fbpx

Ubrania w stylu vintage – jak działają sklepy vintage?

Ubrania w stylu vintage - jak działają sklepy vintage?
Butik Chosen By (materiały prasowe)

Dekadę temu ubrania vintage były niszą dla pasjonatów, a rzeczy używane wielu kojarzyły się ze śmietnikiem. Dziś gwiazdy obnoszą się z sukniami vintage po czerwonych dywanach, a nastolatki szpanują designem z lat 80. Trend, świadoma filozofia antykonsumpcji, a może konieczność, od której nie ma odwrotu w obliczu globalnego kryzysu ekologicznego?

Najefektowniejszy trend tych czasów? Vintage i ubrania z drugiego obiegu. Nawet sieciówki stylizują swoje ciuchy vintage i ogłaszają programy recyklingu odzieży. Można w tym trendzie uczestniczyć w mainstreamie, można i alternatywnie. W 2020 roku w Warszawie niemal co tydzień odbywał się targ vintage – w klubie albo w postindustrialnej hali. Oldskulową modą wabią też krakowskie, łódzkie czy wrocławskie vintage butiki i markety.

Vintage blezerek japońskiej babci

W wiosenny weekend stołeczne studio Hartwig Fashion udostępnia wnętrze na imprezę Vintage Fever. Są tu trofea z vintage’owych sesji modowych – „kufajka” Isabel Marant sprzed wielu sezonów sąsiaduje z błyszczącą sukienką mini, uszytą – jak głosi legenda – na zamówienie pewnej ambasadorowej przez kultową Modę Polską w głębokim PRL-u. Obok wystawka kultowego łódzkiego Cukru Pudru z fasonami z lat 70., 80. i 90. oraz popowymi okularami. Wdaję się w rozmowę z Raphaelem (profil na Instagramie: Na Górze Róże) – Francuzem o japońskich korzeniach, który za dziewczyną przyjechał do Łodzi i od siedmiu lat jeździ po Polsce z wyszukanymi perełkami vintage. Każdy sprzedawca to kopalnia anegdot, w sieciówkach tego nie dają, i to też składnik „vintage’owego czaru”. Raphael o każdym ciuchu potrafi coś opowiedzieć: Hammer to podróbka Armaniego z lat 80., a koronkowy blezerek Chloé to łup po japońskiej babci. Zestawienia stylów i epok to cały smaczek „polowań”. – Kocham to – mówi. – Zawsze się tak ubierałem, łaziłem po bazarach, nawet kiedy to nie było modne, uwielbiam np. „cygańskie” koszule z kolorowego jedwabiu. Kiedy mieliśmy już z żoną cały dom zawalony tym dobrem, zacząłem nim handlować.

Najlepiej schodzą najntisy

Co się zmieniło przez te lata? – Kiedyś, jak się jechało do łódzkiego lumpeksu, człowiek kupował towaru na miesiące. Teraz trudniej. W Łodzi, która jest biednym miastem, gdy mają rzucić towar, od rana pod „lumpem” stoi tłum. Wszyscy biegną do wejścia, starsze panie dziabią konkurentów laskami po stopach. Nie mam już na to nerwów, znajduję inne źródła ciuchów. Jakie? Sekretne.

Odchodzę od francuskiego gawędziarza z seledynowym płaszczem z lat 80. za jedyne 70 złotych i natykam się na młodą konkurencję. 15-letni Ian urodził się w Argentynie, ojczyźnie taty, ale kiedy miał dziesięć lat, przyjechali do Polski. Chodzi do pierwszej klasy liceum i od pół roku dorabia vintage’em (profil: Daj Se Ubranie). Mama dała siedem dych na wieszak, w resztę inwestuje sam: – Moi rówieśnicy ubierają się podobnie: w drogie streetweary albo high-endowe ubrania – mówi. – U mnie wszystko jest tanie, za to oryginalne i z historią. Moja grupa docelowa to młodzieżowi imprezowicze. Najlepiej schodzą najntisy: bajeczki Disneya, tribjuty dla raperów, amerykański vibe. Rzeczy wynajduję w szmateksach, skupuję od ludzi. Ten T-shirt, rocznik ’95, to pięć dyszek, ale przecież ze sprzedawcą zawsze można negocjować i na tym polega fun.

Bikiniarze wśród nas

Sklepy, butiki internetowe, stacjonarne – oparte na strategii vintage i selekcji ubrań z drugiej ręki – wyrastają jak grzyby po deszczu. Starszy od Iana tandem sióstr: 28-letnia Natalia Pietrzak i 19-letnia Zuzanna Woińska, znany jako nie.znosze, z impetem wystartował na październikowych targach i może mówić o sukcesie. Dziewczyny mają wyjątkowe oko: są cuda retro z lat 50. i 60., przeskalowane marynarki z lat 80. czy japońskie kimona vintage i srebrne sygnety. Proponują szalone stylizacje, gorsety zakładają do swetrów. – Na łowy jeździmy pod Warszawę – mówi Natalia opatulona w upolowany zjawiskowy sweter z moheru. – Najbardziej ekscentryczne rzeczy znajdujemy w kanciapkach na prowincji. Niczego nie planujemy, chcemy dać się zaskoczyć, jak ostatnio: taftowym kompletem Armaniego. Cieszę się, że w końcu mogę kupować ciuchy, które mi się podobają, a które nie są na mnie, bo ja jestem z tych „większych”. Marzy mi się, żeby przychodziło do nas więcej dużych dziewczyn. Ośmielcie się, vintage jest też dla nas!

Ubrania w stylu vintage - jak działają sklepy vintage?
Zuzanna Woińska i NAtalia Pietrzak, twórczynie butiku nie.znosze (fot. materiału prasowe)

Natalia biega za gorsetami, za to Edward, właściciel warszawskiego Bikiniarza, ubiera tylko facetów – na Instagramie lub w klimatycznym praskim podwórku przy Ząbkowskiej 2. Dekoracje: opływowa maszyna Singera z lat 60., stare walizki i krawiecki manekin. W tle swinguje Sinatra. Edwardowi patronują bikiniarze, ekstrawaganccy zawadiacy z lat 50. – Kochali jazz, modę i kulturę amerykańską, buntowali się wobec narzuconej im rzeczywistości – mówi. – Mój sklep znajduje się tuż przy bazarze Różyckiego, gdzie zaopatrywali się w ciuchy.

W Bikiniarzu znajdziecie stare Dolce & Gabbana i vintage’owe no-name’y z dobrej wełny. Jest świetny wybór swetrów, koszule od Paula Smitha czy jedwabny krawat Ermenegilda Zegni. Albo unikatowy prochowiec Próchnika, szyty na Związek Radziecki, odświeżony przez pracownię krawiecką Kompromis. Przez ostatnie lata sklepy z ubraniami z odzysku zyskały nowy wymiar: – Dzisiaj klient jest bardziej świadomy, chce kupić coś fajnego i nie dokładać cegiełki do globalnego ocieplenia. Mam klientów od 17. do 70. roku życia. Jest pan vintage’owy, pan elegancki i pan sportowy. Często to kobiety przyprowadzają do mnie swoich facetów.

Ubrania w stylu vintage - jak działają sklepy vintage?
Bikiniarz w podwórku na warszawskiej Pradze. Tu ubierają się panowie. (fot. materiały prasowe)

Marais do Warszawy

Jednym z najdłużej istniejących stacjonarnych butików vintage (dziś też w Internecie) jest warszawskie Safripsti przy Oleandrów. Jedwabne koszule, kaszmirowe swetry, ramoneski, sukienki. Na początku drugiej dekady XXI wieku sklep założyła powracająca po latach z Paryża i Londynu makijażystka Magdalena Wińska. Nie było u nas jeszcze butików vintage, które świadomie budowały swoją markę, a ona miała to przemyślane, wiedziała, co i komu chce sprzedawać. Inspirację znalazła w sklepiku z paryskiej dzielnicy Marais. – Pamiętam, jak pierwszy raz tam weszłam i jeszcze nie wiedziałam, że to vintage shop, ale już czułam emocje związane z „polowaniem na skarby”. Przyprowadzałam tam przyjaciółki podczas ich wizyt w Paryżu i któraś powiedziała: „Szkoda, że takiego sklepu nie ma w Warszawie”. Wtedy zapaliła mi się lampka – opowiada.

Dziś Magdalena znów krąży między Francją a Polską, a butik na co dzień prowadzą jej wspólnik Szymon i współpracownicy. – Nadal zaopatrujemy się u wyspecjalizowanych hurtowników vintage’u, sami też startujemy z hurtem – mówi. – Ja jestem zanurzona w latach 80. i tego się nie wyprę, ale teraz vintage przesunął się do lat 90. Uważnie słuchamy młodych klientów, doradców i ruszamy z filmikami, żeby pokazać, jak się nosić w vintage’u. Dziś świadomość jest większa i mnóstwo ludzi, którzy uważają się za speców w temacie, nadal wrzuca vintage i ubrania z zeszłorocznej kolekcji polskiego projektanta do jednego worka. Tymczasem vintage musi mieć minimalnie dziesięć lat wstecz i swoją wartość. Rzeczy sprzed lat 60. to już właściwie retro. U mnie też bywają, ale są droższe.

Ubrania w stylu vintage - jak działają sklepy vintage?
Magdalena Wińska i Szymon Makohin z butiku Safripsti

Wielka zmiana świadomości

W branży nastąpiła jeszcze jedna zmiana, obudziliśmy się w świecie, w którym równie ważny jak estetyczny stał się wymiar ekologiczno-konsumpcyjny mody. Ziemia umiera, a przemysł modowy jest jednym z największych trucicieli. – Kiedy zakładałam ten biznes, nie miałam takiej świadomości – opowiada Magdalena. – Teraz, kiedy znam te dane, cyfry, jest to dla mnie porażające. Jako Safripsti staramy się to komunikować. Na każdym kroku zastanawiamy się, jakie wybrać opakowania, jakie metki, czy robić ulotki itp.

Osobą, która aktywnie wspiera zmiany, jest Anna Pięta, która wraz z Magdą Korcz organizowała wielkie modowe targi Hush, a od dwóch lat nie kupuje ubrań z pierwszego obiegu, ostro krytykuje fast fashion, wspiera ekologiczne biznesy i nagrywa z Martyną Sztabą podcast „Muda Talks” o zrównoważonej gospodarce i ekologii. – To był proces – wyjaśnia. – Moda nie była dla mnie ważna sama w sobie, ale jako tuba do mówienia czegoś istotnego, bo jest łatwo zrozumiała, dotyczy każdego. Zaczynałam w 2009 roku od vintage’u w Internecie. Kiedy po przeniesieniu do realu sklep upadł, zaczęłyśmy robić Hush, bo uznałam, że są fajne polskie marki i trzeba wspierać lokalny biznes, niesieciowy. Ale przyszedł moment wypalenia. Kupowanie stało się sposobem na życie, na spędzanie wolnego czasu, poprawianie sobie nastroju, rozładowanie napięcia itp. Dopiero na końcu jest realna potrzeba. Nie chciałam tego nakręcać, wolę dawać komunikat: kupuj z drugiego obiegu, bo to dobra jakość za niewygórowaną cenę, do tego eco-friendly. Nadal lubię ładnie wyglądać, ale zawsze znajdę coś np. w mokotowskim Crushu, butiku vintage ze świetną selekcją.

Ubrania w stylu vintage - jak działają sklepy vintage?
Anna Pięta (po prawej) i Martyna Sztaba nagrywają podcast „Muda Talks” o zrównoważonej gospodarce. (Fot. materiały prasowe)

Słuszny kierunek

Kiedy pytam, kim dzisiaj się czuje, mówi, że nazwałaby się liderką antykonsumpcji i walki z nadprodukcją, po angielsku: fashion environmentalist. Docenia to, jak rozwinął się w Polsce w ostatnich latach drugi obieg. Podobnie jak ja uczestniczy w kobiecych wymiankowych i sprzedażowych kręgach. – Dla jednych to wynika z czystej świadomości, dla innych to fajny trend – stwierdza. – Ale tendencja szybko rośnie i wierzę, że to jedyny słuszny kierunek. Przejadły nam się powtarzalne ubrania z sieciówek, beznadziejna jest jakość tej produkcji. A „vintage” to „dobry rocznik”, jak w winach, przynajmniej tak brzmi dosłowne tłumaczenie. Badania podają, że mamy już tyle ubrań z drugiego obiegu i sklepowych zwrotów, które się przecież potem pali, by nie obniżać cen, że gdyby zatrzymać teraz produkcję, to wystarczyłoby zasobów dla całej ludzkości na następne 11 lat.

Jednak nawet drugi obieg potrafi być nieetyczny. – Świetnie opisuje to w rozmowie dla „Mudy…” Zosia Zochniak, która prowadzi start-up Ubrania do Oddania, zajmujący się odpowiedzialnym sortowaniem odzieży używanej – opowiada Ania. – Ciuchy z drugiego obiegu wyrabiają kolejny karbo-syf, zaśmiecając np. polskie lasy. U nas odpad tekstylny jest uznawany za zielony, bez kontroli, a przecież 60 proc. szmat ma poliester, który się tak samo długo rozkłada jak plastikowa torebka! Trzeba by sprawdzać, kto je sprowadza i czy legalnie, jak je dystrybuuje itp.

Luksus z drugiej ręki

Inny sposób na ubrania z odzysku to butiki i komisy z drogimi markami, które trafiają do drugiego obiegu. Tak działa w Internecie słynący z ostrej selekcji Pyskaty Zamsz czy warszawski sklep Chosen By z siedzibą przy ekskluzywnej Mokotowskiej (od kwietnia także w Elektrowni Powiśle, prowadzi również internetową platformę Kupuj/Sprzedaj). Założycielka Karolina Bartczak mówi: – Zaczęło się od tego, że wymieniałyśmy się prywatnie z koleżankami ubraniami, bo np. trafił się nieudany zakup albo któraś schudła lub przytyła. Pomyślałam, że fajnie byłoby stworzyć stałe miejsce. Tu dajemy rzeczom drugie życie, pozwalamy ludziom oczyścić garderobę, za połowę ceny nabyć najwyższej klasy ciuch. Walczymy z podróbkami, które są plagą tego biznesu, dlatego wszystko sprawdzamy.

Ubrania w stylu vintage - jak działają sklepy vintage?
Karolina Bartczak właścielka butiku Chosen By (fot. archiwum prywatne)

Na wieszaki trafiają kolekcje z ostatnich kilku lat: 200–300 zł mogą kosztować dżinsy Balenciagi (w firmowym sklepie – 2 tys. zł), 6 tys. – nowa torebka Celine (wyjściowo – 11 tys.). Czasem to prawdziwy unikalny vintage. – Miałyśmy kiedyś pozłacany paskonaszyjnik Chanel, zaprojektowany jeszcze przez samą Coco Chanel – wspomina szefowa butiku. – Mamy też klientkę, która wyjechała z Polski w wieku 18 lat, dziś jest już po siedemdziesiątce, wciąż ma niesamowitą urodę i klasę, przywozi nam kreacje, które kolekcjonowała latami.

Sztuka z lumpeksu

Drugi obieg ma swoją artystyczną twarz, którą cenię najbardziej. Śledzę projekty stylistki i autorki kostiumów teatralnych Hanki Podrazy, która z secondhandowych „śmieci” tworzy całe opowieści. Jeden z najciekawszych młodych projektantów mody, współpracujący z teatrami, performerami i światem sztuki wizualnej Tomasz Armada, jeszcze studiując w Katedrze Ubioru ASP w Łodzi (dyplom 2017), swoją twórczość budował na zasobach ze słynnych „lumpów”. Nie szuka luksusowego vintage’u, lecz wynosi resztki konsumpcyjnej cywilizacji do poziomu wyrafinowanej sztuki. – Kiedy mieliśmy wykonać standardowe studenckie zadania, np. ubiór-obiekt, wszyscy kupowali w supermarkecie nowe przedmioty i je masakrowali. A ja biegłem do lumpeksów – opowiada. – Staram się szanować materiał, wykorzystywać rzeczy z drugiej ręki. Nie muszę się martwić, „ile to kosztowało”, ale też wiem, że mogę to „zmarnować” bez wyrzutów sumienia. Na studiach ekologia nie była jeszcze tak głośnym tematem, od kolegów projektantów czy z mediów modowych dowiadywałem się, że jestem „łachmaniarzem”, w najlepszym razie – propagatorem „estetyki trashowej”. Dziwakiem, a nie twórcą świadomie podchodzącym do zasobów.

Ubrania w stylu vintage - jak działają sklepy vintage?
Projektant mody Tomasz Armada w swoich pracach wykorzystuje rzeczy z drugiej ręki. (fot. archiwum prywatne)

Dziś nawet sieciówki próbują tę „zieloną strategię” jakoś ograć marketingowo, a nastawienie do Armady się zmienia. – To nie są śmieci – zaznacza. – Materiały wyprodukowane w latach 80., 90., których używam, są lepszej jakości niż aktualna produkcja. Dziś maszyny tkackie są tak programowane, żeby tworzyć błędy w tkaninach i by szybciej podlegały one zużyciu. Serio! Dla mnie ważne jest też, że dzieło z tkanin powtórnie użytych jest niepowtarzalne, nie zobaczę tego materiału u kogoś innego, jak to zdarzyło się kolegom na naszych dyplomach.

Do projektów i kostiumów teatralnych Armada wykorzystywał już kibolskie szaliki, muzułmańskie dywaniki modlitewne, cekinowe sukienki sylwestrowe czy gorsety i kołnierze ortopedyczne – wszystko z second-handu. Jeśli uważnie się przyjrzeć, okazuje się, że zwały szmat w lumpeksach są jak wymowne pokłady naszej kultury. Ktoś je wyrzucił, ale tam tkwi cała masa komunikatów o nas, elementów rzeczywistości, z których artyści budują nowe opowieści o ludzkości.

Zmienić reguły

Vintage pozwala odtworzyć w filmie całą epokę. Moja przyjaciółka Karolina Rodanowicz niedawno skończyła pracę przy filmie o Kalinie Jędrusik, była drugą kostiumografką. Wyszukiwała stroje vintage. – Detale są dla mnie w vintage’u rzeczą najcenniejszą, utraconą w ubraniu masowym – mówi. – Jest w nich więcej kunsztu. Poczynając od metki, przez guziki, po podszewkę. Nie umiem już kupować sobie ubrań w sieciówkach. To mnie przygnębia. Zdajesz sobie sprawę, że aby wyprodukować tę gigantyczną ilość ciuchów, trzeba zniszczyć ogromną ilość zasobów. Wszystko po to, by napędzić machinę chciwości.

Ubrania w stylu vintage - jak działają sklepy vintage?
Karolina Rodanowicz, kostiumografka, mówi: „Nie umiem już kupować w sieciówkach”. (fot. archiwum prywatne)

Być może vintage jest próbą przywrócenia myślenia o ubraniu, ale i o świecie jako o czymś cennym. Świat jednorazowy i masowy szybko nudzi. Inaczej nosi się sukienkę, w którą ktoś włożył kunszt i troskę, niż koszulkę uszytą przez zmęczoną 12-latkę w piwnicy. Jak mówi Ania Pięta: – Nikt z nas nie jest zero waste, chodzi o to, żeby być uważnym, żyć świadomie. Sami ludzie tego nie zmienią, aktywiści tego nie zmienią, politycy tego nie zmienią. Dopiero razem mamy szansę zmienić globalne reguły gry.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>