fbpx

Siła prostych czynności – w codziennych rytuałach drzemie moc

Siła prostych czynności - w codziennych rytuałach drzemie moc
Codzienne rytuały wyznaczają rytm dnia (Fot. iStock)

Zamknięci w czterech ścianach, a jednak zapracowani. Tak wygląda dziś pewnie życie większości z nas. Powoli rośnie frustracja i zaczyna brakować energii. Może więc czas na jakieś zmiany jak chociażby przemyślenie naszego rytmu dnia.

– Życie jest lepsze, kiedy nie staramy się zrobić wszystkiego – mówi Brooke McAlary, fanka prostoty.Zdarza mi się tańczyć podczas zamiatania, bywa, że śpiewam, prowadząc samochód, i naprawdę cieszy mnie zabawa z dziećmi. Jestem dziś innym człowiekiem, moja rodzina jest inna – a wszystko dlatego, ze wzięliśmy sobie do serca idee życia prościej” – pisze we wstępie do niepozornej książeczki „Prostota” Brooke McAlary.

Tuż po urodzeniu drugiego dziecka, zdiagnozowano u niej depresję poporodową. Jednak zanim to się stało, walczyła z lękami, niepokojem, przepracowaniem i ogólnym przeciążeniem. – Tak naprawdę nie byłam w stanie normalnie funkcjonować i myślę, że to miało związek z niezdiagnozowaną depresją poporodową po urodzeniu pierwszego dziecka – wyznaje. –Byłam jednak przekonana, że jeśli tylko będę pracować ciężej i dłużej, nawet kosztem snu, to w końcu osiągnę sukces i będę szczęśliwa. „Jeszcze jeden mały wysiłek i już na pewno będę szczęśliwa” – powtarzałam sobie.

Niestety, lista rzeczy do zrobienia się nie kończyła, a wręcz przeciwnie. Brooke była więc przemęczona, sfrustrowana, a do tego nieprzyjemna dla rodziny i przyjaciół. Gdy lekarka
wreszcie postawiła diagnozę i Brooke poszła na terapię, wszystko powoli zaczęło się uspokajać. – Pamiętam, że opowiadałam jej, ile rzeczy muszę zrobić tego dnia i że w ogóle nie mam czasu dla dzieci, a ona zapytała, czy mogę wziąć pod uwagę taką sytuację, że tego dnia zrobię mniej… I to był pierwszy raz, kiedy pomyślałam, że jest opcja, której nie brałam wcześniej pod uwagę. Hm, to może spróbujmy i zobaczmy, czy to się sprawdzi. Wtedy zaczęła się moja przygoda z rytuałami, z wypracowaniem rytmu, czytaniem na ten temat, eksperymentowaniem i upraszczaniem.

Zaczęła od minuty nicnierobienia. Taka była sugestia jej lekarki. – Zaproponowała, żebym przez minutę po prostu siedziała i oddychała głęboko, a każdy kolejny oddech koncentrowała na innym zmyśle. Miałam robić to raz dziennie, ale także wtedy, kiedy miałam wrażenie, że wszystko mnie przerasta i odczuwam niepokój. Uznałam, że to jest tak absurdalnie prosta rzecz, że mogę spróbować.

Po pierwsze – rytm zamiast rutyny

To była rewelacja! – Nie miałam świadomości, ile rzeczy siedzi w mojej głowie, jaki ogromny chaos panuje w moim wnętrzu. Postanowiłam zwolnić i uprościć swoje życie, złapać swój własny rytm – wyznaje. Do tej pory żyła rutyną, którą uważała za słuszną. – Wydawało mi się, że najlepszy jest stały plan dnia: wstaję codziennie o 5.00 rano i jeśli
do 6.00 uda mi się zrobić dużo rzeczy z listy, zanim dzieci się obudzą, to dzień będę mogła uznać za udany, a jak nie – to już rano ogłaszałam porażkę. Gdy moja siostra, która ma piątkę dzieci, usłyszała o tej mojej rutynie, stwierdziła, że życie nie działa według schematu i zapytała, czy myślałam o tym, by zamiast rutyny wprowadzić rytm dnia. Nie chodziło jej o wyrzucenie całego planu i życie w chaosie, ale o obserwację tego, jak układa się dzień, i łagodne wpasowanie w niego tych aktywności, które muszą się wydarzyć.

„Rytm to puls dnia. Tempo, kolejność, porządek” – pisze Brooke.

„Rytm to coś, co wprawia nas w ruch. Chce się nam tańczyć w rytmie, znaleźć własny krok, trochę poluzować kontrolę, cieszyć się chwilą i zobaczyć, dokąd nas zaprowadzi”.

Owszem, porządek jest ważny, ale też trzeba być elastycznym wobec zmieniających się okoliczności. Zamiast codziennie realizować ustalony schemat dnia (pobudka, śniadanie, szybko do pracy, po pracy pranie, obiad, zakupy), najpierw przyjrzyjmy się, jak wygląda nasz ranek, wieczór, co najlepiej idzie nam rano, a na co mamy więcej energii pod koniec dnia. Ułóżmy dzień według naszych potrzeb i naszej energii. Stwórzmy elastyczny rytm dnia, który możemy dopasować do okoliczności i naszych sił.

„Dla większości ludzi podróż ku prostocie zaczyna się od likwidacji bałaganu: przewietrzenia szaf albo posegregowania książek, zdjęć i gromadzonych przez dekady pamiątek” – czytamy w „Prostocie”. „Ale odczekajcie 12 miesięcy, a zastaniecie ich z powrotem przy tych samych czynnościach, marudzących, jak to woleliby oglądać telewizję, odpoczywać, pić piwo albo bawić się z dziećmi. Tymczasem znów sprzątają garaż”. Zdaniem Brooke zamiast bezskutecznie walczyć z fizycznym nieporządkiem,
trzeba najpierw zwolnić trochę przestrzeni we własnym życiu. Zmienić rytm i organizację swoich dni, a fizyczne uporządkowanie przyjdzie samo.

Po drugie – ustal priorytety

Jej samej najtrudniej było zmienić oczekiwania, jakie miała wobec siebie, tę odwiecznie powtarzaną mantrę, że gdy zrobi wszystko, to będzie szczęśliwa. – Zaczęłam od spisania wszystkich rzeczy, jakie wydawało mi się, że powinnam wykonywać każdego dnia. Kiedy
przeczytałam tę listę, zorientowałam się, że jest tego tyle, że nie byłabym w stanie odhaczyć wszystkiego w ciągu trzech dni! Nic dziwnego, że byłam sfrustrowana – moje oczekiwania były absurdalne.

Dlatego zrobiła krok dalej: wypisała rzeczy, które są naprawdę ważne i oddzieliła je od tych, które każe jej robić ego. Wśród nich znalazły się oczekiwania innych, które wpływały na jej życie. – Kiedy dzieci były małe, każdą środę spędzałam z moją mamą w centrum handlowym. Zgadzałam się na to, bo ona to uwielbiała. Dla mnie to było marnowanie czasu i pieniędzy, bo zazwyczaj wracałam do domu z zakupami, których wcale nie potrzebowałam. Za to chciałam spędzać czas z mamą. Dlatego po jakimś czasie walki ze sobą uznałam, ze priorytetem jest dla mnie spędzanie z nią czasu, ale niekoniecznie w centrum handlowym – wyjaśnia.

Po trzecie – wprowadź stale rytuały

„Rytuał to regularnie powtarzany, formalny, ceremonialny akt” – czytamy w jej książce. „Zachęcam was, byście nadali odpowiednią wagę i znaczenie niektórym powszednim
czynnościom. Taka operacja wynosi je ponad poziom nudnej prozaiczności i pomaga naprawdę docenić i zwracać uwagę na to, co robicie”.

Brooke radzi, żeby zacząć od jednej małej zmiany, na którą jesteśmy gotowi, jednego rytuału, jak choćby właśnie minuta nicnierobienia. – Ta jedna zmiana zaczyna popychać nas w stronę definiowania priorytetów, zaczyna zmieniać nasze życie – przekonuje.

To może być też monotasking, czyli wykonywanie jednej czynności naraz. Po prostu wybierasz jedno zadanie ze swojego planu dnia i umawiasz się ze sobą, że w trakcie jego wykonywania skupiasz się wyłącznie na nim. Jeśli rozmawiasz przez telefon, to jednocześnie nie wieszasz prania i nie stukasz w klawiaturę komputera. Po prostu rozmawiasz przez telefon. – Uprzedzam, że przestawienie się z multitaskingu na monotasking, kiedy masz małe dzieci, jest niemal nieosiągalne. Możesz wtedy wybrać inny rytuał, choćby wstawanie codziennie pięć minut wcześniej, żeby oczyścić głowę z niepotrzebnych rzeczy czy pomedytować – dodaje Brooke. – Nie chodzi o to, aby sobie dodawać zajęć, lecz by uprościć życie, znaleźć czas na rzeczy dla nas ważne, a nie dodatkowe.

A może najbardziej przemówi do ciebie rytuał pt. „tryb offline”? Raz dziennie odłączasz się od wszelkiej elektroniki, choćby na 15 minut. – Ja zrobiłam taki eksperyment: ogłosiłam, że przez 30 dni nasza sypialnia będzie miejscem wolnym od elektroniki. I co? Zaczęłam lepiej sypiać i wstawać wypoczęta, dzień zaczynałam od herbaty, a nie od sprawdzenia maili jeszcze w łóżku. Taki spokojny poranek ustawia dzień zupełnie inaczej. Kiedyś zaraz po obudzeniu sięgałam po telefon i jeszcze w łóżku zaczynałam odpisywać na maile. Spędzałam cały dzień z telefonem i komputerem, aż do momentu zaśnięcia. Dziś myślę, że warto wydłużać czas, kiedy jesteśmy offline – mówi.

Dobry rytuał na początek to też wypisanie trzech rzeczy, za które danego dnia jesteśmy wdzięczni lub wybranie tylko trzech naprawdę ważnych rzeczy, od zrobienia których
zaczniemy dzień. No i rytuał oczyszczania umysłu, czyli zapisania tego, co nas frustruje, irytuje czy niepokoi. Po spisaniu wszystkiego umęczony umysł będzie mógł trochę odsapnąć.

I wreszcie – miej czas dla siebie

Gdy Brooke przeprowadziła się z całą rodziną z Blue Mountain w Australii do Kanady, jej rytm i stałe codzienne rytuały stanęły na głowie. – Sprzedaliśmy dom i większość rzeczy, inne rozdaliśmy i wyprowadziliśmy się tutaj. Ale wciąż jest to wyzwanie, bo wiąże się z szukaniem odpowiedzi na takie pytania, jak: co znaczy dla nas dom jako miejsce. Bo nasz dom teraz jest tymczasowy – chcemy podróżować po Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Ciekawi mnie, jak to na nas wpłynie, co się stanie z całą ideą życia slow – wyznaje Brooke.

W jej życiu naprawdę wiele się zmieniło. Choćby to, że dzieci przerwały naukę w szkole
i teraz uczą się w domu. – Ja sama uczę się cierpliwości. Trzeba jej wiele, by w sytuacji
braku stabilizacji odnaleźć swój rytm. Na szczęście przez lata rozpracowywałam, jaki układ
dnia mi pasuje i co jest dla mnie najlepsze – mówi Brooke. – Teraz nasz dzień wygląda tak: wstaję rano i pracuję albo medytuję – mam czas dla siebie. Potem budzą się dzieci,
jemy śniadanie i wspólnie uczymy się. Po południu zwiedzamy okolice albo po prostu wychodzimy na dwór. Wtedy też mój mąż zaczyna swoją pracę, jest freelancerem i pracuje
dla klientów z Australii, trwa to więc zwykle do 22.00. W tym czasie ja kładę dzieci i mam wolne. Na razie to działa.

Brooke McAlary, żona, matka, pani domu, autorka bloga slowyourhome.com oraz książki „Prostota. Siła codziennych rytuałów”.

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze