Runmageddon – bieg, który pomaga radzić sobie w życiu

Patrycja, zanim zaczęła startować w runmageddonach, była szarą myszką (Fot. Igor Kohutnicki)
Patrycja, zanim zaczęła startować w runmageddonach, była szarą myszką (Fot. Igor Kohutnicki)

Runmageddon na depresję, prawdziwą, potwierdzoną klinicznie. Na przemoc domową, którą można pokonać jak ubłoconą przeszkodę na zawodach. Żeby znaleźć miłość na trasie. Albo nową pasję w wieku 80 lat! Cztery historie kobiet, które w biegach przeszkodowych odkryły sposób na przeszkody w życiu.

Przed runmageddonem były kimś innym, niż są dzisiaj. Zdecydowały się na start w największym cyklu biegów przeszkodowych w Polsce trochę z przypadku albo z chęci spróbowania czegoś nowego. Na runmageddonie biegania jest niewiele, najkrótszy dystans to tylko skromne trzy kilometry. Ale na tych trzech kilometrach jest 15 przeszkód: drążki, po których chodzi się na rękach, ścianki albo liny, na które trzeba się wspiąć, tyrolki, po których zjeżdża się z dużej wysokości, albo błotniste rowy.
Te ostatnie przeszkody na runmageddonie uwielbiają fotografowie – wychodzą z nich ubabrani błotem ludzie, zmęczeni i szczęśliwi. Trudno o lepszą metaforę tego, co ekstremalny sport może zmienić w pozasportowym życiu.

Donata: biurwa, ale nie kura

Donata Chmielorz przed pierwszym startem w runmageddonie była „typową biurwą”, sama tak o sobie dziś mówi. W państwowej spółce zajmowała się wynajmowaniem nieruchomości. Dwa lata temu przeprowadzili się z mężem do domu i do dziś chlubi się, że „nie ma sznurków na pranie”. Czyli nigdy nie chciała się stać kurą domową. Wolała wyjść na zajęcia sportowe – akrobatykę, stretching, pole dance, czyli taniec na rurze.
Donata nie lubi biegać. Drażni ją, że dla biegaczy jest wszystko, nawet u niej w pracy dostają dofinansowanie do zawodów. – Dofinansujecie mi start w runmageddonie? – rzuca trochę w złości, a trochę dla żartu. Bieg przeszkodowy wybiera sobie, żeby być na kontrze. A dział HR odpowiada: – Tak, dofinansujemy.
Skoro się powiedziało A, to trzeba powiedzieć R. Donata startuje w pierwszych zawodach w czerwcu 2017 roku w Gliwicach.

Sylwia: depresja w łóżku

O Sylwii Jakubowskiej trudno powiedzieć, kim była przed runmageddonem. Bo pięć lat temu była pełną marzeń i radości 25-latką z Międzyzdrojów, pracownicą urzędu miejskiego. Wszystko się zawaliło, kiedy jej mama umarła na białaczkę – na rękach Sylwii – i nagle dziewczynie spadł na głowę cały dom, młodsi bracia w liceum i ojciec w rozsypce.
– Kiedy im się zaczęło poprawiać, zachorowałam na depresję. Leżałam po kilka godzin w łóżku, nie jadłam, wyłączałam się. Pół roku to trwało – opowiada Sylwia. – W końcu koleżanka z pracy poradziła, żeby pójść do psychiatry. Bałam się, że powiedzą, że jestem stuknięta, nienormalna. A okazało się, że to depresja ze stanami lękowymi, dostałam antydepresanty. Odzyskałam radość, ale czułam, że to sztucznie napompowane. Wychodziłam ze znajomymi do pubu, ale dla świętego spokoju. Aż dziewczyna brata wyciągnęła mnie na runmageddon do Warszawy. Na starcie pomyślałam: „Co ja tutaj robię?”.

Patrycja: myszka na crossficie

Szara myszka – tak określa siebie sprzed runmageddonu Patrycja Kotas z Katowic. Skończyła kosmetologię, poszła do firmy jako sekretarka, obecnie nadzoruje budowy. Nie miała do czynienia ze sportem, ale kiedy bieganie zrobiło się modne, pomyślała, że spróbuje. Kupiła buty, ładne, ale za małe – i po kilku treningach straciła paznokcie. Potem nabawiła się kontuzji, fizjoterapeuta namówił ją na siłownię, żeby wzmocniła mięśnie. Stamtąd trafiła na crossfit (dynamiczne zajęcia z ciężarami). I w końcu trener crossfitu w 2015 roku namówił całą ekipę na start w runmageddonie, który akurat odbywał się w pobliskich Gliwicach. Nie spodziewała się, kogo – i co – spotka na trasie.

Aleksandra: królowa nordic walking

– Jestem pielęgniarką, pracowałam w służbie zdrowia, potem w biurze. Zawsze lubiłam się ruszać. Męża poznałam na górskiej wycieczce, jeździłam na nartach, na rowerze, na łyżwach. Nie leżałam. Już na emeryturze koleżanka namówiła mnie na kijki – Aleksandra Raczyńska z Katowic opowiada, jak wciągnęła się w nordic walking. W 2013 roku poszły razem na zajęcia w parku Śląskim i Aleksandra się zachwyciła, że to taka prozdrowotna aktywność, endorfiny, czysta radość.
O nordic walkingu może opowiadać długo. Zrobiła kurs instruktora i teraz to ona prowadzi te zajęcia w parku Śląskim. Wie, jak ta aktywność pomaga ludziom z osteoporozą, zapaleniem stawów, chorobą wieńcową. Aleksandrę nazywają w Polsce Królową Nordic Walkingu.
Tyle że to jej nie wystarcza, jest głodna wrażeń: – Morsuję, chodzę po górach, tańczę w konkursach. Zaczęłam biegać, w Biegu Katorżnika pokonałam babki z młodszej kategorii wiekowej. Muszę sobie czymś wypełnić tę emeryturę.
O runmageddonie dowiedziała się, surfując w Internecie. Okazało się, że jej dwaj wnukowie jadą na zawody. – A jest w samochodzie miejsce dla mnie? – zapytała. I pojechali na zawody z babcią Aleksandrą.

Aleksandra nie zamierza przechodzić na sportową emeryturę, choć skończyła 80 lat. (Fot. Sandra Biegun)
Aleksandra nie zamierza przechodzić na sportową emeryturę, choć skończyła 80 lat. (Fot. Sandra Biegun)

Donata: kat w domu

Pierwszy runmageddon – tzw. Intro w Gliwicach w czerwcu 2017 r., 3 km i 15 przeszkód – to męczące bieganie po hałdach. Ale najważniejsze są dla niej przeszkody: – Pokonuję jedną i biegnę do kolejnej. To mój cel. Możesz być w hipotermii, możesz być zmęczona, ale dajesz radę.
I nagle Donata odkrywa, że to dotyczy nie tylko zawodów: – Kiedyś, jak się pojawiały w moim życiu przeszkody, przytłaczało mnie to. Teraz potrafię z nimi walczyć.
Tak naprawdę to w sport się zaangażowała po tym wszystkim, co było z ojcem. A z ojcem trwała wieloletnia gehenna przemocy domowej: – Był katem, pił, znęcał się nad nami psychicznie i fizycznie. Nieraz chowaliśmy się przed nim z mamą i bratem. A na zewnątrz człowiek trzymał uśmiechniętą maskę, że wszystko jest w porządku. Wreszcie, jak miałam dwadzieścia parę lat, a mój brat już z nami nie mieszkał, bo go ojciec wyrzucił z domu, zadzwoniłam na policję.
To trudna decyzja, bo ojciec sam jest policjantem. Ale właśnie zmienia się prawo i sprawca przemocy może zostać wyrzucony z własnego mieszkania i otrzymać sądowy zakaz zbliżania się do rodziny. Sąd potwierdza winę ojca Donaty, daje mu wyrok w zawieszeniu i zakaz zbliżania się.
– Mam trzyipółletnią córkę, mój cel to pokazać jej, że kobieta może być silna i niezależna – mówi Donata.
Mama po uwolnieniu się od oprawcy wpadła w depresję. To dla niej zaczęła trenować – żeby pokazać, że można się trzymać. Z mamą już w porządku, rozwija pasje, których nie mogła ujawniać w przemocowym domu. Chodzi na taniec, na aerobik. – Uparła się nawet, że wystartuje kiedyś ze mną w runmageddonie. Ale z troski o jej kręgosłup się nie zgodziłam – mówi Donata.

Sylwia: cegiełki wiary w siebie

– Jak się czujesz? – pyta Sylwię Emilka w połowie sześcio-kilometrowej trasy na pierwszym starcie w runmageddonie.
– Umarli bólu nie czują – odpowiada Sylwia i postanawia, że zamorduje dziewczynę swojego brata na mecie. Ale z każdą przeszkodą odzyskuje wiarę w ludzi. Emilka jej pomaga, pomagają inni, obcy. Za niezaliczone przeszkody jest karna seria burpeesów, czyli ćwiczeń podskok – pompka, ale wiele przeszkód Sylwia daje radę pokonać.
– Mówiłyśmy potem z moją psychoterapeutką, że każda mała przeszkoda była cegiełką pomagającą w odbudowaniu wiary w siebie. W to poczucie, że chcę i mogę – wspomina Sylwia. – Dalej jestem dziewczyną z depresją, ale widzę światełko w tunelu. Wiem, że mogę wygrać. Od miesiąca nie biorę tabletek. Mam słabsze dni, ale mam też coś, co mi pomaga na co dzień – trening dwa razy w tygodniu do kolejnego startu. W tym roku chcę zdobyć Koronę – to cztery starty w runmageddonach w czterech stronach Polski – na północy, południu, wschodzie i zachodzie. I Weterana, czyli zaliczyć starty na trzech dystansach: 6, 12 i 21 km. Mam w końcu cel.

Sylwia największe emocje przeżywa na tyrolce, bo ma lęk wysokości (Fot. Maratomania.pl)
Sylwia największe emocje przeżywa na tyrolce, bo ma lęk wysokości (Fot. Maratomania.pl)

Patrycja: zdjęcie w telefonie

Stoi na hałdzie w Zabrzu z aparatem. Robi Patrycji zdjęcie. „Uśmiechnij się do mnie” – prosi. Wymieniają spojrzenia i przepływa jakiś prąd. Leje deszcz, jest zimno, choć to końcówka kwietnia. Patrycja umorusana. „Znajdziesz to zdjęcie, poszukaj Foto ADHD” – tłumaczy chłopak i zaczyna wywijać rękami, jakby miał ADHD, żeby go dobrze zapamiętała.
„Chodź już, bo zimno” – woła ją koleżanka. I może dobrze, bo oboje – Patrycja i Igor – potrzebują jeszcze wielu miesięcy, żeby rozwiązać swoje sprawy życiowe. Patrycja ma chłopaka, tylko im bardziej ona wciąga się w sport, tym bardziej widać, że są niedopasowani.
Na kolejne zawody Patrycja nie jedzie, złamała rękę. Spotkają się rok później w Myślenicach. Ona z biegaczami wchodzi wymęczona na górę Chełm, fotograf woła: „Popatrz na mnie”. Gdzieś go już widziała? „O kurczę, to ty! Byłaś w Zabrzu. Mam twoje zdjęcie w telefonie” – krzyczy Igor.
„Tere-fere, podrywacz” – myśli Patrycja. Ale on pokazuje jej fotografię z zabrzańskiej hałdy. Teraz, w myślenickim lesie, robi jeszcze lepszą fotę, zdjęcie trafia na relację na fanpage’u
runmageddonu. On wpisuje jakiś komentarz, ona zaprasza go do znajomych. Zaczynają do siebie pisać. Codziennie. – Parą zostaliśmy na Runmageddonie w Szczyrku – opowiada Patrycja. – Przeprowadzam się do Igora w przyszłym roku. Na razie każdy weekend spędzamy albo w Warszawie, albo w Katowicach. No i spotykamy się na zawodach. Teraz, we Wrocławiu, pierwszy raz razem wystartowaliśmy.

Aleksandra: trzymetrowa ścianka

– Wchodzę na górę, widzę dwie liny, w dole woda. Powiedzieli mi, że ta przeszkoda się nazywa Indiana Jones. Nie było wyjścia. Najpierw poszłam na dno, potem do góry i wyszłam – wspomina Aleksandra swój pierwszy start w Kryspinowie. – To są ogromne emocje. W życiu takich nie ma.
Najwięcej przyjemności sprawia Aleksandrze czołganie się w błocie pod zasiekami z drutu kolczastego. Dwie ścianki, na które trzeba się wspiąć i je przeskoczyć, omija, dostaje w zamian serię zastępczych ćwiczeń. Ale trzecia – trzymetrowa, z liną ułatwiającą wspinanie – ją kusi. – Pomógł mi ktoś i przeskoczyłam – cieszy się Aleksandra.
Potem w Internecie jej wnuk widzi wpis 52-latki dumnej, że pokonała runmageddon w „takim wieku”. Wpisuje w komentarzu, że jego babcia wystartowała w wieku 79 lat. „Czy pani wie, co piszą o pani w Internecie?” – pyta koleżanka na siłowni. I Aleksandra do 2 w nocy czyta słowa podziwu i życzenia urodzinowe. I dochodzi do wniosku: – To na sportową emeryturę nie mogę jeszcze iść.
Startuje drugi raz na trzykilometrowym dystansie Intro. Poznaje biegaczy z Krakowa i cieszy się, że ma nowych znajomych, reprezentuje teraz grupę biegową Dzik. Dzień przed 80. urodzinami dzwoni do niej pracownica z biura runmageddonu i proponuje darmowy pakiet na start w kolejnych zawodach. – Świetnie się składa, bo teraz chcę wystartować w Rekrucie, na dystansie 6 km – cieszy się Aleksandra.

Donata: multiring na deser

Jak się lata na rękach? Na multiringu. To dla Donaty zaczarowana przeszkoda. Bujające się drążki i stalowe kółka, po których trzeba przejść na rękach. Kilka metrów tortury dla całego ciała. Donata to uwielbia, bo ma mocny chwyt, wyćwiczyła go na pole dance. Multiring jest zwykle blisko mety, Donata czeka na tę przeszkodę jak na deser. Wie też, że skoro chce startować na dystansach dłuższych niż 3 i 6 km, musi podciągnąć bieganie. Gadają o tym z mężem, bo pasja Józka to bieganie. Pomoże jej w treningu biegowym. A ona jemu na siłowni, bo wciągnęła męża do runmageddonu, a do tego trzeba się wzmocnić. Jeśli biegną razem, to Józek zostawia Donatę za sobą, ale zwykle zatrzymuje się na przeszkodzie, gdzie Donata go dogania. I pokonują ją razem.
W pierwszych startach nie udaje jej się „donieść opaski”. Opaska elity przysługuje tylko tym, którzy na trasie pokonają wszystkie przeszkody, i to bez pomocy – kto robi zastępcze ćwiczenia albo skorzysta z pomocy innego uczestnika, musi oddać opaskę. Na pierwszym starcie w Krakowie Donatę pokonuje ścianka skośna. – Było zimno, mokro. Na szczęście w kategorii open wszyscy sobie pomagają, każdy poda ci rękę, kolano – wspomina Donata.
W drugim starcie w Wałbrzychu pokonuje ściankę skośną, bo jest sucho, a wtedy łatwiej się utrzymać. Przechodzi wszystkie przeszkody oprócz „wariata” – długiej, obracającej się belki z uchwytami. – Walczyłam ponad godzinę. W końcu stwierdziłam, że nie dam rady, i oddałam opaskę. Ale to było kilka metrów przed metą, ostatnia przeszkoda.
Na trzecie zawody na koniec sezonu – w Siedlcach – nie chciało jej się jechać. Listopad, zimno, noga po kontuzji. Jednak znajomi ją namówili. I nie dość, że pierwszy raz doniosła opaskę do mety, to zajęła trzecie miejsce wśród kobiet.
– Popłakałam się ze szczęścia. I dostałam kwalifikację na mistrzostwa Europy, które odbywają się w tym roku w Gdyni – cieszy się Donata. – Jedziemy tam całą rodziną.
W Chodzieży startuje na dystansie hardcore – 21 km. Na 18. kilometrze czuje kontuzję pasma biodrowo-piszczelowego, chce zejść z trasy. Ale kolega, z którym razem biegną, oponuje: – Albo razem kończymy, albo razem schodzimy. Dociera powoli, taka zmęczona i zmarznięta, że nie ma siły się przebrać. I szczęśliwa.
– Kim teraz jestem? Niezależną i silną kobietą. Mogę te wartości przekazywać córce. I mam w tej niezależności idealnego partnera – podsumowuje Donata.

Runmageddon to inaczej bieg przeszkodowy. Wielu uczetnikom pomaga pokonać trudności życiowe. (Fot. Igor Kohutnicki)
Runmageddon to inaczej bieg przeszkodowy. Wielu uczestnikom pomaga pokonać trudności życiowe. (Fot. Igor Kohutnicki)

Sylwia: stanęłam na nogach

Sylwia, która na starcie pierwszego runmageddonu pomyślała: „Co ja tutaj robię?”, wspomina: – Ten pierwszy runmageddon kończyłam szczęśliwa. Po raz pierwszy od dawna.
Największe emocje miała na tyrolce, bo ma okropny lęk wysokości. Zjeżdżało się z trzeciego piętra, a lina miała przynajmniej 200 metrów. Można ją było ominąć. Ale pomyślała: „Skoro jestem tu i pokonuję swoje słabości, to spróbuję”. Wpięła się, zamknęła oczy, ktoś ją popchnął i ruszyła w dół. Modliła się w duchu i nie otwierała oczu. I stanęła na ziemi mocno na nogach. Na końcu trzeba było przejść przez zimną wodę, już była wycieńczona, a dodatkowo zmarzła. – Na mecie leżałam przez godzinę pod kroplówką. O czym myślałam? O niczym. Czułam tylko zmęczenie i zimno – opowiada.
Wracała ze startu z trzema myślami. Że jej się podobało. Że może pokonywać trudne przeszkody. Że ma dookoła siebie wspaniałych, wspierających ludzi.
– Uwierzyłam w siebie, runmageddon dał mi nowe życie – podsumowuje Sylwia. – Teraz odzyskuję codzienne radości. Idę na siłownię, czytam, spotykam się z przyjaciółmi. Życie zaczyna się po trzydziestce, czuję to po tym biegu jak nigdy.

Patrycja: ciepła bluza

– Ja się lubię bawić na zawodach. Przebieram się, np. za Smerfetkę, zakonnicę albo Królewnę Śnieżkę, która szukała do pomocy siedmiu krasnoludków – opowiada Patrycja. Ale najbardziej pamięta te zawody, kiedy wbiegła na metę w przemokniętej męskiej bluzie.
W 2017 roku, w październiku startuje w Szczyrku. Rano jest pięknie, słonecznie, staje na starcie w krótkim rękawku. Nagle jak to w górach pogoda się załamuje, zaczyna padać, na szczycie Skrzycznego robi się zero stopni.
– W dodatku na drugim kilometrze w strumieniu poślizgnęłam się i wybiłam środkowy palec. Bałam się pójść z tym do ekipy medycznej, żeby mnie nie zdjęli. Więc włożyłam patyk do rękawiczki, żeby usztywnić ten palec, i obwiązałam sznurkiem. Był limit czasowy, nie wiedziałam, czy się w nim zmieszczę. Miałam dosyć, a tu taka trudna przeszkoda, długa dwukilometrowa pętla, którą trzeba było przebiec z oponą. Już chciałam zakończyć, kiedy nagle zobaczyłam, że ktoś mi robi zdjęcia. Igor. Widać potem klatka po klatce, jak zmienia mi się wyraz twarzy: od załamania po uśmiech – opowiada Patrycja. – Igor zdjął z siebie jedną bluzę, bo zawsze się ciepło ubiera, jak robi zdjęcia, i mi ją dał. Wbiegłam na metę mokrutka i szczęśliwa.

Aleksandra: spełniać marzenia

– Runmageddon nie tylko dał mi masę przeżyć, ale bardzo mnie dowartościował. Zawsze znałam swoją wartość, ale teraz myślę sobie: „Wow! Że ja tyle rzeczy potrafiłam zrobić. I że miałam odwagę, żeby spróbować je zrobić” – mówi Aleksandra.
Po 80. urodzinach postanowiła realizować marzenia. Po pierwsze, przebiec maraton w Atenach, pełne 42 km 195 m. Bo skoro dystans maratonu z kijkami nordic walking pokonuje marszem w mniej niż sześć godzin, a w Grecji na maratonie obowiązuje sześciogodzinny limit, to podbiegając bez kijków, w limicie się zmieści.
Po drugie, skoczyć ze spadochronem. Córka, która już to zrobiła, mówi jej: „Mamuś, zrób to”.
– W życiu jest ważne, żeby mieć marzenia. I żeby je powoli spełniać. I cieszyć się tym, że się je spełnia – podsumowuje Aleksandra. – I jeżeli decyduję się iść na szczyt, to nie mogę narzekać, że droga jest trudna. ●