fbpx

Kobieca przyjaźń – najlepsza życiowa inwestycja

Temat miesiąca: Na dobre i na złe
Kobiece więzi są instynktowne i odczuwalne niemal na poziomie organicznym. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)

Kto zrozumie mnie lepiej niż inna kobieta? Kobiece więzi są instynktowne, odczuwane niemal na poziomie organicznym. Troską, oddaniem i szczerością możemy je tworzyć dzień po dniu, wiedząc, że to najlepsza życiowa inwestycja.

Zdecydowana większość z nas na pytanie, jaka relacja stanowi o jakości życia i czyni różnicę w tej jakości, odpowiada: „przyjaciółka!”. Utrata przyjaciółki często bywa trudniejszym doświadczeniem niż rozstanie z chłopakiem czy mężem. Kto zrozumie mnie lepiej niż inna kobieta? Kobiece więzi są instynktowne, odczuwane niemal na poziomie organicznym. To przyjaciółce zwierzamy się z najintymniejszych spraw. Opłakujemy straty i świętujemy zwycięstwa. Żalimy się, narzekamy i śmiejemy do bólu brzucha. Dzięki przyjaciółce czujemy się doceniane, podziwiane i zyskujemy poczucie bezpieczeństwa; w jej akceptacji, trosce i miłości chronimy się przed złem tego świata.

Tęsknimy za przyjaźnią prawdziwą. Prawdziwa przyjaciółka jest empatyczna, stara się zrozumieć, co się z nami dzieje. Jest szczera i w przyjaźni nie szuka dla siebie korzyści. Jest hojna, umie dawać i się odwzajemniać. Zna swoje granice. Możemy mieć inny światopogląd – to całkowicie w porządku i nie ma znaczenia w pogłębianiu więzi. Spotykając się z nią, nawet po dłuższej przerwie, natychmiast odczuwamy bliskość.

Prawdziwa przyjaźń wzmacnia, dodaje sił i zaufania. Jest jednak wymagająca: potrzebuje czasu, zaangażowania, wyrozumiałości, oddania, odwagi, wytrwałości. W naszych zapracowanych, pełnych chaosu i sprzeczności czasach stanowi jednak niekwestionowaną wartość, źródło kobiecej mocy, prawdziwą ochronę, wsparcie i radość.

Niespiesznie – historia Marii i Magdaleny

Ich 16-letnia przyjaźń przetrwała trudne chwile – rodzinne choroby i niepowodzenie wspólnego biznesu. W żaden sposób nie naruszyła więzi i zaufania. Maria Pochanke-Gregorowicz i Magdalena Chmielewska opowiadają o zwykłości i nadzwyczajności kobiecej przyjaźni.

Temat miesiąca: Na dobre i na złe
Magdalena Chmielewska i Maria Pochanke-Gregorowicz. (Fot. Albert Zawada)

„Mam skarb obok siebie – ty nim jesteś. Uczę się od ciebie ciszy, spokoju. I tak bardzo cenię twoją uczciwość, prostolinijność, w relacji z tobą nie ma drugiego dna” – Maria.

„Zachwycam się twoją spontanicznością, otwartością, empatią, czułością, dawaniem bez warunków, tak po prostu. Może trochę z tego przejdzie na mnie przez osmozę…” – Magda.

Mieszkają obok siebie, kilka minut drogi. Maria w szeregowcu, Magda w domku na przedmieściach Warszawy. Poznały się 16 lat temu. Były w podobnym wieku, każda miała rocznego synka – Maria Mateusza, Magda Antka. Spotykały się na spacerach, rozmawiały. Ta przyjaźń budowała się powoli, latami. „Jest taka naturalna, zwyczajna – mówią. – A może dlatego wyjątkowa?”. Przez te lata naturalna bliskość w ich relacji rozlała się na obie rodziny. Urodziły się córeczki – Hania Magdy ma teraz 11 lat, Marcysia Marii – dziesięć. Dzieci chodzą do tych samych szkół. Mężowie się przyjaźnią. W ośmioro – dzieci i dorośli – spędzają razem dużo czasu; kawałek świąt, często weekendy, wakacje.

Rozmawiamy o przyjaźni, wspólnocie, wsparciu, obecności w lekki, radosny sposób. Maria i Magda są swobodne; to rozmowa o czymś tak oczywistym jak słońce w lecie i śnieg zimą. Ta przyjaźń po prostu jest, karmi, dodaje sił, podnosi na duchu, wzmacnia. W jaki sposób tworzy się taką bliskość? Co jest istotą przyjaźni między kobietami?

Wasza przyjaźń…

Magda: …jest taka niespieszna. My po prostu rozmawiamy i z tego kobiecego gadania wyłania się stopniowo coś bardzo ważnego, jakiś wgląd, poznanie, zrozumienie, w rezultacie rozwój, rozkwit, wzmocnienie. To tak jak w relacji z dziećmi; gdy dajemy sobie czas, przestrzeń, uwagę, wtedy to, co się odsłania, wszystkie słowa, gesty stają się arcyważne. Najważniejsza wymiana z moją córką odbywa się przy wspólnym gotowaniu albo w łazience, gdy się kąpiemy, a więc niejako przy okazji. Po prostu jesteśmy razem i żywe życie w nas – to, co ważne – właśnie się wyraża.

Maria: Tak, my nigdy nie dzwonimy do siebie z hasłem: „Jestem w biedzie, ratuj!”. To „ratowanie” wydarza się mimochodem poprzez wymianę tego, co w nas żywe. Opowiadam o czymś i czuję, że Magda mnie słucha i słyszy, i wtedy w jakiś pozarozumowy sposób napięcie we mnie rozpuszcza się, wracam do siebie, do swojej pełni. Jest obecna, przyjmuje wszystko, co się we mnie pojawia.

Jak to wygląda w praktyce? Byłyście razem w trudnych chwilach. Siedem lat temu u twojego męża, Mario, zdiagnozowano agresywnego chłoniaka. Trzy lata temu umarła twoja mama. Magda miała „ciemną noc duszy”, gdy odeszła z pracy i poroniła. Jak wygląda wsparcie w takiej przyjaźni jak wasza?

Maria: Magda po prostu była obok. Wiedziałam, że jest.

Magda: Podążałam za tym, co przeżywasz, za twoimi nastrojami. Pamiętam, któregoś razu prosto ze szpitala, gdzie leżał twój mąż, poszłyśmy do teatru i ty się z czegoś śmiałaś, więc śmiałam się z tobą. Nie poddawałaś się, walczyłaś. Podziwiałam cię. Cóż innego mogłam zrobić? Nie mam talentu do pocieszania.

Maria: Nie potrzebowałam pocieszania. Najważniejsza była świadomość, że mogę zadzwonić w środku nocy i opowiedzieć, co się ze mną dzieje, a ty wysłuchasz bez komentowania, analizowania, doradzania. Wysłuchasz w spokoju. Bliska kobieta obok, która mnie widzi – to zmienia wszystko.

Magda: Pamiętam, leżałam w szpitalu po poronieniu. Lekarze chcieli mi dać jakieś supermocne leki, co do których miałam wątpliwości. Nie zgodziłam się, podpisałam stosowne zobowiązanie, że biorę na siebie konsekwencje. Ty dzwoniłaś, dopytywałaś tym swoim kojącym, ciepłym, troskliwym głosem…

Maria: Martwiłam się. Te badania… Skakało ci OB. Czuwałam. Ale też miałam zaufanie do twojej decyzji.

Magda: To dla mnie bezcenne – nieocenianie moich decyzji!

„Zaufanie”, „obecność”, „naturalność” – te słowa powtarzają się w waszej opowieści.

Magda: Nie trzeba się starać i zasługiwać na akceptację, napinać się, zwierać pośladków, żeby być „jakaś”, żeby się wpasować w oczekiwania. W żaden sposób nie włącza mi się autocenzura w naszej relacji.

Maria: Ja też czuję się bezwarunkowo akceptowana. Jest tak po prostu – nie doszukujemy się ukrytych motywacji w zachowaniach względem siebie, nie robimy nic przeciwko sobie, mamy czyste intencje.

Ciekawi mnie zwyczajność tej przyjaźni…

Magda: Maria dzwoni ze sklepu, czy mi coś kupić, a potem, jadąc po dziecko do szkoły, wiesza mi rybę na parkanie. Dzwonimy do siebie codziennie.

Maria: Wpadamy na wieczór na lampkę wina, żeby chwilę pobyć razem. Miałyśmy etap wspólnego szydełkowania.

Wy, nowoczesne dziewczyny, pracownice korporacji?!

Maria: Tak, obie zaczynałyśmy od korporacji. Magda po psychologii pracowała w międzynarodowej firmie badania rynku, ja byłam dyrektorką sprzedaży w fińskiej papierni. Potem urodziłyśmy dzieci i postawiłyśmy na proste życie, dom, radość z macierzyństwa. Ja zaczęłam lepić z gliny, wyrabiać biżuterię, szydełkować. Dużo rozmawiałyśmy i z tych rozmów zrodził się pomysł wspólnego biznesu.

Magda: Doszłyśmy do wniosku, że chcemy połączyć pasję z życiem rodzinnym. To miało być proste, powolne życie; żeby się nie szarpać, żebyśmy nie były znerwicowanymi matkami. Wynajęłyśmy piękne miejsce w okolicy i postanowiłyśmy stworzyć „dom spotkań”, w którym odbywałyby się warsztaty, promocje książek, wystawy sztuki. Coś, co służy ludziom, promieniuje dobrą energią na społeczność.

Po dwóch latach działalności okazało się, że wszystko gra poza kasą.

Magda: Ja się wycofałam, Maria została. Nie było pracy dla nas obu.

I to nie zagroziło przyjaźni?

Maria: W żadnym wypadku! Przecież robiłyśmy, co w naszej mocy! Miałyśmy dużo dobrego czasu razem, mnóstwo rozmawiałyśmy, co jeszcze mocniej zbliżyło nas do siebie.

Magda: Włożyłyśmy w to przedsięwzięcie własne pieniądze, chyba trochę straciłyśmy, ale nawet do końca nie rozliczyłyśmy tych strat – która dała więcej, która mniej…. Czy to ważne? Miałyśmy cenne doświadczenie, zawodowo poszłyśmy dalej już osobno.

Ty, Mario, kończysz studia na Uniwersytecie SWPS z psychologii klinicznej, Magda zaczęła pisać artykuły do pism. A przyjaźń dalej trwa.

Maria: To dzięki Magdzie studiuję. Przez te wszystkie lata polecałaś mi książki, rozmawiałyśmy o zagadkach istnienia, o tym, co się z nami dzieje, jak przeżywamy życie, co jest ważne, co nas karmi, jak sobie radzimy – że postanowiłam to zgłębić.

Magda: Zawsze ci mówiłam, że to coś dla ciebie! Masz niesamowite talenty – otwartość na ludzi, zero lęku przed trudnymi przeżyciami. Byłaś wolontariuszką w fundacji opiekującej się chorymi na nowotwory. No i to twoje wielkie serce! Marysia daje! Nieustająco. Nie znam drugiej tak hojnej osoby. Ileż moje dzieci dostały od ciebie – prezentów, troski, uwagi. Cały czas noszę biżuterię zrobioną przez ciebie, pierścionki, bransoletki, w domu stoją ulepione przez ciebie garnki, uszyte poduszki, uwielbiam te rzeczy.

Afirmujesz Marii talenty.

Magda: Jasne! I ogromnie podziwiam jej miłość do zwierząt, do ludzi, do życia w ogóle.

Maria: Madzia medytuje, ćwiczy jogę. Ja działam szybko, reaguję spontanicznie, często bez zastanowienia. Gdy moja córka miała dwa, trzy latka, powiedziała mi, że chciałaby, żebyś ty była jej mamusią, bo jesteś spokojna. Popłakałam się. A potem pomyślałam, że mam skarb obok siebie; że ty jesteś tym skarbem. Uczę się od ciebie ciszy, spokoju. I tak cenię twoją wewnętrzną uczciwość, szczerość, prostolinijność; to, że w relacji z tobą nie ma drugiego dna.

Magda: Zachwycam się twoją spontanicznością. Mój spokój czasem dużo mnie kosztuje; zanim zareaguję, zatrzymuję energię w sobie, co może być odbierane tak, że jestem obojętna, zdystansowana. Gdy doświadczam twojej otwartości, empatii, czułości, dawania bez zastanowienia, tak po prostu, wtedy myślę, że może trochę z tego przejdzie na mnie przez osmozę.

Relacje często niszczy brak równowagi w dawaniu i braniu.

Magda: Mam wrażenie, że Marysia więcej daje.

Maria: Nic podobnego!

Jesteście takie różne…

Magda: Marysia razem z naszymi mężami gra w skomplikowane gry planszowe, których ja nie ogarniam!

Maria: Magda w tym czasie czyta skomplikowane książki. A potem opowiada mi, co przeczytała. Dlatego jestem na bieżąco z lekturami. Zerknę na jeden, dwa rozdziały, resztę usłyszę i wszystko wiem. To fantastyczne!

Wasi mężowie zabierają dzieci na wakacyjne ojcowskie wyjazdy, na które wy macie wstęp wzbroniony. Futurolodzy przepowiadają, że świat uratują małe wspólnoty. A wy już taką macie!

Magda: Śmiejemy się, że tak jak istnieją partnerskie miasta, tak my mamy swoją partnerską rodzinę. W ubiegłe wakacje byliśmy razem, w ośmioro – my i dzieci – na dwutygodniowej wyprawie w Gruzji. Przed wyjazdem spotkaliśmy się i każdy zgłosił, jak chciałby spędzić te wakacje. Rozmawialiśmy dopóki, dopóty udało się znaleźć rozwiązania, które zaakceptowali wszyscy.

Maria: Mieliśmy fajne wakacje. A teraz planujemy wyprawę na wyspę Gozo koło Malty. To kolebka kultury matriarchalnej. Pojedziemy we cztery – my i nasze córki. One dorastają, pomału stają się kobietami. To czas tylko dla nas… Już się cieszymy.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze