fbpx

Świat dla naszych dzieci

Świat dla naszych dzieci
Kryzys wodny, degradacja gleb i lasów, kryzys żywnościowy, kryzys uchodźczy… To się nawarstwia i w pewnym momencie przekroczy zdolność adaptacji systemu, który stworzyliśmy. (Fot. Drone in Warsaw)

Nie możemy żyć w oderwaniu od sygnałów, które wysyła nam Ziemia. Susze, pożary, epidemie to znaki. Powinny nas skłonić do zadbania o świat, w którym będą żyły nasze dzieci i wnuki. Prof. Szymon Malinowski, fizyk, bohater filmu „Można panikować” i twórca portalu naukaoklimacie.pl, walczy o zrozumienie zagrożeń dla Ziemi na każdej płaszczyźnie: intelektualnej, emocjonalnej, medialnej.

Można czy należy panikować, panie profesorze?
Panika jest potrzebna, choć, oczywiście, przeszkadza w racjonalnej reakcji na zagrożenie i sama jest reakcją najczęściej nieskuteczną. Ale człowiek nie może nie wpadać w panikę, gdy pozna najważniejsze zagrożenia klimatyczne, gdy zda sobie sprawę ze skali tych wszystkich rzeczy związanych z klimatem. Oczywiście, należy panikę opanować i zacząć działać racjonalnie. Poczucie zagrożenia i lęk – tak. Paniczny paraliż – nie.

„Te wszystkie rzeczy związane z klimatem” – czyli? Proszę wymienić trzy pańskim zdaniem najważniejsze.
Po pierwsze, szybko może nam zabraknąć wody, po drugie, może nam zabraknąć żywności, po trzecie, może nam zabraknąć wszystkiego, na czym opiera się dzisiaj zorganizowana cywilizacja, w której żyjemy, i która uczyniła nasze życie takim, jakie znamy, więc stosunkowo bezpiecznym i dobrym.

Wojna o wodę, wojna o zasoby?
To jedna z możliwości zależąca od działań ludzkich, ale ja mówię o fizycznych podstawach tego, co może się zdarzyć: systemy biologiczne, które dają nam najważniejsze zasoby, podtrzymują nasz byt, załamią się. Owe systemy pewnie kiedyś się odrodzą, ale z naszego punktu widzenia będzie to mało istotne…

Bo ludzkość wyginie.
Tak. W takim wypadku zginie większość ludzi. Zniknie świat, jaki znamy.

I powstanie świat z „Mad Maxa”.
Albo z „Planety małp”, „Łowcy androidów” czy „Diuny”. Tak możemy sobie teraz wyobrażać to, co prawdopodobnie nas spotka. Tyle że to, o czym mówimy, nie jest czymś z kategorii science fiction.

Film „Można panikować” [jest dostępny w serwisie YouTube oraz będzie można obejrzeć go jesienią na festiwalu Docs Against Gravity – przy. red.] odwołuje się do pańskich osobistych doświadczeń, do pańskiego życia jako naukowca fizyka, który widzi i wie więcej niż przeciętny człowiek i bywa z tą wiedzą/świadomością samotny. Nie czuje się pan trochę jak taki wieszcz, który „woła na puszczy”, mówi coś o armagedonie, o katastrofie, a ludzie mijają go obojętnie, bo pędzą sobie dokądś we własnych sprawach…
Pomysł filmu opiera się na założeniu, że do ludzi docierają różne rzeczy i potrzeba różnych rodzajów komunikacji. Od lat prowadzę razem z garstką przyjaciół i współpracowników naukowców stronę naukaoklimacie.pl, wydaliśmy książkę, mamy wykłady i odczyty. Wielu naukowców na świecie zajmuje się popularyzacją tej wiedzy. Problemem jest, że te klasyczne formy nie docierają do wszystkich, powiedziałbym, że ze względu na swoją naukową specyfikę docierają do nielicznych. Dlatego Jonathan Ramsey, reżyser filmu, przekonał mnie do zrobienia czegoś, co jest emocjonalne i wiąże się z naszymi osobistymi doświadczeniami, różnymi skądinąd. I takie było założenie stojące za filmem, założenie, którego wdrożenie nie było dla mnie łatwe, bo nie jestem ani przyzwyczajony, ani przygotowany do tego rodzaju przekazu. Z obawą czekam na reakcje.

Ostatni rok pokazał, że katastrofy klimatycznej, która stoi za progiem, bardziej boją się czy są świadomi ludzie młodzi: pojawiła się Greta Thunberg, młodzieżowy strajk klimatyczny… Starsi też przecież widzą, że klimat się zmienia, że nie ma śniegu, że jest susza i tak dalej. Są egoistyczni czy pragmatyczni, głupi czy bezradni?
Jest bardzo wiele poziomów tego zjawiska. Pierwszym i podstawowym jest problem z uświadomieniem sobie i zrozumieniem związków przyczynowo-skutkowych. Nie widzimy, że jeśli nie ma śniegu, to będzie problem z wodą latem, i będzie się to wiązało z brakiem żywności czy kłopotami z dostawą prądu, a prąd zapewnia nam wszystko. Żyjemy w oderwaniu od sygnałów, które łączą się w pewien łańcuch… Przyroda daje nam sygnały, które zauważa niemal każdy, nie potrafimy ich jednak przetłumaczyć sobie na związki przyczynowo-skutkowe.

„A widzą wszystko oddzielnie…” – jak w wierszu Tuwima.
Tak, brak łączenia przyczyn i skutków to pierwszy element, który utrudnia działania uświadamiające, ułatwia natomiast wyparcie zagrożenia ze świadomości: „Co nam szkodzi, że coś tam, trudno, będzie lepiej”. Kiedy wybieramy polityka, najważniejsze wydaje się, żeby zapewnił pieniądze w portfelu, a nie – znając sytuację klimatyczną – zadbał o przyszłość moją i mojej rodziny w dłuższej perspektywie. Młodzi ludzie może patrzą właśnie w dłuższej perspektywie, nie przygniotła ich jeszcze proza życia, nie wystarcza im teraźniejszość.

Jak można budować kompromis pomiędzy polityką, która doraźnie „widzi” świat w perspektywie jednej lub dwóch kadencji parlamentarnych, a patrzeniem dalej – na to, co czeka nasze dzieci. Moja córka żartuje czasem: „Mam się uczyć? Po co? Po co mi studia, skoro za 20 lat świat się skończy?”. A politycy nadal uznają węgiel za dobro narodowe.
To wciąż to samo: niedostrzeganie lub niebranie pod uwagę w życiu gospodarczym przyczyn i skutków. Krótko mówiąc, nie płacimy odpowiednio za mnóstwo różnych rzeczy. Nie bierzemy pod uwagę tego, że zasoby są ograniczone, że żywotność natury jest ograniczona i że nasza zdolność do przetrwania w innym świecie też jest ograniczona. Tego nie bierze się pod uwagę w żadnym rachunku ekonomicznym i dlatego za to nie płacimy. Nie mamy żadnego bodźca, by te sprawy traktować poważnie. Interesuje nas, jak kupić taniej telewizor czy cokolwiek, a nie jak kupić tak, by zainwestować jednocześnie w przyszłość planety i nas samych. Biznesmeni czy politycy patrzą tylko na „cenę finansową”, a nie na realne – choć odłożone w czasie – koszty, na zużywaną naturę. Dopóki sobie tego nie uświadomimy i nie będziemy traktować konieczności „amortyzacji” usług natury jako jednej z przesłanek codziennych decyzji, dopóty będziemy zmierzać tam, gdzie w pewnym momencie przyroda zrobi „stop” i wszystko, co zbudowaliśmy i stworzyliśmy, by zapewniać sobie dobre, wygodne życie, przestanie działać.

W pewnym momencie, czyli kiedy – przy założeniu, że nie zmienia się nic?
To zawsze jest proces.

Pozornie niezauważalny jak ruch wskazówek zegara.
Tak jest. Nie będzie tak, że coś nagle się stanie i natychmiast wymrzemy. Dzisiaj przeżywamy problemy związane z epidemią koronawirusa i okazuje się, że mnóstwo rzeczy, o których nie wiedzieliśmy, że są połączone właśnie związkami przyczynowo-skutkowymi, nagle zaczyna odgrywać kolosalną rolę. Nastąpił kryzys łańcuchowy, właściwie seria kryzysów. Z postępującą zmianą klimatu jest podobnie: tu kryzys energetyczny, tam kryzys wodny, degradacja gleb i lasów, kryzys żywnościowy, kryzys uchodźczy… To się nawarstwia i w pewnym momencie przekroczy zdolność adaptacji systemu, który stworzyliśmy, i istnieje prawdopodobieństwo, że wszystko się rozsypie, bo to jest piramida – kiedy zniszczymy podstawy, nie będzie możliwości, by dalej stała.

