fbpx

Przygodę można przeżyć wszędzie. Rozmowa z Adamem Robińskim autorem książki „Hajstra. Krajobraz bocznych dróg”.

Przygodę można przeżyć wszędzie. Rozmowa z Adamem Robińskim autorem książki "Hajstra. Krajobraz bocznych dróg".
Szukasz bliskiego kontaktu z naturą? Znajdź najbliższą rzekę. I najlepiej pojedź tam wcześnie rano lub przed zmrokiem, bo wtedy w przyrodzie dzieje się najwięcej. (Fot. iStock)

Wyprawa nad pobliską rzekę może być wspaniałym przyrodniczym doznaniem. Pod warunkiem, że zdamy się na wyobraźnię i odczuwanie zmysłami.

W te wakacje raczej nie czekają nas dalekie wyjazdy. Cieszy cię to czy smuci?
Martwi mnie to… I nawet nie w związku z własnymi planami, które muszę zmienić, a dlatego, że dotychczas część z trzydziestu kilku milionów obywateli decydowała się na wakacje za granicą. Pozostali mogli znaleźć w kraju względny spokój. A jeśli wszyscy zostaną na miejscu, to trudno będzie o niezatłoczony fragment brzegu jeziora czy polanę. Do tego dochodzi wpływ tych tłumów na przyrodę. Jeszcze niedawno zachwycaliśmy się tym, że w czasie izolacji natura mogła się bezpiecznie rozwijać, a nawet zaglądać do miast. Niepokoję się, że to wahadło wkrótce może wychylić się w drugą stronę. I to wszystko prowadzi mnie do wniosku, że może należałoby w ramach letnich eksploracji kraju ograniczyć się choćby do granic swojego województwa. Daleko, blisko – to względne pojęcia, od nas samych zależy, jak będziemy je rozumieć. A w tym roku im bliżej własnego domu, tym lepiej. I to nie tylko dla dobra środowiska, ale też dla wyzwolenia się od schematów. Wystarczy wziąć mapę okolicy i na przykład poszukać miejsc, o których nic nie wiemy.

Krajoznawstwu poświęciłeś dwie swoje książki „Hajstry” i „Kiczery”. Co nowego odkryłeś od czasu, gdy się ukazały?
Nieustannie szukam choćby nowych punktów dostępu do Wisły, bo najwięcej ciekawych rzeczy w przyrodzie dzieje się w tak zwanych ekotonach, a więc na styku różnych ekosystemów, na przykład lądowego z wodnym. Rzeki i mokradła to przyrodniczy kocioł, można je obserwować godzinami. Ostatnio jeździliśmy z rodziną na łąki nad Narwią niedaleko Nowego Dworu Mazowieckiego. Mazowsze jest dość zabudowane, a jednak są jeszcze miejsca, gdzie widok w dal nie jest niczym ograniczony.

Skąd ci się wzięło zainteresowanie lokalnymi podróżami?
Kiedyś więcej jeździłem po świecie, ale po założeniu rodziny zmieniły mi się priorytety. Emocji, jakie wcześniej dawały mi dalekie wyprawy, zacząłem poszukiwać bliżej domu. Wyszedłem z założenia, że skoro lecę na przykład do Azji, żeby poszukać egzotycznego widoku, to mogę spróbować znaleźć coś równie zaskakującego w bliższej okolicy. W środku zimy na osuszonym bagnie pod Wyszkowem czuję, że przeżywam jakąś przygodę, i sprawia mi to przyjemność. A że zawodowo sporo piszę o sprawach ochrony przyrody, to na dodatek od mądrzejszych od siebie ludzi dużo uczę się o funkcjonowaniu tych przydomowych krajobrazów. Widzę w nich coraz więcej życia.

Przygodę można przeżyć wszędzie. Rozmowa z Adamem Robińskim autorem książki "Hajstra. Krajobraz bocznych dróg".
(Fot. iStock)

Wspomniałeś o doświadczaniu przygód. Co nazywasz przygodą?
Przygodę można przeżyć wszędzie. To kwestia reżyserowania krajobrazu. Werner Herzog robi to na potrzeby filmów, ja próbuję tego samego w literaturze. Docieram w ten sposób do zakamarków wyobraźni, gdzie jakaś rzecz staje się czymś innym. Patrząc na wybrane miejsce, staram się zmienić perspektywę, na przykład obserwuję je z perspektywy geologicznej, która zamienia każdy krajobraz w studnię pełną historii do opowiedzenia. Ale czasem nie trzeba szukać tak daleko wstecz, wystarczy tu i teraz spojrzeć na świat z perspektywy żaby – wyobraź sobie, że spoglądasz na Wisłę nie od strony brzegu, ale ze środka nurtu. Ależ ona jest szeroka, ile wysiłku wymaga przepłynięcie z jednej strony na drugą! Dzięki mapom i zdjęciom satelitarnym jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania przyrody z lotu ptaka, jednak jeśli jesteś w środku rzeki, gubisz perspektywę, nie wiesz, co cię czeka za zakrętem. Zabawy perspektywą pozwalają wzbogacić percepcję miejsca. Pisząc „Hajstry”, niepokoiłem się, czy to będzie zrozumiałe dla czytelników, ale okazało się, że dzielę tę potrzebę z większym gronem ludzi.

Jakie jeszcze potrzeby zaspokaja ci podróżowanie?
Zawsze byłem maniakiem map, lubiłem je oglądać i zastanawiać się, co jest w danym miejscu. I w przeciwieństwie do Ryszarda Kapuścińskiego, który mówił, że podróżuje, żeby zobaczyć „Innego” – podróżując najchętniej wybierałem okolice, gdzie nie pojawiała się nawet jedna ludzka głowa na horyzoncie. Chyba na zasadzie znalezienia przeciwnego bieguna do tego, co przeżywałem na co dzień, bo jako dziecko urodzone w mieście, byłem ciągle otoczony ludźmi. Bo czym właściwie jest egzotyka? Nam kojarzy się z palmami, lazurowym morzem i kolorowymi zwierzętami. Jednak tak naprawdę egzotyka to wszystko to, czego nie doświadczamy na co dzień. Zatem dla kogoś, kto żyje nad Bałtykiem, będą to góry, i odwrotnie. Ale w czasach, gdy wszyscy gdzieś gnamy, coraz częściej egzotyczni są również ludzie, którzy nieprzerwanie tkwią w jednym miejscu i wrastają w nie emocjami i korzeniami. Lubię ich spotykać i słuchać, to też niezapomniana przygoda.

Przyrodopisanie uwolniło w tobie tę inną perspektywę czy już wcześniej zacząłeś się w ten sposób bawić i wykorzystałeś pomysł w książkach?
To się zbiegło ze sobą, jednak mam świadomość, że tę perspektywę łatwo zgubić, ciągle łapię się na tym, że nie patrzę na to, co wokół, tylko myślę o czymś innym. To wymaga ciągłego dyscyplinowania siebie. W pociągu zamiast czytać albo siedzieć z nosem w telefonie można na przykład stanąć w oknie i patrzeć na świat z perspektywy nasypu kolejowego. On dodaje kilka metrów wysokości  i nagle masz głowę na poziomie korony drzew, a nie ich pni, widzisz dachy domów, a nie okna. Śmieję się, że najwięcej czasu na swobodne obserwacje miałem, kiedy dzieci były w wózkach i chodziłem z nimi na długie spacery. Teraz podrosły, zrobiły się bardziej samodzielne, a ja coraz częściej zapominam o tym, żeby zwolnić i się rozejrzeć.

I co cię ostatnio zaskoczyło?
Teraz stoję pod dębem Mieszko, to najstarsze drzewo na Mazowszu, ma 600, może 700 lat. W czerwcu zeszłego roku został podpalony, płonął jak pochodnia i była obawa, czy przeżyje. Dendrolodzy oceniali, że decydujący będzie kolejny rok, czyli właśnie obecny. Kiedy po fazie ostrego lockdownu mogliśmy znowu wyjść z domu, Mieszko wypuścił liście. Przyjemnym zaskoczeniem było więc to, że podczas gdy my całkiem się zatrzymaliśmy, wiosna przyszła jak zawsze. To oczywiście jest banał, ale przypomniało mi, że wydarzenia przełomowe w ludzkim świecie nie zmieniają cyklu, w jakim funkcjonuje przyroda. Ludzkie chronologie i sensacje biorą w obliczu nadejścia wiosny w łeb. To budujące, przydają się człowiekowi takie kotwice, kiedy na oceanie ludzkich spraw mocno buja.

Nie wozisz już dzieci w wózku, ale możesz z nimi podróżować. Czy to pozwala ci na nowo odkryć różne zapomniane wrażenia?
Jest taka książka, niestety, jeszcze niewydana po polsku, „On Looking”. Jej autorka Alexandra Horowitz w kolejnych rozdziałach opisuje swoje spacery po Nowym Jorku podejmowane w towarzystwie różnych osób, między innymi socjologa, botanika czy geologa, którzy otwierają jej oczy na różne aspekty życia miasta. A potem następuje epilog: spacer z paroletnim dzieckiem autorki, które niespodziewanie przełazi przez jakieś drzwi koło domu. Jego mama nigdy nie zastanawiała się, co się za nimi znajduje, więc nagle odkrywa nowy kawałek świata. Tak, dzieci mają zupełnie inną perspektywę. Lubię mówić, że są bliżej ziemi – dosłownie i w przenośni. Ale też ich poznawanie świata jest dużo bardziej zmysłowe niż nasze. My myślimy, a dzieci słuchają, dotykają, wąchają, czasem poliżą. Dorosły nie weźmie do ręki pióra, które zobaczy pod nogami, bo brudne, dziecko nie ma takich problemów. Kluczowa jest świadomość, że im gorzej pamiętamy własne dzieciństwo, tym bardziej jednowymiarowo oglądamy świat. Zapominamy na przykład o audiosferze jako przebogatym źródle informacji o otoczeniu. Dźwięki świata zlewają nam się w jakiś szum, który ignorujemy.

Faktycznie odkrywcza może być nawet podróż po swoim podwórku. Jednak jeśli ktoś chciałby ruszyć się trochę dalej, to co byś mu polecił?
Przede wszystkim: znajdź najbliższą rzekę. I najlepiej pojedź tam wcześnie rano lub przed zmrokiem, bo wtedy w przyrodzie dzieje się najwięcej. Jeszcze lepiej byłoby w nocy, ale w ciemności nie da się nic zobaczyć. A drugi pomysł może być taki, żeby zorientować się, dokąd jadą wszyscy pozostali, a potem pojechać w przeciwną stronę – na zasadzie spoglądania w lewo, kiedy przewodnik wycieczki mówi: „a teraz proszę spojrzeć w prawo”. W ciągu najbliższego lata, kiedy prawie wszyscy zostaniemy w kraju, będzie to trudniejsze, ale nadal wykonalne. Polskę można eksplorować według różnych kluczy: szukać miejsc o najmniejszej gęstości zaludnienia lub podróżować szlakiem najstarszych drzew w kraju. Każdy powód jest dobry, żeby zobaczyć coś nowego.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze