Oskar Zięta – architekt, designer, wizjoner

Oskar Zięta
Oskar Zięta na stołku Plopp swojego projektu. (Fot.Dominik Herman/PROZESSDESIGN)

O swoich dziełach mówi: „obiekty”. A wśród nich m.in.: Plopp – jeden z najsłynniejszych stołków świata i „Nawa” architektoniczna rzeźba na wrocławskim Ostrowie Tumskim.

Na rozmowę jadę do Wrocławia, projektant zaprasza do swojego atelier będącego zarazem laboratorium. Na dole, w wysokiej hali – rzeźby i elementy, z których powstają obiekty. Stołek Plopp przed „nadmuchaniem” wygląda jak płaskie samolotowe śmigło. Są wielkie skrzynie z rzeźbami pokazywanymi na wystawach na całym świecie. Na górze rzędy stołów z komputerami, na których powstają projekty i precyzyjne obliczenia. Zgrany zespół Oskara Zięty całkowicie oddany jest jego wizjom. Dlatego projektant zawsze mówi w liczbie mnogiej, podkreślając, jak ważni są ludzie, z którymi pracuje. Pojawia się, od razu otwiera laptopa i pokazuje realizacje – portfolio imponuje. W każdym zdaniu słyszę pasję. Jest w tej opowieści marzycielem i inżynierem zarazem. Nieokiełznany, ale konsekwentny. Rozmawiam też z jego żoną Agatą, z którą prowadzi firmę. Oskar poświęca mi dużo czasu, a potem wsiadamy w jego auto i jedziemy oglądać realizacje. Kiedy wchodzimy na Wyspę Daliową, gdzie stoi jego najsłynniejsza wrocławska rzeźba „Nawa”, jakieś małżeństwo akurat się przy niej fotografuje. Z tego projektu jest szczególnie dumny, bo zmienił fragment miasta. Po chwili oglądamy kolorowego Arlekina koło teatru Capitol, rzeźbę słynnego włoskiego artysty Alessandra Mendiniego, którą do realizacji przygotowała pracownia Oskara. A potem przy obiedzie słucham o marzeniu, które nazajutrz zacznie realizować – zabiera córki do Laponii. Z Agatą na pewno wybiorą się na wyprawę lodołamaczem…

Bardzo tu cicho…
Zaraz zrobi się głośniej. Był tu warsztat, w którym dwaj starsi panowie naprawiali młoty pneumatyczne. Szukaliśmy właśnie takiej hali. Niedawno się wprowadziliśmy i dopiero się rozkręcamy. To trochę biuro, trochę „lab”, a trochę warsztat marzeń.

Tu marzenia zmieniają się w rzeczywistość?
Naszą filozofią jest Think big! Be stupid! Prawdopodobnie w ogóle by nas nie było, gdybyśmy nie byli szaleni i nie kierowali się emocjami. Na pewno nie porwalibyśmy się na wiele projektów.

Ale wyczuwam w tym haśle autoironię.
Oczywiście. Głupota jako odwaga musi być połączona z pasją, ale i pracowitością. Kiedy w 1999 roku zacząłem studia w Zurychu na ETH, Politechnice Federalnej, choć byłem już po jednym dyplomie z architektury, bardzo mało wiedziałem. Za to chodziłem na wszystkie wykłady, często projektantów, których prace znałem jedynie z książek. Mieliśmy fantastyczną bibliotekę. Pochłonęła mnie na wiele miesięcy, a polska bibliotekarka pozwalała mi brać do domu więcej książek niż innym.

Byłeś pracowity?
Gdyby policzyć moje godziny pracy, to powinienem już być na emeryturze. Mieszkałem przy ETH, widziałem uczelnię, kiedy myłem zęby. Wychodziłem rano, wracałem w nocy. Mój profesor Ludger Hovestadt z CAAD (Computer Aided Architectural Design) powiedział: „Stop z wizualizowaniem!”. Zachęcał nas do wykorzystania danych komputerowych, do tworzenia form przestrzennych w czasach, gdy nie było jeszcze nawet Google czy drukarek 3D.

Rozczarowała cię architektura?
Szybko zrozumiałem, że plany miejscowe nie mogą być tworzone przez ludzi, tylko przez programy zasilane informacjami zbieranymi przez ludzi. Jedynie w ten sposób może powstać „demokratyczny plan” zagospodarowania przestrzeni. Człowiek nie jest w stanie ogarnąć tak wielkiej liczby czynników, jakie powinno się brać pod uwagę, planując miasto. Zrozumiałem znaczenie urbanistyki i wykorzystywania zaawansowanych narzędzi do planowania rozwoju tkanki miejskiej.

Oskar Zięta
Szezlong Steel in Rotation No 2. (Fot.Dominik Herman/PROZESSDESIGN)

Zostałeś star designerem…
Na początku pracowałem w biurze architektonicznym. I to był u mnie początek końca architektury. Wygraliśmy duży konkurs w Sankt Moritz projektem największego budynku w mieście, koło Palace Hotel. Zmienił się inwestor. Zamiast betonu i drewna wybrał drogi granit, marmur, a w środku dużo złota. To już nie był nasz projekt. A ja chciałem robić swoje. Zawsze fascynował mnie design Dietera Ramsa dla firmy Braun, bo był skończony, z kropką na końcu zdania. Architektura to wielotomowa opowieść, do której dopisuje się kolejne tomy. Dziś akceptuję więcej, ale przecież nasze projekty są bardzo radykalne.

Plopp, twój słynny nadmuchiwany stołek z blachy, „balonik”, jak mówią niektórzy, wystawiany w kilkudziesięciu ważnych muzeach świata jako rewolucja w designie, jest najwygodniejszym stołkiem?
[Śmieje się]. Inaczej – nie jest najbardziej niewygodny. Długo nikt nie wierzył w jakikolwiek sukces tego produktu. Słyszałem od inżynierów: „Nie, Oskar, ty jeszcze nie wiesz, że ten błąd powyginania materiału zapisany jest w normie DIN (Niemieckiego Instytutu Normalizacyjnego). Proponujemy, żebyś nie szedł tą drogą”. Po przyjacielsku mi odradzali.

Nie posłuchałeś?
Przeciwnie. W 2007 roku zadzwoniłem do Marvy Griffin, promotorki designu, kuratorki SaloneSatellite na Salone del Mobile w Mediolanie, bo ona decyduje, kto się tam pojawi. „Oskar, tutaj ludzie meldują się pół roku wcześniej, już nie ma miejsc. Zadzwoń za rok” – powiedziała i odłożyła słuchawkę. Rzeczywiście było za późno. I nagle, dwa tygodnie przed targami, odebrałem od niej telefon: „Jest miejsce, dostajesz się”. Przemyślałem przez weekend. No tak, nie dam rady się przygotować, nie mam kasy, nawet na hotel nie mam. Powiedziałem Marvie, że nie zdążę. „To jedyna szansa. Jeżeli teraz nie przyjedziesz, nigdy więcej nie wystawisz się w Mediolanie”, powiedziała i swoim zwyczajem od razu odłożyła słuchawkę. Wynająłem kampera, wrzuciłem do niego wszystkie rzeczy, również stołki na wystawę. Zaparkowałem w pobliżu Salone del Mobile i przez cały ten czas w kamperze jadłem, spałem… Ale za to miałem wystawę, debiut Ploppa. Dostałem wiele wizytówek od wielkich firm. Byłem nabuzowany. Zbierałem zlecenia. Nie miałem tylko decydującego klienta.

A miałeś już produkcję?
Skąd?! Na szczęście spotkałem szefa firmy Magazin. On połączył mnie z Rolfem Hayem, z którym pracował. Hay wtedy zaczynał, dzisiaj to wielka firma. Zapytali, ile zleceń mi brakuje, żeby rozpocząć produkcję. Strzeliłem, że na sto sztuk. Stefan z Magazin napisał coś na karteluszku i tyle właśnie zamówił. Z Hayem podpisaliśmy kilkuletni kontrakt na Ploppa.

Dlaczego metal, blacha, stal?
Arkusze blachy to najbardziej zindustrializowany materiał wykorzystywany w niemal wszystkich branżach związanych z przemysłem. Są plastyczne, dają nam ogromne możliwości. Różne metale mają też charakterystyczne właściwości. Są ultralekkie, magnetyczne czy kwasoodporne, a nawet bakteriobójcze jak miedź. Przestrzeń publiczna była kiedyś pełna miedzi i szkoda, że obecnie już mało gdzie można znaleźć miedziane klamki i uchwyty. Te materiały dają dary. Chciałem je zrozumieć. Poza tym to tradycja rodzinna. Pracując nad doktoratem o wielkim francuskim inżynierze, architekcie, artyście Jeanie Prouvé, rozmawiając z jego rodziną w pięknym domu na skarpie w Nancy, dla podtrzymania dyskusji powiedziałem: „Ale mój dziadek też był kowalem…”.

Zostały jakieś podkowy?
Nie. Nic nie zostało. Losy dziadka potoczyły się nieszczęśliwie – zginął w wypadku. Jechał furmanką, na którą przewrócił się samochód z drewnem. Korzenie naszej rodziny sięgają Włoch. W XVI wieku moi przodkowie szli przez Europę i doszli do Szczańca. Zajmowali się metaloplastyką. Oni przywędrowali tu, a ja odwrotnie, debiutowałem we Włoszech. Pracowałem ze swoim ojcem, znalazł nam pierwszą halę, bardzo nam pomagał. Był inżynierem, miał wykształcenie mechaniczne. Moja mama była projektantką mody, zajmowała się lnem.

W Szczańcu postawiłeś jakąś rzeźbę?
Nie. Ale to dobry pomysł. [Uśmiech]. Wiem, gdzie mieszkał dziadek. Jest tam duża rodzina, do której jeździliśmy dwa razy do roku na rodzinne uroczystości. Był rosół, była gęś. Bawiliśmy się z innymi dzieciakami. Ogólnie jestem podwórkowym chłopakiem. Wychowałem się w Zielonej Górze, w nowo powstającym blokowisku, na dużym podwórku. Ścigaliśmy się z kolegami na budowie 11-piętrowego wieżowca. To niesamowite, co wyrabialiśmy, będąc dziećmi.

Czym się wtedy interesowałeś?
Sportem. Wciągnęła mnie lekkoatletyka. Cały czas jeździłem na obozy, wyjazdy i zawody. Całą zimę spędzaliśmy w Szklarskiej Porębie, biegając na Śnieżkę i z powrotem.

Marzyłeś o poznaniu świata?
No pewnie. Z moim kumplem Szymonem wyruszyliśmy na stopa zwiedzać Europę. Każdy z nas miał 50 marek w kieszeni i wielki plecak ze stelażem, a w nim konserwy. Od tego czasu nie mogę jeść paprykarza. Pojechaliśmy najpierw do Niemiec zbierać ogórki. Ale przepracowaliśmy tylko kilka dni. Bauer wypłacił nam dniówki i dalej, mając tę wielką gotówkę, łapiąc stopa, pojechaliśmy do Paryża. Spaliśmy na Polach Marsowych. Kiedy padało, schodziliśmy pod wieżę Eiffla albo pod mosty. Było fantastycznie. Spotkaliśmy wielu Polaków, którzy mieli opracowany harmonogram dnia, wiedzieli, gdzie dają darmowe śniadanie, a gdzie obiad. Można było żyć. Siedzieliśmy wieczorami na schodach na Montmartrze i rozmawialiśmy o muzyce Doorsów. Nawet pojechaliśmy na grób Jima Morrisona na Père-Lachaise. Ten wyjazd to była świetna przygoda. A potem była Szwajcaria – studia na ETH w Zurychu…

Twoja żona Agata jest wobec ciebie krytyczna?
Bardzo. Ale nie mogę o tym mówić zbyt głośno.
[Agata znad papierów: „Jestem bardzo krytyczna. Artysta nie bierze wielu rzeczy pod uwagę. A ja jestem realistką i prawniczką. Widzę wszystko trochę inaczej. Mamy taki układ, że jeśli ktoś nie śpi, to ja. Oskar jest szczęściarzem, ale jest też tak uparty w realizacji swoich projektów, że doprowadza je do końca. Pomaga mu pewność siebie”].
Polegamy na intuicji, mamy wizję tego, co chcemy osiągnąć, i robimy to. Tak powstają obiekty budowane na emocjach, wykorzystujące możliwości procesu i materiału.

Jak zegarek True Face, który zaprojektowałeś dla Rado? Jest zarazem lustrem.
Tak, na wypolerowanym materiale wiele się dzieje, odbija przestrzeń i powoduje, że każda sekunda jest unikatowa. Miksuje się z kolorem. Lubię optykę. Stąd lustro. Zegarek wyprodukowany jest w limitowanej serii.

Oskar Zięta
„Nawa” – architektoniczna rzeźba na Wyspie Daliowej we Wrocławiu. (Fot.Dominik Herman/ PROZESSDESIGN)

W tym samym czasie konstruowałeś „Nawę”, stalową rzeźbę na zapomnianej Wyspie Daliowej we Wrocławiu. Lubisz się tam przejść?
Bardzo. Zwłaszcza że przychodzi tam wiele osób zrobić sobie z „Nawą” zdjęcia. Czasami zdziwiłbyś się jakie… [śmieje się]. Dziś to jedno z najpopularniejszych miejsc randkowych we Wrocławiu. Na początku ten projekt spotkał się z ogromnym hejtem. Ja sam miałem obawy stricte architektoniczne. Wiedziałem, że powstanie coś, co będzie miało wpływ na tkankę miejską. Najważniejsze jednak, że przekonaliśmy miasto do zrewitalizowania całej wyspy. Byliśmy pewni, że „Nawę” trzeba oddać mieszkańcom razem z wyspą. I ta wyspa jest ważniejsza od rzeźby. „Nawa” jest radykalna, bo bierze kształt z wyspy. Inspiracją były też wszystkie sklepienia z pobliskiej architektury – przede wszystkim pięknej Hali Targowej z 1905 roku, Ossolineum, katedry… Ale też nagle, czytając córkom „Małego księcia”, uświadomiłem sobie, że „Nawa” to ten wąż, który połknął słonia [uśmiech].

Chodzisz tam z córkami?
Długo prowadziliśmy tam prace. Maryśka miała cztery lata, Zośka sześć. Kiedyś zrobiliśmy na wyspie spotkanie i Maryśka nagle powiedziała: „Tata, jakiś pan wchodzi na naszą wyspę”. Spędzaliśmy tam tak dużo czasu, że myślała, że to jest nasza prywatna wyspa. Musiałem jej wytłumaczyć, że należy do całego miasta i dla niego to wszystko zrobiliśmy. Ostatnio zrobiłem oprowadzanie kuratorskie dla przedszkola, bo Maryśka umówiła „zwiedzanie z artystą”, ale zapomniała mi powiedzieć. Dowiedziałem się kilka godzin przed zaplanowanym zwiedzaniem przypadkowo od pani z przedszkola. Ale udało się.

Rysujesz z nimi?
Dużo się rysuje w naszym domu. Córki są w tym dobre. Obie są designerkami. Od razu przechodzą do prototypowania.

Już są star designerkami?
Wychowują się w kreatywnym otoczeniu, ale to do nich będą należały decyzje, co będą chciały robić w przyszłości.

Uczysz się od nich?
Pewnie. Wstają i od razu jest akcja, power. Uczę się ich ciekawości. Są połączeniem Agaty i mnie. Dość ciekawe to połączenie.

To prawda, że teraz kosmos?
Zrobiliśmy pierwszy rolowany profil stalowy na świecie. Być może to nasz największy wynalazek. W postaci zrolowanej został nawinięty na szpulę, przez co jest niezwykle lekki i łatwy w transporcie, gdyż zajmuje minimalną ilość miejsca. Podczas nadmuchiwania rozwija się do docelowych rozmiarów, usztywnia i zyskuje pełną wytrzymałość. Na jednej rolce możemy zwinąć około czterech kilometrów profilu. A potem wysłać go w kosmos i używać tam do budowania różnych konstrukcji. Ale kosmos jest trudnym tematem, trzeba mieć dużo środków i cierpliwości. Mam nadzieję, że doczekam się wypuszczenia pierwszego rolowanego profilu w kosmos.

A co, jeśli wcześniej dojrzejesz?
To chyba mi nie grozi. Mam długą listę zwariowanych projektów. Tak wysoko podnosimy poprzeczkę, że ciągle musimy do niej doskakiwać. Jak już zobaczysz, że przelatujemy, to znaczy, że jesteśmy za nisko.