W poszukiwaniu korzeni żydowskich

fot. iStock

Pracownicy Centrum Informacyjnego w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN są często świadkami wzruszających scen. Po latach odnajdują się krewni, ktoś po raz pierwszy czyta wspomnienia swojego dziadka, ktoś inny odnajduje miasto, o którym myślał, że już nie istnieje. Genealog Michał Majewski mówi, że historie rodzinne tylko czekają, by je odkryć.

Kto najczęściej do was przychodzi?

Głównie turyści z zagranicy, Izraela i Stanów Zjednoczonych, przebywający u nas na tzw. heritage tours, czyli na wyjazdach, podczas których odwiedzają miasta swoich przodków i szukają informacji o rodzinie.

Czyli już wiedzą, że mają żydowskie korzenie?

Tak, ale mają tylko bazowe informacje, że na przykład tata wyemigrował z Polski i nazywał się Szmul Goldstein. Najpierw staramy się więc dotrzeć do tego, z jakiej części Polski pochodził tata, potem z jakiego miasta, i sprawdzamy, czy mamy jakieś dostępne informacje o tym miejscu i o rodzinie, a jeśli nie, to gdzie ich można poszukać. Powiedziałbym, że bardziej coachujemy w kwestii poszukiwań, niż je prowadzimy.

Zdarzają się poszukujący z Polski?

Zdarzają, ale jest ich dużo mniej, około 10 proc. takich świadomych żydowskich korzeni.

Sądzisz, że wielu z nas może nie wiedzieć, że ma żydowskich przodków? Że to jest częstsze, niż myślimy?

Myślę, że to jest o wiele rzadsze, niż myślimy. Żydzi i Polacy to były jednak dwie społeczności żyjące obok siebie. Małżeństw mieszanych, w których jedno zostawało przy wierze żydowskiej, a drugie przy chrześcijańskiej, nie było wcale, Żydzi zwykle wtedy się chrzcili, bo łatwiej się ochrzcić, niż konwertować na judaizm. Osoba ochrzczona zostawała automatycznie wyrzucona poza krąg wspólnoty, to były dramatyczne okoliczności, w związku z tym dość rzadkie.

Zdarzają się wam takie filmowe sceny: przychodzi ktoś, kto nagle odkrył prawdę o swoim pochodzeniu? Albo coś mu się nie zgadza w rodzinnych opowieściach i chce rozwiązać rodzinną zagadkę…

Filmowe sceny się zdarzają. Przyszedł do nas mężczyzna, który wiedział o swoich żydowskich korzeniach, ale nikomu nie mówił, nawet żonie. Z nami jako pierwszymi podzielił się swoją tajemnicą. Zdarza się, że zgłasza się do nas ktoś, kto okazuje się krewnym osoby, która była u nas wcześniej. Bywa też, że ktoś pierwszy raz wysłuchuje u nas relacji swojego rodzica o Zagładzie. To są bardzo emocjonalne momenty.

Genealogia, którą zajmujemy się w Muzeum POLIN, nie jest tak naprawdę budowaniem struktur, tylko opowiadaniem rodzinnych historii. W wielu żydowskich rodzinach rodzice – nie chcąc zaszczepiać w dzieciach traumy – unikali opowieści o przeszłości, co wywoływało w nich odwrotną traumę. Bywa, że w poszukiwaniu prawdy docierają do nas i to tu po raz pierwszy dotykają dawnych ran. Chusteczki mamy na stałym wyposażeniu.

Zdarzają się ludzie rozczarowani tym, do czego dotarli?

Jedna z odwiedzających, pani ze Stanów Zjednoczonych, upierała się, że jej dziadek miał coś wspólnego z hotelami we Lwowie, na pewno któryś z nich prowadził. Szukamy, szukamy, ale nic, zero informacji o właścicielu hotelu o takim nazwisku. Wreszcie trafiamy przypadkiem na artykuł w prasie z tamtych czasów i okazuje się, że dziadek owszem, miał coś wspólnego z hotelami, a dokładnie
– je okradał. Na szczęście pani miała poczucie humoru.

Genealogia wciąga?

Kogoś, kto ma smykałkę detektywistyczną albo lubi układać puzzle z kilku tysięcy kawałków, genealogia może rzeczywiście wciągnąć bez reszty. Ja co prawda nie przepadam za puzzlami, ale lubię rozwiązywać zagadki. Na pewno w tym fachu trzeba mieć nosa, ogólną wiedzę życiową, także o kulturze i historii, oraz techniczną, żeby wiedzieć, gdzie szukać informacji. Najważniejsze jednak jest doświadczenie – im więcej śledztw genealogicznych się przeprowadziło, tym mniej rzeczy nas zaskakuje.

Osobiście zajmuję się genealogią od 10 lat i projekt, od którego się to zaczęło, prowadzę po dziś dzień. Już nie tak intensywnie jak na początku, ale ciągle pojawiają się jakieś nowe informacje i dokumenty na temat rodziny. Albo zgłasza się ktoś, twierdząc, że jest dalekim kuzynem. Wtedy sprawdzamy, czy to jest możliwe. I drzewo się rozrasta.

Przypuszczam, że zdarzają się też fałszywe tropy…

Bardzo często. Zdarzają się też takie sytuacje, jak dwóch dalekich kuzynów, którzy mają tak samo na imię i których ojcowie też mają tak samo na imię, bo mieli wspólnego dziadka o tym imieniu. Intuicyjnie wiem, że na pewno są krewnymi, ale w którym miejscu drzewa powinienem ich umieścić, nie wiem, bo brakuje dokumentacji potwierdzającej pokrewieństwo. I zostają nam takie niezidentyfikowane „krzaczki”…

Na razie niezidentyfikowane. To drzewo przecież żyje…

Tak jak powiedziałem, można pracować 10 lat nad czyimś drzewem genealogicznym i ciągle odkrywać nowe rzeczy. Gdyby ktoś miał czas i bardzo dużo pieniędzy, mógłby spędzić dwa lata w archiwum i pewnie rozwikłałby większość zagadek i fałszywych tropów, ale jeśli to robi się hobbystycznie, trochę z doskoku – to musi potrwać. W największym drzewie, które do tej pory opracowałem, znalazłem około 700 krewnych.

W judaizmie korzenie, pamięć o nazwisku są bardzo istotne, chyba nawet bardziej niż w jakiejkolwiek innej religii czy kulturze.

Korzenie definiują żydostwo. Żydem halachicznym, czyli uznanym według prawa żydowskiego, jest ten, kto ma matkę Żydówkę. Dlaczego matkę, a nie ojca? Prosta sprawa – zawsze wiadomo, kto jest matką, z ojcem nie do końca. Żeby trzymać plemię razem, a Żydzi są narodem plemiennym, bardzo ważne jest kultywowanie tradycji, czyli pamięć o przodkach. W judaizmie najgorszą karą jest to, że twoje imię i nazwisko zostaje wymazane z historii. A tak działo się podczas Zagłady. Dlatego to, co robimy w Centrum, ma wymiar przywracania pamięci o ofiarach. Pamiętam jedną panią ze Szwecji. Powiedziała, że na Yom HaShoah w synagodze wszyscy mają nazwiska i imiona swoich bliskich, którzy zginęli w Zagładzie, a ona nie, i bardzo tego potrzebuje. Niczego więcej nie chciała, tylko tego, żeby te imiona były pamiętane.

Nie da się mówić o żydowskiej genealogii bez cienia Zagłady. Ona rozdzierała więzy rodzinne. Potomkowie ocalonych z Holocaustu często nie mają pojęcia, czy gdzieś na świecie żyje jeszcze jakiś ich krewny. Dlatego każdy, kto do nas przychodzi, jest odnotowywany, spisujemy też dane osób, których poszukuje, bo może za jakiś czas zgłosi się ktoś z podobną historią i podobnymi danymi.

Często trafiają do nas ludzie ze Stanów Zjednoczonych, gdzie genealogia jest bardzo popularna, bo tam nikt nie jest tak naprawdę u siebie, wszyscy są więc ciekawi tego, skąd pochodzą. Przyjeżdżają do nas z przekonaniem, że Zagłada wszystko zmiotła, że już nic nie pozostało z tamtych czasów. I nagle odnajdują nie tylko dokumenty, ale też miejscowości, skąd pochodzili ich przodkowie, a nierzadko też i domy. Jedna pani chciała, żebyśmy pokazali jej na mapie, gdzie znajdowało się miasto Chmielnik, co do którego była przekonana, że już nie istnieje. A my nie tylko pokazaliśmy jej książkę „Żydzi w Chmielniku”, ale też chmielnicką synagogę, w której jest dziś muzeum żydowskie. Szukała widma, znalazła realne miejsce.

