fbpx

Narciarstwo latem

Narciarstwo latem
Materiały prasowe

Dla wielu z nas ulubionym okresem wypoczynkowym nie są wcale wakacyjne, słoneczne miesiące i leżenie na plaży, lecz zima i białe szaleństwo na nartach.
Okres letni dłuży się wtedy w nieskończoność, a gdy już w końcu nadejdzie sezon narciarski, mija niesprawiedliwie szybko i z żalem chowamy narty „za szafę”. Wtedy co prawda, jak pisaliśmy ostatnio, warto dla odmiany popracować nad kondycją i przygotować się odpowiednio do następnego sezonu, ale co zrobić, gdy mamy niedosyt ośnieżonych szczytów i chciałoby się jeszcze choć trochę nacieszyć nartami oraz popróbować lub pouczyć się nowych trików? Otóż jest i na to sposób, przynajmniej tuż po sezonie… Spakujcie więc niezbędne rzeczy (tutaj pomysły, jakie ubrania warto wziąć pod uwagę) i w drogę.

Lodowce

Na początek skoncentrujcie się na tych w Austrii, Francji i Włoszech. Są w relatywnie bliskiej odległości (przynajmniej te austriackie) i nawet wyjazd na „dłuższy weekend” nie jest pozbawiony sensu. Należy jednak pamiętać, że ośrodki narciarskie na lodowcach w okresie późnej wiosny i początku lata nie oferują ani większych przestrzeni, ani atrakcji takich jak w zimie (wysoko w górach śnieg też topnieje), więc trudno niestety mówić o czymś, co rozumiemy jako freeride. Jednak są rzeczy, dla których warto tam pojechać – przedłużyć sobie sezon , podciągnąć swoje umiejętności, a z czasem nawet przeżyć prawdziwą przygodę. Warto zaplanować taki wyjazd i nacieszyć się nieco dłużej ośnieżonymi trasami.

Snowparki

Zwłaszcza dla młodszych narciarzy – skocznie, quatterpipe`y, halfpipe`y, cornery, raile – to już mówi samo za siebie. Trzeba jechać i już. Zwykle jednak osoby, które dotąd miały więcej do czynienia z nartami przez pryzmat skitouring`u i innych aktywności, idących bardziej w kierunku wędrowania czy wspinania się z nartami, mogą wątpić – wybierać się do snowparku czy nie? Pozornie, to żadna propozycja, ale tylko pozornie. Nawet jeśli wcześniej szerokim kołem omijali śnieżne budowle, które mogły spowodować, że narty choć na chwilę straciłyby kontakt ze śniegiem – warto jechać. Czas zmienić podejście i popróbować swoich sił. Oczywiście nikt nie każe od razu uderzać na duże i trudne przeszkody. Na początek zdecydowanie lepiej zacząć od najmniejszych skoczni – „hopek”, na których zwykle bawią się dzieci. Są to małe skocznie z równie niedużym „stołem”[ -płaski odcinek pomiędzy krawędzią progu skoczni a przełamaniem lądowania], które wybijają nie wyżej niż metr w powietrze i na odległość ok. 4-5 m (po paraboli). Po co tego próbować? Przypomnijcie sobie, ile razy zjeżdżaliście gdzieś w żlebie lub w lesie, kiedy nagle linię waszego zjazdu przeciął niewysoki próg skalny, nawis lub inna przeszkoda. Prawdopodobnie wystarczyłoby ją wziąć „na wprost” i przeskoczyć z rozpędu, gdy tymczasem szukaliście jakiejś drogi obejścia lub objechania. Poza tym umiejętność wykonywania nawet niedużych skoków na nartach zagwarantuje wam w przyszłości świetną zabawę i pozwoli czuć się pewniej w trudniejszym terenie. Tym bardziej, że szeroko pojęte narciarstwo „pozatrasowe” zaczyna zataczać koło w historii i dawne wyraźne rozgraniczenie pomiędzy ski tour`ami, freeride`m czy nawet telemarkiem zaczyna powoli się zacierać. Narciarze, których dawniej widać było w górach tylko podczas pokonywania „linii w dół” (na górę dostawali się wyciągami, skuterami czy innymi środkami lokomocji) dzisiaj często się widzi, jak na swoich szerokich nartach i w pancernych butach podchodzą mozolnie na fokach. Z drugiej strony – osoby, które do tej pory kojarzyły się z zawodami w skialpinizmie coraz częściej można spotkać ubranych w luźniejsze ubrania, a ich narty – kiedy nie trenują, ani nie startują w zawodach – też są jakby dużo szersze. W dodatku, w ramach walki z nudą i rutyną, zamieniają utarte i wyszlifowane trasy treningowe na bardziej dziewicze zbocza, żleby czy lasy, wymagające technicznej jazdy… Lecz aby próbować takich nowych rzeczy, warto wcześniej poświęcić trochę czasu na poskakanie na małych skoczniach…

Jak konkretnie się do tego zabrać? Na pewno nie musicie robić żadnych tricków (przynajmniej na początku ). Waszym celem w tym momencie jest opanowanie najeżdżania na skocznie, utrzymanie stabilnego lotu i bezpieczne lądowanie. Wybierzcie sobie małą skocznię (łatwo je znaleźć!) i spokojnie przejedźcie całą trasę najazdu i lądowania. Bardzo ważne – pierwszym razem jeszcze bez najeżdżania na skocznie i bez skakania. Chodzi o to, żeby w pierwszym momencie wyczuć jak „szybki” jest śnieg na najeździe i wyczuć kąt spadku przy naszym lądowaniu. Możecie powtarzać wasze przejazdy tyle razy ile potrzebujecie, żeby czuć się pewniej – zwłaszcza w strefie lądowania [za końcem płaskiego odcinka tzw. stołu zaczyna się strome miejsce, do którego powinniśmy dolecieć]. Przejeżdżając przez tzw. „stół” z większą prędkością powinniście czuć, że na chwilę wybijacie się w powietrze i opadacie na idealny kąt strefy lądowania. Chodzi o to, żeby poczuć, że nie trzeba tłumić uderzenia na płaski śnieg, tylko łagodnie się wśliznąć nartami w kąt lądowania. Swoją drogą warto sobie przypomnieć skoki narciarskie z TV – tak, mogą być te Adama Małysza. Sami z pewnością widzieliście, że skoczkowie nie muszą tłumić lądowania na zasadzie pomidora ciśniętego o beton; oni kończąc swój lot wślizgując się w kąt lądowania. Macie próbować zrobić dokładnie to samo. Próbując wykonać swój pierwszy skok ważne jest, żeby w czasie najazdu na skocznię oraz w czasie lotu i lądowania mieć ręce lekko ugięte cały czas przed sobą. Jeśli tylko na chwilę ręce znajdą się za wami – już przegraliście. Pozycja podczas najeżdżania: lekko ugięte nogi i o czym już mówiliśmy – ręce trzymajcie przed sobą, lekko ugięte w łokciach.

Kiedy najeżdżacie na skocznię, zbliżając się do jej krawędzi poczujecie, że „bierze was na tył”. Musicie to lekko skontrować przenosząc minimalnie ciężar ciała do przodu. Uwaga! ze skoczni nie wybijajcie się i nie podskakujcie w żaden sposób. Po prostu utrzymując cały czas swoją pozycję próbujcie stabilnie przelecieć i wylądować. W czasie lotu możecie próbować podciągnąć nogi – nie da wam to większej skuteczności skakania na obecnym etapie, ale zawsze wprowadza trochę stylu. Lądujecie i gotowe! Jeśli przy lądowaniu się nie przewróciliście – BRAWO! Wasz pierwszy w życiu skok, określany w środowisku freeskiingowym jako „ogór” został właśnie wykonany. Teraz, o ile do tej pory się nie zraziliście – zabieracie się za szlifowanie waszych skoków. Jeśli poczujecie się pewniej, i zechcecie czegoś mocniejszego – możecie spróbować na skoczniach średniej wielkości w snowparku, na całkiem duże skocznie jeszcze się nie zamierzajcie – to zupełnie inna bajka. Przyjdzie kiedyś czas i na nie…

Po takim „przeskakaniu” kliku dni będzie mieli już jakąś bazę i wyobrażenie o skakaniu ze skałek, nawisów czy innych niedużych formacji jakie z pewnością zdarzało się wam spotkać podczas narciarskich wypraw. Teraz zamiast traktować je jako przeszkody lub nieudogodnienia, będziecie mogli wykorzystać je jako „stylowy” element waszego przejazdu.

Jeszcze o samej specyfice jeżdżenia i skakania w snowarkach… W ciągu dnia nawet na większych wysokościach jest już ciepło i świeci słońce (chyba, że akurat jest załamanie pogody, co równie często się zdarza). Rano zwykle śnieg jest zmrożony, twardy i szybki. Gdzieś ok. godziny jedenastej lub dwunastej zaczyna „puszczać” pod wpływem słońca i robi się typowy wiosenny firn. O tej porze warunki do nauki skakania są najbardziej optymalne, ewentualne wywrotki amortyzuje rozmiękający śnieg. Później jednak zamienia się on w nasiąkłą wodą „śnieżną pianę” która skutecznie utrudnia samą jazdę nie mówiąc już o skakaniu.

Jeśli rzeczywiście chcecie pójść w „profesjonalny” freeskiing to z pewnością będziecie musieli zainteresować się posezonowymi alternatywami, oraz opisywanym wcześniej treningiem pomiędzy sezonami. Wbrew powszechnej opinii o narciarzach zawodowcach i tych, którzy podchodzą do tematu poważnie, częściej niż z piwkiem na imprezie spotkacie ich pewnie na siłowni, gdzie w pocie czoła cisną sztangi, lub na batucie – latających w najprzeróżniejszych aksonometriach, czy biegających po górach. Chcąc robić duże rzeczy, nie ma miejsca na przypadkowość i „freestyle`owy luz”. Zresztą to chyba dotyczy każdej dziedziny życia…