fbpx

Belfast – wypłynąć na „Titanicu”

Belfast - wypłynąć na "Titanicu"
Getty Images / Flash Press Media

Podzielona krwawymi walkami stolica Irlandii Północnej przez całe dekady była jak tonący „Titanic”. To porównanie tym trafniejsze, że największy i najbardziej luksusowy parowiec na świecie powstał właśnie w stoczni w Belfaście. Dziś miasto rozkwita, przyciągając coraz więcej turystów. Spora w tym zasługa nieszczęsnego transatlantyku


Tego dnia każdy chciał go zobaczyć. Był 31 maja 1911 roku, na nabrzeżu u ujścia rzeki Lagan zebrało się sto tysięcy ludzi. Przyszli podziwiać „nowy cud świata” (jak go wówczas nazywały gazety), który po trzech latach budowy opuszczał halę stoczni Harland & Wolff. 270 metrów długości, ponad 45 tys. ton. Kiedy stalowy kolos wypływał z doku, ludzie wiwatowali. Euforia była przedwczesna. W momencie wodowania „Titanic” przypominał bardziej górę stali niż statek pasażerski. Tuż po zakończeniu uroczystości flotylla holowników wciągnęła go z powrotem do suchego doku, bo trzeba było jeszcze zamontować wewnątrz maszynerię i postawić kominy. Większość widzów nie zdawała sobie sprawy z mistyfikacji. Ale nawet w grupie wtajemniczonych nie znalazł się chyba nikt, kto by przypuszczał, że niecały rok później statek ulegnie katastrofie, obrastając ponurą legendą. Nikt z obecnych nie mógł też przeczuwać, że miasto, w którym powstał słynny transatlantyk, kilkadziesiąt lat później w pewnym sensie podzieli jego los.

Belfast tonie

Od 96 lat „Titanic” przyciąga ludzi jak magnes. Przedmioty z nim związane osiągają na aukcjach zawrotne ceny. Tak jak choćby niepozorny kluczyk do jednego z pomieszczeń na pokładzie, który w zeszłym roku wylicytowano za 90 tysięcy funtów (przetrwał dlatego, że jeden z członków załogi zapomniał zabrać go w rejs). Na całym świecie działa trzysta muzeów poświęconych osławionemu transatlantykowi. A Belfast? Tuż po tragedii opłakiwał ofiary. Zdążył im jeszcze wystawić w 1920 roku pomnik, który stoi przy miejskim ratuszu, ale o żadnym muzeum nie było mowy. Do niedawna w całym mieście próżno było szukać dowodów na to, że „Titanic” pochodzi stąd.

Stolica Irlandii Północnej miała powody, aby nie przyznawać się do statku. Przez lata pokutowała teoria, że winę za katastrofę w dużej mierze ponoszą stoczniowcy, którzy dopuścili się zaniedbań. Stoczniowców nie miał kto bronić, a nawet jeśli podejmowano takie próby, wkrótce i tak pytanie, kto przyczynił się do tragedii statku, nie miało już dla mieszkańców miasta większego znaczenia. Przez ponad trzy dekady o wiele realniejszym problemem były bomby, które wybuchały na ulicach. Nikt, kto nie musiał, do Belfastu nie zaglądał. W konflikcie między katolicką Irlandzką Armią Republikańską (IRA) a probrytyjskimi protestantami zginęło 3600 osób, ponad 20 tysięcy zostało rannych.

Sami Irlandczycy o tych najgorszych czasach mówią, używając terminu „kłopoty” (ang. The Troubles), choć słowo „katastrofa” z pewnością byłoby bardziej na miejscu. Dziś, 11 lat po podpisaniu Porozumienia Wielkopiątkowego, które przerwało walki, Belfast ma inne oblicze. Szybko stał się zachodnioeuropejską metropolią przyciągającą turystów. Niemała w tym zasługa „Titanica”. Władze miasta z radością przyjęły wyniki najnowszych badań, z których wynika, że budowniczy statku wykonali pracę bez zarzutu. Właśnie takiej reklamy potrzebował rozwijający się Belfast. Specjaliści od promocji miasta wzięli się do roboty. Działali z podobnym rozmachem co projektanci parowca giganta. Z o niebo lepszym skutkiem.

Złoty interes?

Statki powstawały w Belfaście już 300 lat temu, ale rozkwit miasta przypadł na drugą połowę XIX wieku, kiedy otwarto stocznię Harland & Wolff. Nad stolicą Irlandii Północnej nadal królują Samson i Goliat – stalowe żurawie z inicjałami H&W. Ale wiekowa stocznia lata świetności ma już za sobą. Za to na sporej części jej dawnych terenów jest dzisiaj ogromny plac budowy. „Titanic Quarter” zostanie oddany do użytku w stuletnią rocznicę zatonięcia legendarnego statku. W skład potężnego kompleksu budynków będą wchodzić biurowce, galerie handlowe, nowoczesne centra kulturalno-rozrywkowe, pawilon w całości poświęcony „Titanicowi”, a także hotel będący repliką statku.

Już dzisiaj na udostępnionej publiczności części nadbrzeża można zwiedzać odrestaurowany niewielki parowiec „Nomadic”, na pokładzie którego w 1912 roku przewożono na „Titanica” pasażerów pierwszej klasy. W środku zorganizowano między innymi wystawę kostiumów filmowych ze słynnej hollywoodzkiej produkcji z Leonardo DiCaprio i Kate Winslet w rolach głównych. Biura turystyczne oferują wyprawę szlakiem „Titanica”, a organizowany od sześciu lat w okolicach Wielkanocy Titanic Made in Belfast Festival tylko w zeszłym roku przyniósł miastu milion funtów zysku. Jest wreszcie muzeum poświęcone słynnemu transatlantykowi. Położone pod miastem, kameralne, stanowi tylko niewielką część nowoczesnego i świetnie wyposażonego Muzeum Transportu. Te kilka skromnych sal warto sobie zostawić na koniec. Wśród cudem ocalałych zdjęć, rodzinnych pamiątek i wycinków ze starych gazet legenda potężnego „Titanica” ma inny, bardziej ludzki wymiar.

Spacerkiem przez Belfast

Oczywiście słynny parowiec nie jest jedyną atrakcją turystyczną, którą ma do zaoferowania stolica Irlandii Północnej. Miasto ze swoją wiktoriańską zabudową, otoczone malowniczymi wzgórzami (jedno z nich, przypominające profil olbrzyma, zainspirowało Jonathana Swifta do napisania „Podróży Guliwera”), przyjemnie zwiedza się pieszo. Tutaj wszędzie jest blisko. Jednym z flagowych zabytków Belfastu jest ratusz miejski. Tuż obok stoi ogromne diabelskie koło, zwane Big Wheel, przypominające London Eye.

Bywa, że to atrakcja tylko dla… wilków morskich. Kiedy wiatr od zatoki jest silniejszy, gondolami trzęsie jak na pełnym morzu podczas sztormu. Warto wybrać się na wycieczkę szlakiem pubów. XIX-wieczny Crown Liquor Saloon podzielony jest na boksy. W takim stylowym saloniku, chcąc zamówić kufel guinnessa lub szklaneczkę bushmillsa (irlandzkiej whiskey), musicie wcisnąć dzwonek. Ci, których fascynuje najnowsza, tragiczna historia miasta, muszą wybrać się do zachodniej części Belfastu. Duże wrażenie robią murale upamiętniające bohaterów poległych w walkach, a także peace line, czyli mur oddzielający dzielnicę katolicką od protestanckiej. I chociaż mówi się, że już wkrótce ściana zostanie zburzona, główna brama nadal jest zamykana na noc.