fbpx

Pięćdziesięcioletnia i szczęśliwa

Pięćdziesięcioletnia i szczęśliwa
Mylène Desclaux (fot. Patrice Normand)

Nie bój się. 50 lat to nie koniec, a może nawet nowy początek. Wszystko zdołasz zmienić, bo teraz wiesz, czego chcesz. I możesz być naprawdę wolna. Tezy Mylène Desclaux, blogerki i autorki książki „Francuzki dojrzewają najpiękniej”, budzą nadzieję. A ona sama zaskakuje poczuciem humoru.

Kiedy miałam 50 lat, przestałam pracować, dzieci wyprowadziły się z domu, nie było w moim życiu mężczyzny albo byli nieodpowiedni dla mnie. Moje życie stało się puste niemal z dnia na dzień. Tak opisuje pani swoją sytuację. Czuła się pani wtedy silna czy słaba?
Czułam, że chcę nadać reszcie swojego życia sens. Chciałam się zatrzymać. Postanowiłam, że sprzedam agencję reklamową, którą stworzyłam i w której pracowałam przez 18 lat. Miałam już tego dosyć. Świat reklamy się zmienił, miałam poczucie, że w tym nowym, współczesnym nie do końca się odnajduję, że jest mało etyczny. No i nie chciałam pracować tylko po to, żeby więcej mieć, więcej zarobić. Wszystko miałam przemyślane.

Zrobiła to pani i…
I nagle miałam poczucie, jakbym była całkiem naga. Bez niczego, bez partnera, bez dzieci, bez pracy. Nawet mieszkanie sprzedałam. Wpadłam w panikę. Pewno głównie dlatego, że wcześniej moje życie zawodowe było bardzo intensywne. A tu nagle taki zawrót głowy. I myśl: „Co ja mam teraz zrobić, może jestem już za stara, może życie jest za mną?”.

Ale się pani otrząsnęła. Okazało się, że jako 50-latka może mieć pani nowe życie?
Zaczęłam od tego, że postanowiłam pomagać innym kobietom w tworzeniu ich własnych firm. Potem pojechałam do Stanów Zjednoczonych z moją córką, zapisałam się na studia, szlifowałam angielski. No i uczyłam się prowadzić bloga.

Ten blog, www.happyquiqua.com, o życiu 50-latki okazał się sukcesem.
O tak, zaskakującym. Zaczęto mnie zapraszać do radia, telewizji, pisać o nim w prasie. No i dostałam propozycję napisania książki.

Dlaczego to był i jest taki sukces? I blog, i książka?
Pisałam o swoim życiu, o życiu moich koleżanek, kobiet w moim wieku, o mężczyznach. O tym, że 50-latka też może być szczęśliwa, a przynajmniej powinna zachować poczucie humoru, mieć dystans do tego, co jej się przydarza, i nie poddawać się. Najwyraźniej tego potrzeba. Nie bałam się być szczera i żartować z nas samych, pisać, że po pięćdziesiątce piersi już nie te i pozycja na jeźdźca nie jest najkorzystniejsza i że nie warto zapalać światła podczas seksu, a nowego partnera najlepiej szukać wśród wdowców, bo nie mają byłych żon, a po poprzedniej mogli coś odziedziczyć.

No pewnie, to po francusku racjonalne. Ale tak serio, 50 lat to często trudny moment dla kobiet. W pracy na przykład. Inni, ci młodsi, odnoszą większe sukcesy, lepiej sobie radzą ze zmianami, z nowoczesnymi technologiami.
Oczywiście. Nie ma cudów, nigdy nie będziemy w tym tak dobre jak młodzi ludzie, którzy urodzili się w świecie Internetu. Kiedyś było inaczej. 50-latka miała doświadczenie i mogła się nim dzielić. A dziś jest bardzo trudno, na rynku pracy nie ma dla nas ofert. I kariera jest za nami, nie przed nami.

No i nie każdy może sprzedać firmę. To co, usiąść i płakać?
Właśnie nie, i o tym piszę. O tym, że można znaleźć inne niż dotychczasowe zajęcie. Takie, które jest bliższe temu, kim jesteśmy. Wiadomo, że to niełatwe, ale i nasza praca często bywa daleka od ideału. A teraz mamy szansę znaleźć, czy może raczej stworzyć sobie, taką pracę, w której będziemy się realizować. To nie jest dostępne dla nielicznych. Chodzi przede wszystkim o podejście. Trzeba się zastanowić, do czego mamy talent, jaką pasję, co chciałybyśmy robić. Nawet jeśli nie jesteśmy w sytuacji przymusowej, czyli bez pracy, wystarczy, że jesteśmy niezadowolone z tej, którą mamy. Wtedy lepiej podjąć decyzję i szukać nowego pomysłu.

Jednym słowem, wierzy pani, że mając 50 lat, można zacząć nowe życie?
To jest nie tylko możliwe, ale też sensowne, przydatne, a czasem nawet konieczne. Jednym jest łatwiej, innym trudniej. Mnie było łatwiej, no i z natury jestem optymistką. Oczywiście, wiele zależy od witalności, umiejętności, przedsiębiorczości i zdrowia. Ale dla wszystkich pięćdziesiątka to taki moment, kiedy warto się zastanowić: „Co jest dla mnie dobre? Co mi sprawia przyjemność? Z kim chcę być? Z kim chcę pracować?”. Można jeszcze znaleźć coś nowego i nie tkwić w tym, co jest.

W pracy nie jest łatwo, w związkach często jeszcze trudniej. Kobiety po pięćdziesiątce to często kobiety samotne, rozwiedzione, porzucone.
Wiem, znam to przecież. 50-latki często nie chcą już wchodzić w związki, mówią sobie: „Mam już tego dosyć”. Albo żyją w związkach dalekich od doskonałości i przymykają oczy, godzą się z pewnymi sprawami. Kobiety 50-letnie rzadko zostawiają przecież mężów, robią to 40-latki, ale potem to już się raczej nie zdarza.

Za to oni je zostawiają, i to dla młodszych.
Owszem, i to jest bardzo trudne, to taka bolesna rana. Ale przecież nie koniec świata. W mojej książce chciałam powiedzieć kobietom, że nic się wtedy nie kończy, a już na pewno to nie oznacza, że nic nie jesteśmy warte. To, że ktoś nas porzucił, odszedł, może znaczyć po prostu, że miłość się skończyła i jesteśmy wolne. I wtedy to nie tylko rana, ale też szansa. Można potem szukać nowego związku albo żyć bez partnera, to zależy od nas. Jesteśmy przecież wolne, przypominam. Ja co prawda uważam, że lepiej być z kimś i być szczęśliwą niż samotną, a już szczególnie samotną i nieszczęśliwą. Choć słabo też jest być w związku i niezadowoloną. Mam taką przyjaciółkę, która koniecznie chciała być z kimś, teraz jest, ale ciągle narzeka i jest niezadowolona. Ale nie odchodzi… Jej wybór, ja bym tak nie wybrała.

Łatwo mówić. Pani się udało.
Owszem, bardzo mi się udało! Ale zanim stworzyłam z panem Łagodnym taki dobry związek, było inaczej. Poznałam go, co opisuję w książce, i w przeciwieństwie do wielu poznanych wówczas mężczyzn zależało mi na nim. A on wybrał inną, w dodatku młodszą. Bolesny koszmar! Ale powiedziałam sobie: „On ma do tego prawo. Więcej: to jego problem, nie wie, co stracił”. Jak tak się myśli, jest łatwiej. Nie mogłam przecież zgorzknieć z takiego powodu. No i nie zgorzkniałam, a on wrócił, po czterech latach!

50-latki zmagają się z pracą, związkami, no i z ciałem… Musimy o nie dbać za wszelką cenę, żeby wyglądać młodziej?
Za wszelką cenę, oczywiście, nie. Myślę, że dbanie o siebie prawie nic nie kosztuje. W gruncie rzeczy jest takie łatwe. Mały wysiłek, trochę trzeba uważać i tyle. Chodzi tak naprawdę o to, żeby czuć się dobrze we własnym ciele. Ja czuję się dobrze, kiedy jestem chuda i wchodzę w moje 38. Nie żebym bardzo uważała, na śniadanie jem grzanki z masłem i konfiturą, nie dręczę się. Za to tańczę. Choć przestałam jeździć konno. Mój koń poszedł na emeryturę, no i pomyślałam, że jak spadnę z jakiegoś nowego, to jednak w moim wieku gorzej to zniosę, niż kiedy miałam 20 lat.

Możemy tańczyć, uważać, ale ciało mówi swoje…
Pewnie, nie zmienimy daty urodzenia, ale możemy sobie z nią radzić. Zaakceptować swój wiek, ale nie rezygnować z wpływu na ciało, na to, jak się z nim czujemy, jak wyglądamy, w jakiej formie jesteśmy. I to pomimo upływu czasu. Ja na przykład jestem wielką fanką hormonalnej terapii zastępczej, uważam, że ona bardzo służy kobietom, pod każdym względem, i wagi, i libido, i w ogóle formy fizycznej.

Czyli dbamy o siebie, farbujemy włosy – to zresztą raczej powszechne we Francji – i jak pani podkreśla: nie mówimy, ile mamy lat.
Możemy nie farbować, wolny wybór. We Francji jest taka znana dziennikarka Sophie Fontanel i ona to głośno powiedziała: „Nie farbuję, będę siwa, chcę być siwa, to moje prawo”. Występowała wszędzie w mediach i to był pewien przełom. Ale ja odmawiam bycia definiowaną przez swój wiek. I dlatego też uważam, że nie warto o nim głośno mówić. Tak już jest, że jak masz siwe włosy i mówisz, że masz 50 lat, to ludzie widzą twój wiek, a nie ciebie. A ja się na to nie zgadzam, nie chcę żadnej etykietki. Chcę być sobą niezależnie od wieku.

A medycyna estetyczna?
Trudno być przeciw. No i szczerze mówiąc, wszyscy dziś z niej korzystają, przynajmniej we Francji. Więc jak nie korzystasz, to od razu wyglądasz starzej niż twoje koleżanki. Trochę nie ma wyjścia. Ale ja robię to naprawdę rzadko i z umiarem. I bardziej wierzę w hormony.

Zawsze pani taka była, energiczna, zdecydowana, świadoma tego, czego chce?
Urodziłam się na południu Francji, przy granicy z Hiszpanią, tam kobiety nie mają nic do gadania, nie liczą się. Moja mama podawała wszystkim do stołu, nie pracowała zawodowo, nie miała prawa jazdy ani karty kredytowej. A jednocześnie mój ojciec, który był przedsiębiorcą, miał firmę produkującą anchois, zawsze mówił moim braciom i mnie: „Zabraniam wam mieć szefa!”. Widzę go jak dziś, jak to wykrzykuje, wymachując w naszą stronę ręką z wysuniętym palcem: „Zabraniam wam!”. Byliśmy zaprogramowani, żeby mieć własne firmy, nie mogło być inaczej. Ojciec mnie nauczył, że trzeba być samodzielnym i zarabiać na siebie. Od 13. roku życia w każde wakacje pracowałam. I od 13. roku życia marzyłam o wyjeździe z Collioure. W końcu tak zrobiłam, pojechałam na studia do Tuluzy, a potem do Paryża.

Założyła pani firmę, której potem się pozbyła…
I pracowałam zawsze tylko z kobietami. Miałam problem z kierowaniem mężczyznami. To musi wiązać się z moim dzieciństwem. Nie potrafię wydawać poleceń mężczyznom, naprawdę. Ale pracowałam bardzo dużo i z sukcesem. Tylko nie najlepiej to wpłynęło na moje relacje z córką. Byłam dla niej i wzorem, i antywzorem, zatruwałam jej życie. Myślę, że po prostu nie wyniosłam z rodzinnego domu dobrego wzorca postępowania. Kiedy ona była nastolatką, wszystko było bardzo trudne, nasze relacje pełne konfliktów. Aż w końcu, kiedy przestałam pracować, także z tego powodu, wyjechałyśmy razem do Stanów Zjednoczonych. I wszystko się ułożyło, świetnie się rozumiemy, a ona znalazła swoje miejsce w życiu. Ale o tym będzie następna książka.

Następna książka, wiara w swoje siły, w to, że można panować nad ciałem i w żadnych okolicznościach nie tracić poczucia humoru – jest pani zdecydowanie optymistką. W ogóle nie boi się pani starości?
Starość może być też dobra. Znamy przecież takie przypadki. Choć, oczywiście, boję się złej starości, tego, że stracę pamięć i nie będę mogła tańczyć. Tak, tego się boję. Ale uważam, że ważne jest to, w jaki sposób się starzejemy: w głowie, w sercu, w ciele, w życiu. I zgodnie z tym, co pisał Wolter, i co zresztą cytuję w książce: „Postanowiłam być szczęśliwa, to dobre dla zdrowia”.

Mylène Desclaux, 50-letnia, elegancka, szczupła i dowcipna autorka bloga „Happy Q” i książki „Francuzki dojrzewają najpiękniej”. Mieszka w Paryżu, przez wiele lat kierowała swoją agencją reklamową.

Pięćdziesięcioletnia i szczęśliwa
Pięćdziesięcioletnia i szczęśliwa

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>