Po co nam sekrety?

Ilustracja: Tomasz Wawer

Po to, żebyśmy nie obciążali bliskich swoimi błędami. Ale też by lepiej wypadać w ich oczach. Jednak nawet jeśli mamy dobre intencje, to gdy sekret wymknie się spod kontroli… może być za późno na szczerość. Kiedy mówić, a kiedy milczeć – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Wyobraź sobie, że pewna kobieta znajduje mejl, w którym jej mąż pisze o uczuciu do innej. Mimo rozpaczy udaje, że nic nie wie, bo obawia się, że ujawnienie sekretu męża zakończy ich małżeństwo. I teraz sama ma przed nim tajemnicę…

Kiedy stajemy się posiadaczem cudzego, ale ważnego i bolesnego dla nas sekretu, najlepiej to jak najszybciej ujawnić. Np. powiedzieć coś w rodzaju: „Boję się przyznać, że wiem, ale źle mi się z tym twoim sekretem żyje”. Bo udawanie, że nic się nie wie o tak zasadniczej zmianie uczuć partnera, jest dla nas emocjonalnie bardzo kosztowne. Nie sposób być wówczas z kimś takim blisko, skoro nie możemy się wobec niego zachowywać spontanicznie. Mamy wówczas wybór pomiędzy ekspresją albo depresją. Zamykanie w sobie ogromnej emocjonalnej energii wzbudzonej przez wątpliwości w tak żywotnej dla nas sprawie z reguły powoduje to, co nazywam depresyjną implozją albo depresją implozyjną.

Czyli można zachować w tajemnicy pożyczony sekret?

Tylko wówczas, gdy mamy w sercu głębokie i szczere przekonanie, że „skoro on mi o tym nic nie mówi, to znaczy, że to nie ma dla niego wielkiego znaczenia i nasz związek jest nadal dla niego najważniejszy”. Ale zawsze nas to będzie emocjonalnie drogo kosztować, bowiem długo może brakować nam pewności, czy nasza emocjonalna inwestycja dla związku jest korzystna czy wręcz odwrotnie.

(…)

Więcej w lutowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 02/2019 dostępne jest także w wersji elektronicznej.