fbpx

Podróż do Argentyny – w kierunku wolności

Buenos_Aires
123rf.com

Na początku swojej zawodowej drogi robiłam mnóstwo ciekawych rzeczy. Byłam dziennikarką, tłumaczką, uczyłam angielskiego, wspinaczki i nurkowania, byłam członkiem grupy poszukiwawczo-ratowniczej… I nie umiałam z niczego zrezygnować – mówi Beata Maia Gellert tancerka, choreografka, instruktorka tanga argentyńskiego.
Pracowałam od świtu do nocy, a nocą, żeby choć na chwilę się zatrzymać, chodziłam tańczyć tango. Poznawałam wielu ludzi, ale nikogo bliżej. Świat kręcił się w zawrotnym tempie, a ja byłam coraz bardziej zagubiona i bliska depresji. Aż pewnego razu wystąpiłam w pokazie tanga do muzyki kwartetu saksofonowego z Argentyny – De Cote. Zachwycił mnie ich latynoski luz, otwartość i radość życia. Postanowiłam kupić bilet do Argentyny i tam rozwiązać wszystkie swoje problemy.

Po miesiącu w Buenos zorientowałam się, że prawie nie widzę słońca (tańczyłam dniami i nocami), i zdumiałam się, że nic się nie zmienia – znów tłum dalekich znajomych i wrażenie, że jestem niesiona przez wartki nurt, ale nie dokonuję wyborów… Postanowiłam to zmienić – po swojemu. Znów zaczęłam się wspinać, zapisałam na kung-fu, tai-chi, balet i na koniec wróciłam do tanga. Po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że nie będzie jednak moją drogą. Pozycja kobiety w nim, w tamtych czasach, była dla mnie nie do zaakceptowania. I choć dalej nie wiedziałam, co chcę robić, zdałam sobie sprawę, że za nic nie chcę stracić mojej niezależności. Zrozumiałam też, że żadna z dróg, którymi szłam, nie była moją drogą. Pragnęłam czegoś własnego.

Po powrocie do Polski postanowiłam nie wracać do żadnego z zawodów. Wiele osób pytało mnie o lekcje tanga. Bardzo niechętnie zaczęłam uczyć. Swoją metodą – skupiając się na emocjach, ruchu, technice i ciele. Dziś nie zamieniłabym tej pracy na nic innego. Uczę tańca, świadomości ciała, komunikacji ruchem, pracuję indywidualnie, z parami, z grupami. Z ludźmi, którzy chcą tańczyć, i którzy poprzez ruch chcą dowiedzieć się więcej o sobie. Życie stało się soczyste. Taniec ukazuje prawdziwą mnie i to, co jest dla mnie ważne. Przed wyjazdem do Argentyny byłam człowiekiem w stu kawałkach i pilnowałam, żeby coś mi nie uciekło. Odkąd po raz pierwszy poszłam za impulsem: „zostaw, zmień, idź”, nigdy tego nie żałowałam. Ta decyzja dała mi siłę, poczucie sensu i bezpieczeństwa. Słucham siebie i czuję, że żyję. Zamiast iść utartą ścieżką, wydeptuję własną.

W Buenos Aires polecam:

Bary pod szyldem „Asaderia”, np. bar San Cayetano: podają tam narodowy przysmak Argentyny – steki, tak jak od lat jadają je mieszkańcy. To klasyczne bary mięsne, wyglądem przypominające nasze bary mleczne. Smak nie do opisania.

Wizytę w dzielnicach San Telmo, Palermo i Recoleta: są turystyczne, ale jednocześnie zachowały swój charakter.

Choć raz zobaczyć pokaz tanga: jak ognia radzę unikać typowo turystycznych „cena show”, czyli pokazów tanga do kolacji. Lepiej udać się na jedną z milong. Warto odszukać Salon Canning, Nino Bien lub Club Sunderland – zamówić stolik, wypić kieliszek wina i popatrzeć na tańczących, zanurzając się w autentyczną atmosferę milongi. Zazwyczaj na miejscu dostępne są także pyszne przekąski na ciepło.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze