Prawdy i mity na temat inwestowania

Inwestowanie
123rf.com

Żeby inwestować, trzeba mieć mnóstwo pieniędzy, wykształcenie ekonomiczne i mocne nerwy. Prawda czy mit? O naszym stosunku do pomnażania funduszy mówi psycholog ekonomiczny dr Agata Gąsiorowska. A Ty NA CO NAJCHĘTNIEJ WYDAJESZ PIENIĄDZE? Zrób psychotest i dowiedz się, co to oznacza.

Agata_Gasiorowska
Agata_Gasiorowska

Jakie jest podejście przeciętnego Polaka do inwestowania pieniędzy? Interesujemy się tym czy raczej umiemy pieniądze zarabiać, wydawać i ewentualnie oszczędzać, ale inwestowanie to już dla nas wyższa szkoła jazdy?

Jest tak, jak pani mówi. Na pewno inwestowanie jest wyższą szkołą jazdy niż oszczędzanie, a wielu Polaków uważa, że nie stać ich nawet na oszczędzanie, więc co tu mówić o inwestowaniu. Jak widać, mamy silnie negatywną postawę w stosunku do inwestowania, ale jest jeszcze drugi problem: jako społeczeństwo mamy bardzo niski poziom wiedzy ekonomicznej. Nie wiemy, czym się różni akcja od obligacji, bank od parabanku…

W świetle ubiegłorocznego skandalu z Amber Gold można pokusić się też o stwierdzenie, że zbytnio ufamy różnym instytucjom albo po prostu dajemy się zwodzić okazji.

Myślę, że wiele osób, które straciły pieniądze złożone w parabankach, dało się zwieść właśnie okazji. Proszę zauważyć, że przekaz reklamowy najsilniej akcentował to, ile będzie można zyskać. Gdybyśmy byli lepiej wyedukowani ekonomicznie, zauważylibyśmy, że to dosyć ryzykowna sytuacja, bo skoro możemy tyle zarobić, to tyle samo możemy stracić.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Ale też chyba bardziej nęci nas szybki zysk niż długoterminowe składanie grosza do grosza.

To w ogóle ludzka przypadłość, choć badania wykazały, że zwierzęta też ją przejawiają. Chodzi o nieumiejętność odroczenia gratyfikacji. Jeżeli mamy do wyboru natychmiastową nagrodę, choćby miała być mniejsza, to wolimy to niż czekanie na nagrodę w przyszłości, choćby wiele wskazywało, że będzie większa.

Chętniej kupujemy blankiety totolotka niż inwestujemy w obligacje, które mogą przynieść zysk dopiero za jakiś czas?

Tu mamy do czynienia z jeszcze inną kwestią. Jeśli nie zagłębiamy się w kwestie prawdopodobieństwa trafienia szóstki czy trójki w totolotka, to szanse – zdaniem wielu osób – są pół na pół, czyli albo wygram, albo nie. A naprawdę szansa trafienia szóstki jest jak 1 do 13 milionów. Mechanizm totolotka wydaje nam się banalnie prosty, a jednak go nie rozumiemy. Jak więc mamy rozumieć, co ma wpływ na kurs akcji czy wiedzieć, gdzie założyć konto maklerskie? Poza tym w przypadku totolotka obietnica wydaje się niewspółmiernie większa w stosunku do tego, co obiecuje np. inwestycja w akcje czy obligacje.

Poza tym zakład kosztuje parę złotych…

…a inwestowanie kojarzy nam się z koniecznością posiadania sporych sum pieniędzy.

Jak jest naprawdę?

Inwestycja w fundusze inwestycyjne jest możliwa nawet przy tak niskim nakładzie środków jak 100 czy 200 złotych miesięcznie.

Rachunki oszczędnościowe też mogą być formą inwestowania?

Nie, ponieważ nie spełniają warunków koniecznych do tego, by uznać coś za inwestycję. Pierwszy warunek jest taki, żeby zadeklarować jakąś sumę do wykorzystania na dłuższy czas, czyli zwykle co najmniej na kilka lat, drugi – z tymi pieniędzmi musi się coś dziać, muszą być obracane, by przynosiły zysk, a nie spokojnie leżeć sobie na koncie lub przynosić znikomy procent. Fundusz to zapewnia, rachunek oszczędnościowy– nie. Nie ma tu co prawda żadnego ryzyka, ale nie ma też zysku.

Z czego się bierze nasz niski poziom edukacji ekonomicznej? Winna jest szkoła czy może nasza niechęć do zgłębiania tematu finansów?

Na pewno czujemy się bardzo niepewnie w sytuacjach finansowych, boimy się, że jak zaczniemy zgłębiać temat i podejmować jakieś działania, to zostaniemy oszukani, bo to bardzo skomplikowana wiedza. Z drugiej strony ludzie, którzy są obecnie przed czterdziestką, czyli, powiedzmy, moi rówieśnicy, to najstarsze pokolenie wychowane w systemie gospodarki rynkowej. Ci, którzy weszli na rynek pracy przed 1989 rokiem, nie mieli jeszcze możliwości nauczenia się takiego obracania pieniędzmi, jakie jest potrzebne we współczesnym świecie. Kiedy dzisiejsi 40-latkowie byli dziećmi, funkcjonowało SKO, ale to nie uczyło obracania pieniędzmi, a jedynie odkładania ich na kupkę. Z tego nie było nawet żadnego procentu.

Ale przynajmniej nauczono nas oszczędzać.

No, nie do końca… Gdybyśmy byli tego rzeczywiście nauczeni, mielibyśmy nawyk oszczędzania, a przy tym nie uważalibyśmy na przykład, że to, czy oszczędzamy, zależy od tego, ile zarabiamy. Odkładanie 50 czy 30 zł na miesiąc nawet przy niskich dochodach też się liczy. Inna sprawa – nawet jeśli odkładamy co miesiąc jakąś kwotę pieniędzy, to i tak bardzo rzadko przeznaczamy je na to, by dalej zarabiały. Co prawda Polacy – zapytani, gdzie najlepiej trzymać zaoszczędzone pieniądze – najczęściej odpowiadają: „lokować w nieruchomości”, tyle że w rzeczywistości trzymają je na zwykłych kontach.

Union_Investement_oszczedzanie

Jak rozumiem, jeśli nie nauczymy się oszczędzać, nie nauczymy się też inwestować?

Zgadza się. Choć jest jeszcze inna droga. Możemy inwestować nadwyżki, czyli na przykład pieniądze, które dostajemy jako zwrot z urzędu skarbowego. Proszę zauważyć, jak często traktujemy je jako coś, co nam spadło z nieba. Nie myślimy, że to są nasze ciężko zarobione pieniądze, które mogłyby dalej zarabiać, ale że to taka ekstra kasa, która nam przyszła bez wysiłku, wiec możemy ją wydać za przeproszeniem na głupoty.

Premię też można potraktować jako nadwyżkę?

Można, choć zwykle na taką premię solidnie pracujemy przez cały rok. Przypuśćmy jednak, że dostajemy premię za coś, w co włożyliśmy relatywnie mało energii i czasu. Czemu nie potraktować jej jako dodatkowych pieniędzy i nie spróbować ich w coś zainwestować? Niestety, życie pokazuje, że polska rodzina prędzej wykorzysta takie pieniądze na załatanie dziury w comiesięcznym budżecie, nawet nie na przyjemności czy zbytki.

A może po prostu to całe obracanie pieniędzmi kojarzy się nam ze spekulacją? Wolimy zarabiać „przyzwoicie”.

Jedno z badań, jakie przeprowadziliśmy w Centrum Badań nad Zachowaniami Ekonomicznymi, funkcjonującym przy SWPS, przyniosło zaskakujące wyniki. Otóż okazało się, że Polacy uważają, że jak ktoś się zajmuje zawodowo pieniędzmi albo poświęca finansom zbyt dużo wolnego czasu, to jest to podejrzane. Tak jakby wkładanie energii w szukanie dodatkowych źródeł dochodu, pomnażanie swoich zarobków, poszerzanie wiedzy ekonomicznej czy samo monitorowanie stanu akcji – było czymś złym, czym nie wypada się zajmować.

Psycholog Richard Wiseman w ramach badania poprosił kiedyś doradcę inwestycyjnego, astrologa zajmującego się finansami i małe dziecko, by – dysponując tą samą sumą – grali na giełdzie, przewidując ewentualne zyski. Okazało się, że najlepiej zgadywała dziewczynka, która firmy, w które inwestowała, wybierała w sposób całkowicie losowy.

Tak, pamiętam ten eksperyment, dziecko straciło najmniej, na drugim miejscu był doradca inwestycyjny, a na trzecim astrolog.

To zdecydowanie zdeklasowało astrologa, ale czy nie postawiło w kiepskim świetle także doradcy inwestycyjnego?

Ależ oczywiście. Wystarczy zajrzeć do książki prof. Tomasza Zaleśkiewicza: „Psychologia inwestora giełdowego”. Jest tam genialnie pokazane, jak wielu złudzeniom poznawczym ulegają inwestorzy, nie jest więc prawdą, że tylko laicy popełniają błędy, co więcej, profesjonalni inwestorzy giełdowi popełniają je nawet częściej. Antonio Damasio wykorzystał kiedyś do badań ludzi z pewnym uszkodzeniem mózgu, który to defekt powodował, że nie odczuwali żadnych emocji. Poprosił ich, by grali w ryzykowną, hazardową grę, którą w pewnym sensie można uznać za symulowanie gry na giełdzie. Okazało się, że za każdym razem podejmowali najgorsze decyzje. Co to znaczy? Że czynnik emocjonalny jest bardzo ważny, ostrzega nas na przykład przed większym ryzykiem.