Mówi pan często, że ludzie – niestety – mają poglądy, a nie mają wiedzy. Co to znaczy? Budują poglądy, nie opierając się na wiedzy? To na czym je budują?
Na doświadczeniu życia codziennego. Wykonują określoną pracę, dostają za nią zapłatę, dostają świadczenia, robią interesy, uzyskują dochody. To zapewnia podstawy bytu im i ich rodzinom. Wystarczy mieć regularne przelewy na konto, bo wszystko inne dzieje się „samo”: żywność „sama” pojawia się w sklepie, woda „sama” pojawia się w kranie, wystarczy wykonać „pstryk” i pojawia się rozrywka czy wiadomości. Żeby wiedzieć, jak to działa, trzeba wykonać trudną i żmudną pracę umysłową. Niektóre połączenia daje się zauważyć, inne trzeba sobie dopowiedzieć. I łatwo ulec pokusie najłatwiejszego wytłumaczenia tego, czego się nie wie. Coś nie działa? Ktoś musiał mieć w tym interes, jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a słyszałem, że …

Nie wiem, czyli nie muszę nic robić. I może za tą udawaną niewiedzą stoi i chciwość, i apetyt na życie. Dlaczego mam rezygnować z jazdy samochodem z dużym silnikiem albo nie wycinać lasu, by sprzedać deski i kupić sobie ten samochód…
To ten mechanizm wyparcia, pójścia na łatwiznę z wiarą, że „może i tak, ale czemu ja”, albo usprawiedliwieniem: „Wszyscy tak robią”. Żeby zrobić coś naprawdę, wyjść poza mechanizm bezwładności i samousprawiedliwienia, trzeba mieć świadomość i wolę, które mogą przełamać wyparcie.

To poedukujmy trochę. Co to jest właściwie efekt cieplarniany – oprócz tego, że wzrasta średnia temperatura?
Efekt cieplarniany to zjawisko związane z transmisją promieniowania przez atmosferę. Jednym z podstawowych praw przyrody jest to, że każde ciało o temperaturze innej niż zero absolutne promieniuje: i człowiek, i Ziemia, i Słońce. Promieniowanie termiczne niesie ze sobą energię, którą odczuwamy w formie ciepła. Efekt cieplarniany to zjawisko utrudniające ucieczkę promieniowania ziemskiego, ciepła, z naszej planety. Ze względu na to, że zmieniamy skład powietrza i własności przenikania tego promieniowania ziemskiego przez atmosferę, powodujemy, że efekt cieplarniany ulega wzmocnieniu.

Robimy sobie nad planetą taki klosz. I dzięki temu jest cieplej, i można zużywać mniej węgla do ogrzewania – tak twierdziło Ministerstwo Edukacji Narodowej w materiałach, o których przeczytałem na stronie naukaoklimacie.pl. To jeden z mitów, z którymi rozprawiają się państwo na swojej stronie. Jest tych mitów ponad 200. Gdyby miał pan wymienić trzy najbardziej szkodliwe…
Pierwszy jest zasadniczy i głosi, że człowiek i jego „dzieło”, czyli to, co zbudował, nic nie znaczy dla natury, że ocieplenie nie ma genezy antropogenicznej, że jesteśmy takimi małymi mróweczkami, które dłubią sobie coś i nie mają wpływu na otoczenie. To, oczywiście, jawna bzdura i nieprawda, wygodne złudzenie. Drugi mit, bezpośrednio związany z pierwszym, jest taki: jeśli mamy tak znaczący wpływ na środowisko to i tak z tym, co się dzieje, nic nie możemy zrobić. Człowiek ma taką naturę, tak musi być i koniec. To szczególne przypadki mechanizmu wyparcia.

„Czyńcie sobie ziemię poddaną”.
Tak. Ten mit przejawia się w różnych formach: albo że tak musi być, że się nie da inaczej, bo życie społeczne nie może się zmienić, albo że tak było od zawsze i już. Trzeci szalenie groźny mit, paradoksalny, mówi, że wystarczy zrobić jedną albo dwie rzeczy, jakieś to czy owo, i znowu będzie dobrze. Przykładowo: zmienić dietę na wegańską albo nie latać samolotem, albo jeździć tylko rowerem. To są ważne rzeczy, ale one nie mogą utrudniać spojrzenia systemowego na problem.

Ale to są pozytywne działania na poziomie człowieka. Rozumiem, że mówiąc o tym, że są w jakiejś mierze mitem, ma pan na myśli to, że one nie wystarczą, że zmiany muszą dokonać się na poziomie zarządzania państwami, kontynentami, światem.
Tak. Nie możemy poprzestawać na rzeczach ważnych, ale w stosunku do całości – małych. Naszą cywilizację, dobrobyt, zbudowaliśmy na pewnym systemie społeczno-gospodarczym. Wszystko, co mamy, oparte jest na jakimś rodzaju administrowania, od dostarczania ciepła, poprzez wyciąganie pieniędzy z bankomatu – wszystko działa na zasadzie organizacji społecznej, gdzie połączone są ze sobą różne elementy. Państwa są organizacją, państwa łączą się w organizacje, mamy organizacje wewnątrz państw i obok nich. Wiara, że indywidualne działania bez zmian organizacyjnych zahamują dramatyczne wydarzenia, jest nieuzasadniona. Oczywiście, te indywidualne działania mogą ułatwić czy zapoczątkować zmiany organizacyjne i nie można tego lekceważyć.

Zatem nawet dla geofizyka patrzącego na świat w skali planety nasze małe inicjatywy jednak mają sens! Oszczędzanie wody, niejedzenie mięsa, jeżdżenie samochodami elektrycznymi itp.
Tak! To jest ważne, ale w trochę innym wymiarze. Raczej jako gotowość do zmian systemowych i organizacyjnych, wyraz pewnego zrozumienia tych nieoczywistych zależności. Nie mogą jednak uspokajać i być alibi dla niepodejmowania prób zmian systemowych.

Co pan myślał, gdy patrzył w mediach na płonące bagna biebrzańskie?
No cóż, to przykre. Zajmowało opinię publiczną przez parę dni. Powierzchownie. Ale jednocześnie płonęła Syberia, na olbrzymią skalę, wielkie połacie. I niemalże nikt o tym nie mówił. Właściwie trudno w ostatnim czasie znaleźć w mediach cokolwiek innego niż kwestia wyborów czy niewyborów. Zajmujemy się problemami, które sami bez przerwy tworzymy dzień po dniu, a te problemy, które wiszą nad nami i same się nie rozwiążą, zostają zepchnięte gdzieś poza ekran.

Nie ma pan poczucia bezradności? Bezsilności?
Można się poddawać, ale ja zawsze odpowiadam na takie pytanie słowami Młynarskiego: po prostu „róbmy swoje”. Może to coś da. Nie można nie próbować. Z drugiej strony – znajomi socjologowie mówią, że zmiany systemowe są możliwe, kiedy przekona się 3, może 3,5 proc. społeczeństwa. Przekonać to znaczy zaangażować do aktywnego, ofensywnego działania. Większość zawsze będzie obojętna, tak już jest i nie należy się tym zrażać. Nie nauczymy większości ludzi rachunku różniczkowego ani nie zainteresujemy teorią względności, czytaniem Prousta, nawet nie nauczymy przykręcania śrub. To, oczywiście, może być dla takich jak ja dydaktyków frustrujące, ale ludzie są różni. Zmiany są zawsze inicjowane przez mniejszość.

Ma pan dwójkę dorosłych dzieci. Chce pan mieć wnuki?
No jasne.

I nie boi się pan o nie? O to, że będą musiały walczyć o wodę w pejzażu ze wspomnianego „Mad Maxa”? Łatwiej żyć bez takiego lęku…
Na pewno łatwiej. Pytanie tylko, czy to jest lepsze życie… Dlatego powinniśmy robić wszystko, dosłownie wszystko, by nasze wnuki miały szanse na życie nie gorsze niż nasze.

Szymon Malinowski, prof. dr hab., fizyk atmosfery, specjalista z zakresu fizyki chmur i opadów. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Współzałożyciel portalu naukaoklimacie.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze