fbpx

Wakacje i kuchnia – co jeść w podróży?

jedzenie w podrozy
123rf.com

Nieprawda, że krewetki wszędzie dobrze smakują, a z Francji koniecznie trzeba przywieźć tamtejszy ser. Co jeść, a czego unikać na wyjeździe?
Grupa polskich turystów odprawia się na lotnisku w drodze na wymarzony turnus w Hurghadzie. Nagle głośno piszczy bramka do wykrywania metali, strażnicy rewidują jednego z globtroterów i zaczynają przeszukiwać jego bagaż. W przepastnym plecaku odnajdują spory zapas konserw, a w kieszeni podróżnego sprzęt do ich rozbrajania. Tenże przez dobrych kilka minut próbuje ich przekonać, że czeka go niechybna śmierć głodowa, jeśli nie pozwolą mu wnieść otwieracza na pokład. Ta z życia wzięta historia dobrze ilustruje podejście wielu polskich podróżników do tego, jak i co jeść na wyjeździe. Oto kilka zasad, którymi powinni kierować się ci, którym nie jest obojętne, co trafia na ich talerz.

Wszystko czyli nic

Przebojem ostatnich lat w polskiej turystyce są wyjazdy, które na stałe przywiązują do hotelowego basenu, czyli tzw. all inclusive (zwane też przez mniej anglojęzycznych „all exclusive”). Polega to na tym, że zostajemy zaobrączkowani kolorową bransoletką, która daje nam przepustkę do świata poślednich alkoholi i takiego też jedzenia serwowanego w dużej częstotliwości. A jak już zapłaciliśmy, to szkoda byłoby, żeby się zmarnowało. Nie odchodzimy więc od hotelowej stołówki, która raczy nas przez dwa tygodnie tymi samymi, bezsmakowymi, pseudoregionalnymi posiłkami przygotowanymi z najtańszych składników.

Moja rada: opuścić mury hotelu i wybrać się na rekonesans lokalnych knajp, by odkryć, co naprawdę jedzą autochtoni.

Szybko i sztampowo

Tu jednak pojawiają się dwa potencjalne zagrożenia: strach i lenistwo. Zaczynamy się bać, czy aby nas tam „w mieście” perfidnie nie otrują. Kończy się więc często na tym, że wchodzimy do najlepiej wyglądającej knajpy, gdzie dania są komponowane pod masowe, „turystyczne” gusta, a ceny zwalają z nóg. Opcja druga – zniechęceni zadowalamy się lokalną wersją wieśmaka.

Moja rada: zadać sobie trochę trudu, żeby poszukać restauracji i barów poza strefą turystyczną. Szukać takich, gdzie roi się od tubylców, bez obaw próbować jedzenia z ulicznych straganów, pod warunkiem że kupują tam też tubylcy. Prawdziwe kulinarne doznania gwarantowane.

Pizza w Tajlandii, curry we Włoszech

Wiele restauracji, chcąc przyciągnąć jak największe grono klientów, ma w swoim menu dziesiątki potraw z całego świata. Dlatego w Tajlandii można zamówić hamburgera czy pizzę, we Włoszech azjatyckie curry, a w górach krewetki (właściwie to gdzie ich nie można zamówić?). Tylko po co? Po pierwsze, warto jeść sezonowo i lokalnie, bo wtedy mamy dużą szansę dostać produkt świeży i najwyższej jakości. Do tego dochodzi klimat – nigdzie owoce morza nie smakują tak dobrze, jak nad morzem, z którego je wyłowiono, a wino w miejscu, gdzie się je uprawia. Po drugie, warto uważnie przyglądać się menu i zadać sobie pytanie, dlaczego znajduje się w nim chińska panga i norweski łosoś, skoro, jakby nie patrzeć, przebywamy nad Bałtykiem.

Frużelina od wielkiego dzwonu

Turystyczne kurorty, szczególnie nasze rodzime, celują w uszczęśliwianiu przybyszy śmieciowym jedzeniem. Gofry z zagęszczonym, barwionym kisielem (frużelina), rurki z podejrzanym kremem, kręcone lody z proszku z kolorową posypką, zapiekanki z mrożonki czy ziemniaki na patyku (przebój sezonu 2011/12). Najmniej szans na obronę przed nimi mają rodziny z dziećmi. Zwłaszcza jeśli najmłodsi niezwykle wytrwale i przekonująco płaczą, tarzając się po chodniku. Najlepiej nie dać się skusić na tego rodzaju przysmaki, dzieci być może trochę to zniechęci. Jeśli nie da się tego uniknąć, minimalizować straty – umówić się od razu z pociechami, że takie rzeczy będą tylko od wielkiego dzwonu. A już idealnie byłoby po prostu unikać wakacyjnych kurortów.

Gastronomiczne pamiątki

Jedni przywożą z wakacji ciupagę, a jeszcze inni spreparowaną głowę aligatora. Są jednak tacy, którzy chcieliby zabrać ze sobą smaki miejsc, w których byli. Oto, o czym powinni pamiętać. Z Francji lepiej nie przywozić serów, bo ich specyficzny zapach może zachęcić współpasażerów do żądań zawrócenia samolotu i pozostawienia nas z „pamiątką” na lotnisku. Jeśli jesteśmy przy serach, polski oscypek to popularny suwenir, ale polecam wbić sobie w głowę, że ten prawdziwy można kupić tylko między majem a październikiem. Nie warto łakomić się na wyroby turystycznie sprofilowane w fikuśnych buteleczkach, z kolorowymi naklejkami, w wiklinowych koszyczkach i innego typu zmyślnych opakowaniach. To zwykle produkt niskiej jakości, który nadrabia aparycją. Zdarza się, że kupujemy coś, bo wydaje nam się, że będzie tańsze niż w kraju, na przykład wina czy inne alkohole. Czasem faktycznie można zrobić dobry interes, ale często cena jest niewiele niższa niż w Polsce. Na pewno opłaca się kupować wina od małych, nieznanych szerzej producentów, bo bez względu na cenę, raczej trudno będzie je dostać w kraju. I uwaga na bagaż! Autorowi przydarzyło się schować butelkę doskonałego wina w bagażu podręcznym, co poskutkowało jej konfiskatą.