fbpx

Palestyńskie kobiety w walce o swoje miejsce w społeczeństwie

Palestyńskie kobiety w walce o swoje miejsce w społeczeństwie
Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni)

Ich historie nie są historiami z bajki, bo nie pojawia się żadna wróżka, która odmieniłaby trudny los. Palestyńskie kobiety same walczą o swoje miejsce w społeczeństwie. Silne, zdeterminowane, odważne. Jeszcze parę lat temu słyszały, że nie wolno im wychodzić z domu. Dzisiaj szefują małym biznesom, kandydują do lokalnych samorządów, są zapraszane na międzynarodowe konferencje.

Betlejem to jedyne miasto na świecie, w którym bożonarodzeniowe ozdoby na ulicach nie wadzą nawet latem. Beżowe kamienne chodniki aż się świecą – tak są wyślizgane stopami pielgrzymów. Z rynku idę w stronę bazyliki Narodzenia Pańskiego. To kamienna ściana z niepozornymi drewnianymi drzwiami, trzeba się pochylić, żeby przez nie wejść. Mijam bazylikę, idę wzdłuż ulicy w górę, w dół, w górę, w dół. Zanim dojdę do Al Basma Center w Bajt Sahur, jednej z dzielnic Betlejem, porządnie się zmęczę. Ze wzniesień widzę spaloną ziemię Palestyny – ma beżowy odcień. Tak samo jak betlejemskie chodniki i ściany.

Na tej beżowej pustyni Al Basma Center to oaza. Na podwórku pod plastikowymi płachtami rosną rzędy sałat, pomidorów, ogórków. Rośliny nie rozwijają się w ziemi, ich korzenie są umieszczone w rurkach, którymi płynie woda z nawozem – dzięki temu można je hodować wszędzie: na dachu, na balkonie, na podwórku. W Palestynie, gdzie trudno i o wodę, i o ziemię, taki pomysł budzi ogromne zainteresowanie. A to tylko jeden z wielu projektów centrum założonego 30 lat temu przez Basmę Giacaman. Wchodzę do chłodnego budynku. Basma czeka na mnie z mocną arabską kawą.

Oswoić lęk przed nieznanym

Basma Giacaman zawsze stawiała na swoim. Miała 23 lata, kiedy wyszła za mąż i zamieszkała u teściowej. – Miałam zmywać, kiedy ona coś ugotuje, i prasować, kiedy coś upierze. Chciała decydować, w co się ubieram i jak się maluję. To było 33 lata temu. Kiedy powiedziałam, że się wyprowadzamy, nie chciała nas puścić. Dużo mnie to wszystko kosztowało, ale nie wyobrażałam sobie życia z nią pod jednym dachem. Z mężem wynajęliśmy mieszkanie. Jego pensja starczała tylko na niezbędne wydatki. Dla mnie po studiach na kierunku praca socjalna nie było zatrudnienia.

Więc Basma sama je sobie stworzyła.

Zmienić rzeczywistość - palestyńskie kobiety w walce o swoje miejsce w społeczeństwie
Basma Giacaman. Uprawy hydroponiczne pozwalają jej podopiecznym uczyć się prostych obliczeń i dbać o rośliny. (Fot. Katarzyna Boni)

W 1987 roku przy Bethlehem Arab Society for Rehabilitation założyła Al Basma Center (Centrum Basmy) – dla dorosłych osób z niepełnosprawnością intelektualną. Wtedy w Betlejem nie było takich ośrodków. Kiedy niepełnosprawni intelektualnie dorastali, musieli opuścić ośrodki opiekuńcze. Zostawali z rodziną, która często nie wiedziała, jak się nimi zajmować. Bracia wstydzili się siostry z porażeniem mózgowym, ojciec ukrywał syna z zespołem Downa. Taka „choroba” w rodzinie mogła uniemożliwić małżeństwo. Pierwszym podopiecznym Basmy został Sama, który cierpi na uszkodzenie mózgu. Słowa wymawia niewyraźnie, nie do końca panuje nad ciałem. Ale ze wszystkich osób w ośrodku to on pierwszy wyciąga rękę, żeby się przywitać i przedstawić. Jego bracia chowali go w pokoju – nie chcieli, żeby o chorym bracie dowiedziały się przyszłe narzeczone. Czasem Sama mówił Basmie: „Moi bracia biją mnie po głowie, bo boją się, że będą mieć takie dzieci jak ja”.

Dzisiaj do Al Basma Center przyjeżdża codziennie 37 osób. Centrum zapewnia im dzienną opiekę i zajęcia. A nawet pracę. Jej podopieczni robią kilimy ze starych ubrań, mydełka w kształcie róży i bożonarodzeniowe – betlejemskie – pocztówki. – Nie wyobrażasz sobie, jak oni są szczęśliwi – mówi Basma. – Są dumni z siebie, bo mają zajęcie. Pracę. Tak samo jak ich ojcowie.

To dla podopiecznych Basma zaczęła projekt uprawy bez ziemi. Uczą się, jak dbać o rośliny, dozować wodę, wyliczać dawki nawozu. Mają własne pomidory, sałatę, pietruszkę, słodką paprykę, nawet szafran. Ludzie zaglądają z ulicy zaciekawieni. Pytają, jak zrobić taką uprawę. Podziwiają warzywa, chwalą ogrodników. 30 lat temu bali się z nimi rozmawiać. Zdarzało się, że zamiast studentów Uniwersytetu w Betlejem, którzy w Al Basma Center mieli odbyć staż, zjawiali się rodzice i mówili: „Moje dziecko nie będzie tu przychodzić!”. Ludzie bali się kontaktu z niepełnosprawnymi. – Zmieniałam to krok po kroku – opowiada Basma. – Ktoś wejdzie do środka, zobaczy, jak moi podopieczni pracują przy krosnach, i opowie sąsiadowi. Ktoś inny zobaczy, jak śpiewają, i przyprowadzi dzieci. Pomogło też to, że pojechaliśmy z naszym amatorskim teatrem do Holandii. Dla ludzi z okolicy to był szok. Niektórzy nigdy nie wyjechali dalej niż do sąsiedniego miasta, a ich niepełnosprawne dziecko jedzie do Europy! Teraz walczę o to, żeby jedna z moich dziewczyn została zatrudniona w kuchni, w której przygotowywane są gotowe obiady dla pracujących kobiet, żeby mogły chodzić do pracy albo spędzać czas z dziećmi. Osoba niepełnosprawna intelektualnie dostanie umowę o pracę. Jeśli mi się uda, to będzie chyba pierwszy taki przypadek w całej Palestynie.

Basma wie, że w konserwatywnym społeczeństwie to głównie matki zajmują się niepełnosprawnymi dziećmi. Dlatego organizuje dla nich spotkania przy kawie. Zaczynają mówić o tym, o czym z nikim jeszcze nigdy nie rozmawiały. Co to znaczy kąpać dorosłego syna? Co to znaczy być w pogotowiu 24 godziny na dobę? Kobiety stworzyły gorącą linię, razem jeżdżą też na organizowane przez Basmę wycieczki. Ostatnio wybrały się na kilka dni do Izraela. Basma co roku powtarza, że to już ostatni raz, bo kosztuje ją to zbyt dużo nerwów. I co roku organizuje kolejny rodzinny obóz. – Same kobiety i dzieci, bez mężów. Jesteśmy i chrześcijankami, i muzułmankami. Gdybym zapraszała również mężczyzn, część z nas nie mogłaby pojechać. Z niektórymi zmianami musimy jeszcze poczekać.

Ostatnio Basmę zaproszono na konferencję do Szwecji, żeby opowiedziała o swojej pracy. Już po raz drugi. Było jej głupio, bo taki wyjazd musi kosztować dużo pieniędzy, ale powiedziała, że bez męża nie pojedzie. Ona już cztery razy była w Holandii i dwa razy w Stanach. A jej mąż nigdy nie opuścił Palestyny. Po raz pierwszy pojadą razem.

Palestyńskie organizacje i spółdzielnie, między innymi Al Basma Center, już od czterech lat są wspierane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Uprawy sałaty bez ziemi, czyli hydroponiczne, to ich pomysł. – W ramach programu Polska Pomoc, finansowanego przez MSZ, wspieramy głównie kobiety, które próbują zmienić coś wokół siebie – opowiada Anna Radecka, koordynatorka palestyńskich projektów. – I inwestujemy w kobiece kooperatywy. Chcemy, żeby mężczyźni zobaczyli, że kobieta też może przynosić do domu pieniądze.

W Palestynie działa prawie tysiąc kooperatyw. W Polsce trochę kojarzą się z socjalizmem, a trochę z hipsterami, ale tutaj to najprostszy sposób na pracę. Nie potrzeba wielkiego kapitału – wystarczy pomysł i skromne wpisowe. Wsparcie – zarówno finansowe, jak i intelektualne – oferuje pomoc międzynarodowa; a ta działa w Palestynie na dużą skalę. PCPM wspiera 16 kooperatyw. A poprzez nie – zmianę palestyńskiego świata. – Obserwuję, jak zmienia się sytuacja kobiet – opowiada Anna Radecka. – Nie spotykają się już tylko na plotki, ale żeby zrobić coś konkretnego. Czują, że mają wpływ na otaczającą rzeczywistość. Widać, że są pewniejsze siebie. Nawet lokalne władze zaczynają pytać je o zdanie.

Ale nie wszystkie palestyńskie kobiety słyszą słowa zachęty, kiedy zamierzają stworzyć coś własnego. Zwłaszcza jeśli mieszkają na bardziej konserwatywnych terenach, poza dużymi miastami. – Kiedy mój ojciec dowiedział się, że chcę pracować w sklepie, powiedział „nie” – Iman, szefowa kooperatywy Al Jiftlik, poprawia ręką różowy hidżab. Ubrana jest w czarną tradycyjną suknię – abaję. Skórę też ma czarną, co tutaj, na północy Palestyny, niedaleko rzeki Jordan, zdarza się nie tak rzadko, jak wyjaśnia mi Cesar, mój tłumacz. Muzułmanie pielgrzymowali tu z Afryki już od VIII wieku, a Turcy osmańscy sprowadzali afrykańskich niewolników i żołnierzy – dziś afropalestyńska społeczność liczy trochę ponad dziesięć tysięcy osób.

Był 2007 rok, Iman miała 38 lat, razem z innymi kobietami z wioski Al Jiftlik spotykała się na szykowanie makdousu – miejscowej specjalności: bakłażanów nadziewanych masą z papryczek i orzechów przechowywanych w oliwie. Pewnego dnia, kiedy plotkowały w kuchni, któraś rzuciła, że fajnie byłoby zacząć robić te bakłażany na zamówienie. Taka produkcja na małą skalę. A tak w ogóle to dlaczego by nie otworzyć sklepiku? Miały dość pomagania mężom na roli, mają już swoje lata. Pragnęły czegoś swojego, gdzie same sobie będą szefowymi. Chciały zmiany. Ale ich rodziny o zmianach nie chciały słyszeć.

Palestyńskie kobiety - silne, zdecydowane, odważne
Iman oraz Dalal przed wejściem do sklepiku, o którego otworzenie walczyły. (Fot. Katarzyna Boni)

Ojciec Iman wiedział lepiej niż ona. Muzułmańskiej kobiecie, uważał, nie wypada iść pięć kilometrów do pracy ani obsługiwać nieznanych ludzi w wioskowym sklepiku. Nie wypada jej ściągać na siebie uwagi. Nie tylko Iman miała problemy. 43-letnia Dalal, matka pięciu synów i dwóch córek, która tak samo jak Iman dziś pracuje w sklepie, słyszała od męża: „Jesteś potrzebna w domu. Po co ci to?”. Jej dzieci przychodziły do sklepiku i krzyczały: „Wracaj do domu!”. Niektóre kobiety musiały zrezygnować – rodziny zabroniły im opuszczać domy. Wydawało się, że całe Al Jiftlik jest przeciwko nim. Nawet lokalny samorząd nie chciał wydać licencji. „Kooperatywy nie mogą tworzyć same kobiety!”, wołano. Członkami muszą być mężczyźni. Dlaczego? Iman nie jest pewna: – Samorząd nie podał żadnych powodów, może uważali, że tylko mężczyźni zapewnią sprawne działanie? A może chcieli nas zniechęcić? Ogłosiłyśmy nabór. Wpisowe to prawie 600 dolarów, w zamian co roku dostaje się udział w zyskach.

Znalazło się czterech mężczyzn, którzy zaufali kobietom. Chcieli je wesprzeć. Wpłacili wpisowe. Samorząd wydał licencję 12 sierpnia 2008 roku. Ojciec Iman zgodził się, ale niechętnie. Wyznaczył jej godzinę policyjną: o 11 masz być w domu i basta. Mąż Dalal wiedział, że potrzebują pieniędzy.

Kobiety dostały wsparcie od Oxfamu i od palestyńskiej organizacji non profit The Applied Research Institute – Jerusalem (ARIJ). Zaczęły od gotowania na zamówienie, ale robienia interesów musiały się nauczyć. Raz ktoś zamówił u nich sos chili, po faszerowanych bakłażanach ich najpopularniejszy produkt. Wziął całą dostawę i po prostu nie zapłacił. Zapamiętały na całe życie, że trzeba podpisywać umowy. Otworzyły też wymarzony sklep. W centrum wioski, obok kliniki i szkoły. Sprzedają szampony, mydła, plastikowe miski, słodycze, napoje, ryż, czipsy. Na początku do środka nie wszedł żaden mężczyzna, choć do kolejnego sklepu będzie z 30 minut na piechotę. Za to kobiety pracujące w klinice naprzeciwko sklepiku były zadowolone. – Za pierwszą wypłatę kupiłam sobie nowy hidżab. I telefon – śmieje się Iman, pokazując telefon w różowym pokrowcu.

Dalal zapłaciła za studia córki. Chce, żeby skończyła college, zanim wyjdzie za mąż. – To duża zmiana. Kiedy ja wychodziłam za mąż, miałam 16 lat. Dzisiaj czekamy do dziewiętnastki. Ciągle jeszcze żyjemy w społeczeństwie, w którym słowo męża jest ostateczne. Ale to się powoli zmienia, właśnie dzięki edukacji.

Także dzięki Facebookowi. Kiedyś przed ślubem kobieta poznawała tylko teściów – reszta była loterią. A teraz? Młodzi rozmawiają ze sobą w Internecie, umawiają się na kawę. A jeśli córka nie chce, rodzice nie zmuszą jej do małżeństwa.

– Przekonałyśmy nasze rodziny do tego, co robimy. Teraz wystarczy, że powiem: „Idę do Al Jiftlik”, i ojciec o nic nie pyta. Zgodził się nawet, żebym jechała do Jordanii na szkolenie. Pęka z dumny, że córka jest szefową – opowiada Iman.

– Postawiłyśmy na swoim – śmieje się Dalal. – Udowodniłyśmy sobie, że możemy stworzyć coś, na czym nam zależy, wyjść poza schemat. A osobiście? Zdobyłyśmy szacunek i zaufanie rodzin. I pewność siebie. Pamiętam, jak na początku wstydziłam się rozmawiać z dostawcami – obcymi mężczyznami. Byłam przerażona, jak z nimi negocjować, jak się w ogóle do nich odezwać? Dziesięć lat później nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia – ot, jeden z elementów mojej codzienności.

Do kooperatywy Al Jiftlik należy 16 kobiet i czterech mężczyzn. Ich sklepik podczas przerwy szkolnej zapełnia się dzieciakami, potem robi się spokojniej, ale i tak co chwilę ktoś zagląda. – Klientów stale przybywa. Mężczyźni już dawno przestali kaprysić i też u nas kupują – mówi Dalal. – Ale do spółdzielni nie dołączają nowi członkowie. Może mężczyźni boją się, że kobiety miałyby wtedy za dużo władzy? – kwituje.

Na przekór tradycji

W 2016 roku Basma Abu Gelmin kandydowała do rady miasta Beit Furik. To nieduże miasto niecałą godzinę drogi od Ramallah, stolicy Palestyny. Jej program? Zaangażowanie kobiet w lokalne sprawy. – W końcu kobiety to połowa miasta, czemu nie miałyby decydować na równi z mężczyznami? – 49-letnia kobieta głos ma spokojny i stanowczy. Opowiada mi o synu, który siedzi w więzieniu za napisanie antyizraelskiego hasła na Facebooku. I o braku wody. Latem często się zdarza, że odkręcasz rano kran, z którego nie kapie nawet kropelka. Nie można gotować, nie można korzystać z toalety, nawet zębów nie umyjesz. Ziemi, na której zasadziło się winogrona, pomidory, ogórki i melony, też nie można nawodnić. Przyczyną są nasilające się ostatnio susze, owszem. Ale sprawy nie ułatwiają też władze izraelskie, które zakazują pogłębiania studni. I bez ostrzeżenia odcinają wodę. Jedyne wyjście to zamówić izraelski beczkowóz, który za opłatą napełni zainstalowane na dachach domów zbiorniki.

Palestyńskie kobiety - silne, zdecydowane, odważne
Basma Abu Gelmin. Stworzyła miejsca pracy dla kobiet z Beit Furik, niedawno kandydowała też do lokalnego samorządu. (Fot. Katarzyna Boni)

Basma nie lubi siedzieć bezczynnie. Kiedy w miasteczku zaczęło brakować pracy, sama stworzyła sobie miejsce, w którym zarabia. Od kiedy w 2002 roku Izrael zaczął budować mur (przez jednych nazywany murem bezpieczeństwa, przez drugich – separacji), stawiać punkty kontrolne i wydawać restrykcyjne zezwolenia na przekraczanie granicy – na Zachodnim Brzegu wzrasta bezrobocie. W Palestynie blisko co trzecia dorosła osoba nie ma pracy. – Mężczyźni cały dzień siedzą w domu. Zaczynamy się kłócić, atmosfera staje się nie do zniesienia – opowiada Basma. – W 2012 roku razem z moimi przyjaciółkami wymyśliłyśmy, że otworzymy lokalny sklepik z domowym jedzeniem. Każda z nas jest matką, każda z nas gotuje. To miała być dodatkowa praca, która nie będzie nam przeszkadzała w zajmowaniu się domem.

Plan Basmy i jej przyjaciółek był prosty. Jeśli któraś ugotuje więcej jedzenia, przyniesie je do sklepiku. Myślały, że to wystarczy. Po roku sklep zbankrutował. – To wtedy mój mąż Raed zwątpił w to, co robię. Kiedy wymyślałam nowe pomysły na biznes, on tylko kręcił głową. Kiedy wszyscy naokoło mówią: „przestań”, ciężko jest wierzyć w to, co się robi – Basma się zamyśla.

Ale ona się nie poddała. Postanowiła poszukać pomocy. Skontaktowała się z ARIJ-em. – Przeszkolili nas w zarządzaniu, planowaniu, księgowości – wylicza. – Zaczęłyśmy jeszcze raz.

Kobiety stworzyły nowy plan. Co najchętniej kupowali ich klienci? Maftoul, rodzaj kuskusu z pszenicy. To tradycyjne jedzenie. Każde miasto ma własny przepis. Basma do ugotowanego kuskusu dodaje cieciorkę, zielony groszek, cebulę i kalafiora. Podaje go z zupą. Kobiety postanowiły skupić się tylko na szykowaniu maftoulu. Narzędzi do jego produkcji dostarczyło Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, które współpracuje z ARIJ-em. To wystarczyło. I przekonało ludzi w miasteczku. Zobaczyli, jak do wynajętego przez kobiety budynku przyjeżdżają lodówki, chłodnie, szafy, garnki, sita i specjalne ramy do suszenia ziaren. Zdobyte dzięki ich uporowi. Dzisiaj kobiety z Beit Furik rocznie sprzedają ponad tonę maftoulu – również w większych palestyńskich miastach: Nablusie i Ramallah. A mąż Basmy znalazł zatrudnienie – pracuje dla spółdzielni jako kierowca. Rozwozi zamówione dostawy.

Palestyńskie kobiety - silne, zdecydowane, odważne
Maftoul, tradycyjny palestyński kuskus z pszenicy. (Fot. Katarzyna Boni)
Palestyńskie kobiety - silne, zdecydowane, odważne
Mawasem, czyli Pory Roku, marka stworzona przez kooperatywy współpracujące z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej. (Fot. Katarzyna Boni)

– Zmiany są powolne, ale są – twierdzi Basma. – Zgodnie z tradycją w Palestynie wydane za mąż córki przestają być częścią rodziny – dziedziczą synowie. Ale ostatnio coś się zmienia. Ojcowie coraz częściej starają się zadbać również o przyszłość córek. Dają im choćby niewielką część ziemi, żeby miały na czym postawić dom. Ja dostałam od ojca takie zabezpieczenie. Zaczynamy domagać się tego, co nasze. Niestety, czasem kończy się to tragicznie. W 2010 roku moja znajoma zażądała od ojca należnego jej kawałka ziemi. Odmówił. Poszła więc do rodzinnego sądu i ułamała gałązkę z drzewa oliwnego. Chciała pokazać, że się nie boi. Że jeśli będzie musiała, weźmie to, co jej się należy. Kiedy wróciła do domu, czekało na nią dwóch siostrzeńców. Pobili ją tak, że straciła przytomność. Jej ciało włożyli w oponę, którą podpalili i potoczyli w dół wzgórza. Powiedzieli, że to zabójstwo honorowe. Rodzina ma do tego prawo – jeśli brat, mąż lub ojciec zabił, żeby ratować honor rodziny, nikt się nie będzie w to mieszać. Nawet sąd. Ale całe miasto wiedziało, że to nie honor, tylko skąpstwo. Czułam się bezradna – Basma rozkłada ręce.

Zorganizowała więc warsztaty: z praw człowieka, z praw kobiet, z praw spadkowych. Ta śmierć nie poszła na marne. Dzisiaj, żeby w Palestynie sprzedać dom czy ziemię, na umowie musi być zgoda żony albo córek.

Choć w 2016 roku Basma przegrała w lokalnych wyborach, to już szykuje się do kolejnych. W międzyczasie planuje nowe działania. Maftoul to produkt sezonowy, a kobiety chciałyby pracować i zarabiać przez cały rok. Zrobiły już badanie rynku i zdecydowały, że przeszkolą się w produkcji sera. W Beit Furik każdy robi go sam, ale już w Ramallah, stolicy Palestyny, zapotrzebowanie jest ogromne. A to tylko godzina drogi od miasteczka. Z produkcją ruszą na wiosnę 2018 roku.

– Kobiety nie chcą już być kurami domowymi – stanowczo stwierdza Basma. – Kończą studia, stają się świadome swoich praw. Mam nadzieję, że takie zabójstwo jak to sprzed ośmiu lat już nigdy się nie powtórzy. W Beit Furik na takie coś nie będzie już zgody.

Wtóruje jej Anna Radecka: – Kobiety są dumne z tego, że nie muszą patrzeć, jak mąż wylicza im pieniądze, że same sfinansowały sobie kurs prawa jazdy albo studia dla dzieci. To są nieodwracalne zmiany.

A Basma Giacaman z Betlejem dodaje: – Dzięki pracy kobiety stają się niezależne. Do tej pory to mąż decydował, jak wydawać pieniądze: „Tego nie potrzebujemy, to mi się nie podoba, tamtego nie lubię”. A teraz kobieta może używać włas-nych pieniędzy tak, jak chce. Mąż musi się liczyć z jej zdaniem.

A to dopiero początek zmian.

 

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze