fbpx

Tkactwo znowu modne – jak odradza się zapomniane rzemiosło

Tkactwo znowu modne. Jak odrodziła się zapomniane rzemiosło
Tkanie (Fot. Marcin Podolec/ materiały prasowe Tartaruga)

Aby stanąć w opozycji do masowej produkcji tekstyliów, w 2017 roku założyły w Łodzi autorską pracownię tkacką Tartaruga. O krosnach ze Szwecji, postprodukcyjnych odpadkach z fabryki dywanów i świadomych konsumentach, rozmawiam z Jadzią Lenart i Wiktorią Podolec. 

Jadzia Lenart i Wiktoria Podolec, przy użyciu tradycyjnych przyrządów i technik, tworzą współczesne kilimy, dywany i dekoracyjne tkaniny. Choć na rynku działają od niedawna, zdążyły otrzymać kilka ważnych nagród i wyróżnień, a także zaciekawić innych tym nieco zapomnianym rzemiosłem. Swoją pracownię postanowiły otworzyć w mieście, które zostało zbudowane na tekstyliach, i jak żadne inne miejsce w Polsce, nie kojarzy się tak bardzo z tkactwem i przemysłem włókienniczym. 

Tkactwo znowu modne. Jak odrodziła się zapomniane rzemiosło
Od lewej: Jadzia Lenart i Wiktoria Podolec (Fot. Karolina Grabowska/materiały prasowe Tartaruga)

Kto przychodzi do was na warsztaty? Można stworzyć jakiś profil współczesnych tkaczek-amatorek?
Jadzia: Często przychodzą do nas osoby, które szukają jakiegoś weekendowego zajęcia manualnego. Pracują przed komputerem przez cały tydzień i chcą ciekawie spędzić dzień. Niektórzy chodzą na jogę, pracują w glinie, albo z ciekawości, wybierają właśnie tkactwo.
Wiktoria: To są często osoby, które chcą się zrelaksować i porobić coś rękami. Na co dzień pracują w korporacji i brakuje im sprawczości, fizycznych efektów swojej pracy.
Jadzia: Przychodzą też do nas warsztatowicze z zajawką na tkanie. Często wcześniej wyszukują w Internecie różne szalone makatki i inne tkackie pomysły i bardzo chcą się tego nauczyć.

Jak szybko można poznać najbardziej podstawowe techniki tkania?
Jadzia: Najczęściej warsztaty, które prowadzimy trwają pięć godzin. W tym czasie można się już czegoś nauczyć, nie zmęczyć i zrobić taką małą tkaninę od podstaw. Niektórzy od razu szybko załapują i wtedy świetnie im to idzie, inni potrzebują trochę więcej czasu. 

Jak duże jest zainteresowanie takimi warsztatami? Jakie osoby przychodzą do was tkać?
Wiktoria: Przed czasem pandemii, miałyśmy takie warsztaty raz, czasem dwa razy w miesiącu, na każdych było około piętnastu osób. Przychodzą głównie dziewczyny w wieku od dwudziestu do czterdziestu lat.
Jadzia: Zdarzało się też, że wpadały do nas pary, czasem mama z córką, siostry, czy dwudziestoletnia wnuczka z babcią, i to było naprawdę super! 

Sprzedajecie na swojej stronie małe krosienka do domowego użytku. Pamiętam takie zestawy z czasów mojego dzieciństwa. Czy te małe krosna wzięły się z potrzeby waszych klientów?
Jadzia: Zaczęło się właśnie od prowadzenia warsztatów tkackich, po których pojawiały się pytania, czy można takie zestawy do tkania kupić. Często uczestnikom tak się podoba tkanie, że po warsztatach chcą dalej pracować na krosnach w domu. Nas to oczywiście bardzo cieszy! To bardzo satysfakcjonujące zarażać tkacką pasją coraz więcej osób. 

A skąd wzięły się krosna, które macie w swojej pracowni? Czy łatwo je znaleźć?
Jadzia: Większość to maszyny sprowadzane ze Szwecji. W latach 60 i 70. każdy miał tam w domu krosno. Tak jak każdy robił na drutach w Polsce, tak tam było modne tkanie. W pewnym momencie te krosna przestały być używane, zaczęły zajmować piwnice albo leżały nieużywane na strychach. Są osoby, które zajmują się sprowadzaniem ich do Polski, ale wystarczy wejść na takiego szwedzkiego OLX i tam zdarza się, że ludzie oddają je za darmo. 

Pamiętacie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłyście krosno?
Wiktoria: Ja jestem z Bielska-Białej, więc po raz pierwszy widziałam krosno w przedszkolu, w Domu Tkacza. Nie była to wtedy oczywiście jakaś duża fascynacja czy miłość od pierwszego wejrzenia.
Jadzia: Tak świadomie podeszłyśmy do tkania dopiero na studiach na Politechnice Łódzkiej. 

To wtedy postanowiłyście, że będziecie tkać?
Jadzia: Makatki i tkanie ręczne znałam z Instagrama i Pinteresta. Bardzo mi się to podobało, bo wszystko było tam takie kolorowe i puszyste. Pięć-sześć lat temu ten trend był już bardzo widoczny w Stanach, a u nas jeszcze nikt nie interesował się tkaniem.
Wiktoria: Dla nas to też był pewnego rodzaju szok. Porównanie tego, o czym się uczyłyśmy czy co oglądałyśmy w Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, czyli artystyczne tkaniny z lat 60., która są dość poważne i surowe, z współczesnymi, bardzo kolorowymi i eklektycznymi wzorami.
Jadzia: Charakter polskiej tkanin z tamtych czasów wynikał często z braku dostępności do materiałów, a wzory i formy były dyktowane surowcem, który akurat udało się zdobyć. Artyści nie mieli tak wielkiego wyboru przędz, ich kolorów i struktur jak my teraz.
Wiktoria: Zwariowany wzór nie będzie pasował do takich naturalnych materiałów, jak sizal czy jutowy sznurek. Wydaje mi się, że ten duży przeskok, który widać w ostatnich latach, wynika z tego, że ręcznie robionej tkaniny nie było po prostu przez ostatnie dwadzieścia lat. Nie była modna, więc zatrzymaliśmy się na takim wzornictwie lat 80. i 90. Nie było widocznego postępu, tak jak na przykład działo się to ze sztuką plakatu. 

A czy jest jakaś różnica w tkaniu na krośnie starszym a tym bardziej współczesnym?
Jadzia: Wszystkie krosna, które mamy, nie licząc jednego pionowego, są bardzo podobne i różnica jest taka, że krosno jest większe, albo mniejsze, więc można się pod nim wygodnie zmieścić z kolanami, albo nie. Dwa lata temu byłyśmy na kursie tkackim na Podlasiu i tam są krosna, które działają na tej samej zasadzie, ale są robione ręcznie i są troszkę mniej ergonomiczne i bardziej toporne. 

Tkactwo znowu modne. Jak odrodziła się zapomniane rzemiosło
Na zdjęciu pies Bajka oraz kilimy. (Fot. Basia Rochowczyk/materiały prasowe Tartaruga)

Czy Podlasie jest takim współczesnym zagłębiem tkackim? Czy zostały tam osoby, które się tym zajmują zawodowo?
Wiktoria: W okolicach Janowa tych zawodowych tkaczek może być osiem – dziesięć i to są wszystkie osoby, które znają tę technikę.
Jadzia: To jest trochę inna technika niż ta, którą my się zajmujemy. Na tych krosnach, które my mamy, można robić dywany, czyli bardzo sztywne, grube i wytrzymałe tkaniny. Gdyby inaczej dostosować krosna, zmienić ich parametry, to można by na nich tkać szale, tkaniny na sukienki albo makatki.
Wiktoria: Dlatego specjalnie kupiłyśmy też takie dwa małe krosna do eksperymentów i próbek. Żeby zmienić wszystkie parametry krosna, na przykład wymienić grzebień, gęstość strun, inaczej podwiązać podnóżki, trzeba nieraz poświęcić na to kilka dni, żeby w ogóle zacząć tkać.

Teraz zauważyłam, że wasze krosna mają imiona.
Jadzia:Wcześniej, jak miałyśmy jedno czy dwa, to nie było problemu, ale jak zrobiło się ich dziewięć, to stwierdziłyśmy, że musimy je jakoś rozróżniać. 

Wiem już skąd pochodzą wasze krosna, a skąd bierzecie surowce do swoich tkanin?
Wiktoria: Pracujemy w wełnie i bawełnie, które kupujemy w polskiej przędzalni oraz na osnowie lnianej, którą mamy z lnu estońskiego i litewskiego. Wełna i bawełna w 90 proc. pochodzi z recyklingu, to są postprodukcyjne odpady i końcówki z produkcji dywanów. One są już przygotowane w gotowych kolorach, staramy się wykorzystywać to, co jest już wyprodukowane. Czasem farbujemy coś same. Na przykład ostatnio farbowałam wełnę na kolor różowy, jak dotąd nie udało nam się dostać odpadów w tym kolorze. Najczęściej dostajemy różne odcienie czerwieni, bordo, musztardowe, niebieskie i granatowe, szarości. Mało popularny jest fioletowy, a tego różowego nie było wcale. Często robimy z tego, co nam się uda zdobyć i dopiero jak wybierzemy kolory, to tworzymy projekty.
Jadzia: W czasie pandemii wszystkie zakłady stały, także nie było też żadnych odpadów, z których mogłyśmy skorzystać. Teraz powoli wszystko wraca do normy, rusza też produkcja, pojawią się więc odpady, z których będziemy mogły tkać. 

Tkactwo znowu modne. Jak odrodziła się zapomniane rzemiosło
Warsztaty tkackie. (Fot. Dorota Kaszuba/materiały prasowe Tartaruga)

Ile czasu powstaje jeden kilim?
Wiktoria: Bawełniany robi się około dwudziestu godzin, to wychodzi tak trzy-cztery dni przy krośnie. Tam, gdzie wzór jest bardziej skomplikowany, na przykład są litery, a kilim jest wełniany, to praca zajmuje nawet czterdzieści godzin. Z wełny można robić drobniejsze i bardziej szczegółowe wzory.
Jadzia: Największy dywan o wymiarach 150 cm na 220 cm powstawał około trzech i pół tygodnia. 

Jak wygląda wasz dzień w pracowni? Ile czasu spędzacie przy krosnach?
Jadzia: Teraz staramy się to robić mądrze, więc nie przekraczamy sześciu godzin pracy przy krośnie. Miałyśmy taki moment, że tkałyśmy nawet po dziesięć godzin dziennie, bo akurat było jakieś zlecenie. Tkanie to jest jednak ciężka fizyczna praca i po dwóch tygodniach zaczynają wysiadać ci stawy, nie jesteś w stanie podnieść ręki, tak wszystko cię boli. Wtedy trochę przeszarżowałyśmy, dlatego przerzuciłyśmy się na krosna poziome, na których tka się przyjemniej i skróciłyśmy trochę czas pracy.
Wiktoria: To faktycznie jest dość obciążające dla organizmu, bo tkaniny, które robimy są typowo ciężkie i trzeba włożyć w to tkanie sporo fizycznej siły. 

A ile powstaje egzemplarzy z każdego projektu? Czy można zamówić coś wyłącznie dla siebie?
Jadzia: Na swojej stronie mamy kilkanaście autorskich wzorów o różnym charakterze, wszystkie kolekcje są limitowane. Robimy na przykład trzy wymiary dywanów, w każdym rozmiarze tkamy tylko cztery sztuki. Jak wszystkie się wyprzedadzą, to nie robimy kolejnej partii. Często też wprowadzamy zmiany w dostępnych wzorach, gdy komuś zależy na innej długości lub kolorze.
Wiktoria: Projektujemy też indywidualnie. Na przykład ostatnio robiłam projekt dla pana, który ma trzy psy i on chciał mieć kilim z nimi wszystkimi. 

Tkactwo znowu modne. Jak odrodziła się zapomniane rzemiosło
Pracownia Tartaruga (Fot. Tomek Kaczor/materiały prasowe Tartaruga)

A kim są wasi klienci?
Wiktoria: Są dwa typy. Część naszych odbiorców to jest taka grupa świadomych konsumentek, które chcą wiedzieć, co kupują, kto i z czego to zrobił. Są to ludzie, którzy kupują polską ceramikę, plakaty i urządzają swoje wnętrza bardzo świadomie. A druga grupa to często osoby na emeryturze, które pamiętają te klimy z czasów swojej młodości i kupują je z sentymentu. Poza tym znają wartość rzemiosła, pamiętają je z Cepelii, doceniają pracę, którą wkładamy w wykonanie kilimu i chcą nas wesprzeć. Często też zdarza się, że rodzice kupują kilimy na ślub dzieci w ramach prezentu.

 Gdy zakładałyście Tartarugę, to myślałyście, że będzie to firma, która będzie was utrzymywać?
Wiktoria: Chciałyśmy, żeby tak było, ale nie wiedziałyśmy, jak to wyjdzie. Dałyśmy sobie dwa lata na rozruch firmy, na początku oczywiście było dużo pracy, ale nie było jakiś większych dochodów. Ale za to miałyśmy od razu bardzo dobry odzew, pojawiły się nagrody i historia naszej pracowni i to, czym się zajmujemy, okazała się ciekawa dla ludzi i mediów. Bardzo nam to pomogło. Robimy też bardzo niszowy produkt, nie mamy w Polsce, a nawet w Europie dużej konkurencji, co sprawia, że jest też mała świadomość, że coś takiego istnieje.
Jadzia: Ten brak konkurencji ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony nie musimy walczyć z wieloma innymi markami o swoje miejsce, ale z drugiej strony, konsument nie wie, że tego kilimu potrzebuje i my dopiero musimy mu pokazać, że coś takiego istnieje. Takich rzeczy długo nie było na polskim rynku. Coraz więcej osób ma świadomość, że ręcznie wytwarzana ceramika będzie droższa, bo jest unikatowa, bo jej zrobienie zajmuje więcej czasu. A tu jest taki dywan i o co chodzi? To budowanie świadomości naszego produktu zajęło nam najwięcej czasu.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze