła w liceum, gdy – poszukując dorywczej pracy – trafiła do pracowni renowacji w Galerii Sztuki „Stara Praga”. Jej blog jest bardzo profesjonalny i kompletny. Poza informacjami o warsztatach można tam znaleźć polecenia poradników i literatury poświęconej sztuce meblarskiej, zapowiedzi wykładów, zdjęcia z rozsianych po Polsce targów staroci i wyprzedaży antyków, które regularnie odwiedza. I co najważniejsze, fotorelacje z jej pracy i całą masę praktycznych porad. Krok po kroku dowiadujemy się z nich, jak odnowić gięte krzesło, drewnianą skrzynię czy lampę stojącą.

Naprawianie rzeczy ma swój urok i głęboko ukryty sens – nie tylko wspomniany już materialny, społeczny i ekologiczny – ale i psychologiczny. W pewien sposób można je porównać do budowania relacji na potencjale: zostawiamy to, co działa – rezygnujemy z tego, co jest popsute. I podobnie jak w relacjach warto dobrze zastanowić się, zanim spalimy za sobą wszystkie mosty, tak i przed kupieniem kolejnych spodni – pomyślmy, czy nie lepiej byłoby przywrócić do życia jedną z wielu przetartych par, które upychamy w szafie.