Powiedzmy, że chcę zrobić krok do przodu w mojej edukacji finansowej, od czego zacząć? Rozmowy z doradcą finansowym?

Dwa tygodnie temu tak właśnie bym pani powiedziała: udać się do doradcy finansowego. Niestety, w ostatnim czasie przeczytałam o wiele opinii na rozmaitych forach internetowych, które wskazywałyby na to, że dla osób o niskiej wiedzy ekonomicznej taka pomoc może być nie do końca właściwa. Jeden internauta skarżył się, że jego mama poszła do banku, by założyć lokatę, a wyszła z polisą z ubezpieczeniową i sama nie wie, czy jest z tego zadowolona. Dlatego najprostszym rozwiązaniem będzie dowiedzieć się, czy w banku, w którym mam konto i do którego mam zaufanie, jest taki produkt finansowy, który umożliwia mi odkładanie co miesiąc pewnej kwoty i inwestowanie jej w fundusz inwestycyjny. Te oferowane przez banki są dosyć uproszczone: jest fundusz obligacji – najbardziej bezpieczny, jest fundusz pośredni i fundusz akcji, najbardziej ryzykowny.

Jak przetrwać okres, gdy nie zarabiamy na funduszu, a tracimy?

Inwestowanie w akcje czy fundusze akcji to nie jest inwestowanie krótkoterminowe: na dwa lata czy pół roku. Inwestujemy pewne pieniądze przez minimum pięć lat i po tym czasie one z dużym prawdopodobieństwem przyniosą zysk, i to zdecydowanie większy, niż gdybyśmy trzymali je na lokacie. Niestety bardzo często nie możemy się powstrzymać przed codziennym sprawdzaniem, jak stoją nasze akcje. To wynika z tej niecierpliwości, o której wcześniej wspominałam, a może skutkować frustracją i zniechęceniem do inwestowania. Powtórzę, inwestowanie w akcje nie jest ani sprawą krótkoterminową, ani bezpieczną. Pojawia się element ryzyka, możemy zyskać, ale możemy też stracić. Choć i tak jest to lepsze od inwestowania na rynku walutowym, czyli tzw. Foreksie, który robi się coraz bardziej popularny, gdzie można nie tylko stracić to, co się zainwestowało, ale też dużo więcej. Czyli inwestuje pani 10 tys. a może stracić nawet 200.

Union_Investment_Malgorzata_Popielewska

Trzeba mieć jakieś specjalne predyspozycje czy cechy charakteru, by inwestować? Czy to tylko kwestia wypracowania w sobie nawyku, zmiany myślenia?

Do tego, żeby zostać maklerem czy brokerem, pewnie trzeba mieć specyficzną konstrukcję psychiczną. Ale do tego, żeby oszczędzać i inwestować własne pieniądze, trzeba jedynie wyszkolić w sobie pewien nawyk. Przy czym są duże różnice w tej kwestii pomiędzy mężczyznami a kobietami. Kobiety mają poważny problem z tym, żeby w ogóle wejść w inwestycje, dziewczynki są wychowywane tak, by być niesamodzielnymi w kwestiach finansowych. Nikt ich nie uczy zarabiania pieniędzy i obracania nimi, prędzej tego, żeby pójść do sklepu i je wydać. Natomiast jeśli mimo tego kobieta postanowi zająć się inwestowaniem pieniędzy, może radzić sobie zdecydowanie lepiej niż mężczyzna. Przede wszystkim ma mniejszą skłonność do ryzyka oraz silniej reaguje lękiem w sytuacji możliwej straty, dlatego nie przeszarżowuje. Pozyskuje też więcej informacji, przetwarza je i nie podejmuje hurraoptymistycznych decyzji.

I powtórzmy: nie musi wcale dużo zarabiać.

Zgadza się. To nie jest nawet kwestia wysokości naszego dochodu, tylko tego, czy traktujemy siebie jako ludzi zamożnych, czy ubogich. Istotne jest nasze podejście. Jeśli uważam, że zarabiam kiepsko, ale nic na to nie poradzę – to nigdy nie będę bogata. Wszystko jest w naszych głowach. Niestety, choć w sumie: na szczęście, bo dzięki temu sami możemy to zmienić

A Ty na co najchętniej wydajesz pieniądze? Zrób psychotest i przekonaj się, co to oznacza.

[mtouchquiz 14]

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>