W krainie awokado, czyli Marek Niedźwiecki o Australii

Uroki Australii według Marka Niedźwieckiego (fot. iStock)

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich głosów radiowych wszech czasów, Marek Niedźwiecki. Zabiera nas w podróż do Australii – 20 lat jego ucieczek do świata kangurów i bezkresnych przestrzeni zaowocowało m.in. książką „Australijczyk”. Jak wyglądają antypody okiem Niedźwiedzia?

Czuje się pan Australijczykiem?

Trochę tak, bo jak lubię jakieś miejsce, to się z nim identyfikuję. W Polsce to Góry Izerskie, w Europie najchętniej odwiedzam Korsykę, ale średnio co dwa lata lecę do Australii, choć to długa podróż i męcząca. Zawsze po powrocie obiecuję sobie, że to ostatni raz. Ale potem na szczęście o tym zapominam. Odwiedziłem Australię 12 razy, w sumie spędziłem tam ponad rok życia, zjeździłem ją wzdłuż i wszerz, na samej Tasmanii byłem z siedem razy.

Pytam, bo „Australijczyk” to tytuł pana książki – albumu poświęconego Australii. Pana redakcyjny kolega, Artur Orzech, mówi, że Iran jest jego drugą ojczyzną. Czy podobnie myśli pan o Australii?

Przyznam, że tytuł wymyślił wydawca. Ale dość długo nad tym debatowaliśmy. Oni mieli pomysł, żeby na okładce było moje zdjęcie, czego nie chciałem, bo nie bardzo lubię siebie oglądać. Jednak jak już wymyślili tytuł, to dali mi spokój i zamiast mnie na okładce jest znak kangura, zresztą wszechobecny przy australijskich drogach. Ale nie myślę o Australii w kategoriach ojczyzny. Jestem takim typem, że nie mógłbym mieszkać poza Polską. Lubię pobyć na końcu świata, ale jestem stąd i to miejsce jest dla mnie najważniejsze. Natomiast jeśli miałbym wybrać jakiś kraj poza Polską, to rzeczywiście byłaby to Australia, a najchętniej Tasmania. A już najlepiej Hobart, malutkie miasteczko, ale bardzo fajne.

Co takiego urzekającego jest w Australii, żeby znieść trudy długiej podróży i się tam wybrać?

Ja do Australii uciekam od naszej zimy. Nie cierpię jej, bo człowiek chodzi cały czas podziębiony, a tam jest wtedy zielono. Ostatni raz odwiedziłem Australię w 2014 roku, a ichnią zimę, bo to jedyny czas, kiedy można zwiedzać National Kimberley Park. Podczas australijskiego lata niektóre rzeczy są dla turysty nieosiągalne z powodu zbyt wysokiej temperatury i wilgotności, a parki narodowe zwykle zamknięte. A zimą w moim ulubionym Kimberley Park jest 35 stopni i można zwiedzać. Dlatego tam uciekam. W ogóle ta książka miała nosić tytuł „Ucieczka do Australii”, ale to brzmiało niczym powieść sensacyjna. Choć to prawda, trochę uciekam do tej Australii. Nie dlatego, że mi tu źle czy też przeszkadza mi, że ktoś mnie rozpoznaje na ulicy, ale tam naprawdę jestem anonimowy, a tak wolę. A poza tym uwielbiam mango i awokado, które tam są najlepsze. Awokado można zrywać prosto z drzewa, no i ma ten niepowtarzalny orzechowy smak. W książce opisuję, jak ze znajomymi znaleźliśmy się przez przypadek w sadzie awokado. Właściciel powiedział nam, że owoce nie są na sprzedaż, ale możemy sobie wziąć to, co spadło z drzew. Zebraliśmy tyle, że starczyło nam do końca podróży.

Te ucieczki nie są od czego, ale „do”. Na przykład do przyrody, w książce zachwyca się pan tamtejszą florą i fauną.

Gdy pierwszy raz poleciałem do Australii, co miało miejsce 20 lat temu, wysiadłem w Perth o 4 rano. Akurat wschodziło słońce, a powietrze pachniało niewiarygodnie, olejkiem z eukaliptusów. Do tej pory to pamiętam. Tu też sobie kupuję liście eukaliptusa, zasuszam, a w dżdżysty dzień zaczynają pachnieć. Dla mnie wtedy ten zapach był upajający. I to prawda, australijska przyroda jest wspaniała. No i te przestrzenie… Niezwykłe. Podoba mi się też to, że tam wszędzie jest daleko. Pewnego razu Polacy, z którymi jeździłem po Australii, powiedzieli, że podjedziemy do ich znajomych. Zapytałem, czy to daleko, na co oni, że bardzo blisko. Okazało się, że do przejechania mieliśmy jakieś 80 kim, czyli jak wycieczka z Warszawy do Łodzi. Bo tam się podróżuje głównie samolotem, choć są i tacy, co kupują albo wynajmują campera i jeżdżą nim po kraju. Wiele osób tak własnie spędza emeryturę. My także zjeździliśmy camperem kawał Australii i to jest fantastyczny sposób na podróżowanie.

Podejrzewam, że ten kraj przyciąga sporo samotników, bo mogą tu swobodnie schować się przed ludźmi i pozachwycać bogactwem przyrody.

Tak, ja chyba też taki jestem, bo mi tamtejsza przyroda w zupełności wystarcza, mogę obejść się bez towarzystwa. Czasami czytelnicy mojego bloga zarzucają mi, że na moich zdjęciach nie ma ludzi. Ale ja nie poluję na takie momenty, tam po prostu tak jest. Jedziemy przez zachodnią Australię i jesteśmy jedynym samochodem na drodze. Czasem minie nas tzw. road train (długie, często wieloprzyczepowe ciężarówki) i to jest jedyny samochód tego dnia. Ale przyznaję, że lubię też tamtejsze miasta, lubię pochodzić po Sydney i mieć wokół siebie mnóstwo ludzi. Jednak najbardziej cenię w Australii to, że daje mi szansę na ucieczkę do miejsc, gdzie można sobie z tą naturą pobyć, i to w samotności. Podobnie jest w polskich Górach Izerskich i dlatego je wybrałem. Czasami idę szlakiem sześć, siedem godzin i nie spotykam żywej duszy. A jak już spotkam, to mówimy sobie „dzień dobry”, odczuwając wspólnotę doświadczenia. W Australii tak jest, że miejsca same nas przywołują, nie trzeba ich szukać. To jest niewiarygodne, ale jak człowiek zbliża się do parku Olgas albo do Uluru, to ta przestrzeń jest tak ogromna, że nie czuje się tych tłumów turystów, którzy w tym samym czasie co my przybywają autokarami. Nikt nie wchodzi sobie w drogę. A jak się leci nad Australią, to widać te gigantyczne, puste przestrzenie, te słone jeziora i przyrodę w uśpieniu, bo jednak tereny zielone występują jedynie na wybrzeżu. I wszystko, co mnie przyciąga, ta wspaniała przyroda jest tam, gdzie jest woda. Tam, gdzie życie.

A jacy są tamtejsi mieszkańcy?

Dzisiejsi Australijczycy bardzo dbają o środowisko naturalne i są przyjaciółmi misiów koala, wombatów czy kangurów, choć te ostatnie też chętnie zjadają, bo jest ich za dużo. Sam zresztą miałem okazję spróbować kangurzego mięsa. Tak kiedyś nie było, brytyjscy osadnicy byli raczej przeciwko naturze i wykończyli wiele gatunków zwierząt i roślin, ale dziś na szczęście bardziej uważają na przyrodę. Australia to kraj zarówno samotników, którzy mieszkają w buszu, jak i osób bardzo towarzyskich, które żyją w Sydney czy Melbourne, a to przecież duże miasta. Moi znajomi przez długi czas mieszkali w Sydney, a teraz od pięciu lat żyją na Tasmanii, bo uznali, że Sydney za bardzo ich osacza, atakuje. Co ciekawe, w ciągu tych 20 lat moich wizyt Australia z mocno białego kontynentu stała się takim tyglem kulturowym, gdzie jest wielu Hindusów, Chińczyków, przybyszów z Bliskiego Wschodu. Sporo też zmieniło się po 2001 roku. Poczucie bezpieczeństwa nie jest już takie jak kiedyś, tam też zdarzają się ataki terrorystyczne. Ale to jednak nadal jest Ameryka z lat 70., tyle że odcięta od świata. I jeśli ktoś szuka takiej izolacji, ucieczki – trafił pod właściwy adres.

Jak typowy Aussie spędza czas?

Nie korzysta z przyrody tak jak my, na przykład nie zbiera grzybów czy innych owoców lasu. Zamiast pójść do lasu, wystawi grilla w przydomowym ogródku i napije się piwa ze znajomymi. Może przepracować tydzień, ale pod koniec musi pojawić się w jego ręku icy cold beer plus steki z kangura. Aussie jest beztroski, towarzyski, nie wie specjalnie dużo o świecie, co może jest trochę krzywdzącą opinią, ale prawdziwą. Odkąd żyje tam więcej Greków niż w Grecji, no i sporo Włochów czy Hindusów, zdecydowanie zyskała australijska kuchnia. Wszystko, od ryb i owoców morza po warzywa i owoce, które rodzi ziemia, nabrało nowych smaków.

Pierwszy raz do Australii zaprosiła pana tamtejsza Polonia. Jacy są nasi krajanie na antypodach?

Tam mieszkają różne pokolenia migracyjne. Jest i emigracja powojenna, i ta z czasów Solidarności, która mnie w połowie lat 90. zaprosiła, no i ci nowi Polacy – przebojowi, dobrze wykształceni, ze świetną znajomością języka. Poradzili sobie, wpasowali się bez przeszkód w australijskie życie, podróżują, są nowocześni. Z kolei stara Polonia ma swoje polskie gazety, swoje radia, swoje enklawy. Wielu się nauczyło języka w takim stopniu, żeby się w nim porozumiewać, żyją po prostu swoim polskim życiem, mając swoje kluby, tyle że na obczyźnie.

Skoro rozmawiamy o ludziach, nie mogę nie zapytać o ludność rdzenną.

To jest nieszczęście, dla którego nie ma dobrego rozwiązania. Jeśli ktoś widział film „Australia” Baza Luhrmanna, to tam Aborygeni pokazani są ładnie, fajnie, ale nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. W miastach spotkać można Aborygenów, którzy grają w didgeridoo, żeby mieć na alkohol, można zobaczyć ich obskurne osiedla, z mieszkaniami pozbawionymi szyb. Ich poziom życia urąga ludzkiej godności. I choć australijski rząd stara się im wynagrodzić krzywdy, jakich przez lata doznawali od białych osadników, tu nie ma dobrych rozwiązań. Aborygeni dziś są uzależnieni od alkoholu, żyją w gettach i nigdy nie zintegrują się z australijskim społeczeństwem, bo tego nie chcą. Oczywiście, znamy przypadki przełamania losu, czego przykładem jest najpopularniejszy australijski prezenter – Aborygen, choć w nim akurat płynie mieszana krew. Wierzę, że są Aborygeni, którym udaje się żyć tak jak kiedyś, bo zderzenie tych dwóch kultur, dwóch cywilizacji jest tak szalone, że nigdy nie uda się tego pogodzić.

 

(…)

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru magazynu SENS