Te historie, te miejsca tylko czekają, by je odkryć?

Jeśli ktoś jest na to gotów. Na wystawie stałej w Muzeum POLIN opowiadamy historię jednej rodziny. Część przed wojną wyemigrowała do Australii, a część została w Polsce w Szczuczynie. Potomkowie emigrantów przyjechali do nas na jedno popołudnie. Spytałem, czy jadą też do Szczuczyna, ale powiedzieli, że to dla nich jeszcze za wcześnie. Liczę, że wkrótce tu wrócą, bo ta pierwsza wizyta odczarowała ich wizerunek Polski jako żydowskiego cmentarza.

Co, twoim zdaniem, kieruje ludźmi, którzy poszukują swoich korzeni?

Odpowiedzenie sobie na pytanie „skąd jestem?”.

„Skąd jestem?” przekłada się na to „kim jestem?”…

To zależy od osoby. Na przykład jedna z najbardziej zapamiętanych przeze mnie osób, które zgłosiły się do naszego Centrum, odkąd zaczęła badać swoją historię rodzinną, zmieniła swoje życie o 180 stopni. Zostawiła swoją praktykę adwokacką w Stanach i przeprowadziła się z mężem do Polski, bo chciała ją lepiej poznać. Jako że Kozowa i Rochatyń, czyli miasta jej przodków, są teraz na Ukrainie, przeniosła się na Ukrainę. Założyła fundację, która dba o cmentarz i dziedzictwo żydowskiego regionu. Wiedza, którą się uzyska, może więc wszystko przewartościować. Część osób może spojrzeć na diagram i mieć ochotę powiesić go na ścianie, część dzięki niemu zaczyna przygodę swojego życia.

Moim zdaniem w historii każdej rodziny jest coś takiego, jakaś tajemnica, która ją trawi, ziarenko grochu, które uwiera. Ktoś coś usłyszał od dziadków i nie wie lub nie pamięta, czego mogło to dotyczyć, albo brakuje mu jakiegoś elementu w rodzinnej układance.

Ważna, zwłaszcza w kontekście nowej wystawy w Muzeum POLIN, jest nowa gałąź genealogii, badania genetyczne. To też sposób na kontakt ze swoimi przodkami.

Z jednej strony chcemy potwierdzenia, że jesteśmy wyjątkowi, inni niż reszta, a z drugiej chcemy do czegoś przynależeć. Współczesny świat zwariował na punkcie badań DNA. Dzięki nim powstają wielkie bazy genealogiczne i podobno można stwierdzić, z kim jesteśmy spokrewnieni i w którym pokoleniu. Pokazują też, że twój genotyp jest charakterystyczny dla pewnych grup etnicznych. Czekam właśnie na wyniki badań jednej pani, która do nas przyszła. Urodziła się w polskiej rodzinie w 1941 roku, ale ma bałagan w metrykach, do tego rodzina nie chce utrzymywać z nią kontaktu. Zaczęła podejrzewać, że może być żydowskim podrzutkiem, ale nie znajdzie na to żadnych papierów – w czasie wojny robiono wszystko, by takie papiery niszczyć lub fałszować. Poleciłem jej więc badania DNA, ale na co one będą dowodem? Ciekawe, jak ortodoksyjni rabini zapatrują się na „czystość krwi”. Temat krwi jest ogólnie ciekawym zagadnieniem. Teraz będzie szeroko omówiony na wystawie „Krew. Łączy i dzieli”.

Sądzisz, że każdą tajemnicę trzeba rozwiązać?

Czasem bardziej cię tworzy fajna historia, nawet jeśli jest zmitologizowana, niż prawda. Ale człowiek jest ciekawy. Z drugiej strony, jakie to ma znaczenie tu i teraz, że mój pradziadek przepił kiedyś cały majątek? Nie mogę odpowiadać za jego grzechy.

Ale może być to dla ciebie pewną przestrogą.

Dość, że wyjdę na ulicę i się rozejrzę – jest wystarczająco dużo przestróg dookoła. Moim zdaniem to nie powinno mieć na nas aż takiego dużego wpływu. Co innego miejsce, skąd pochodzę, gdzie były moje korzenie. Ziemia, w którą wrosły. Każda opowieść o rodzinie jest też opowieścią o miejscu. Czasem śmiejemy się, że nasze Centrum Informacyjne jest też centrum edukacyjnym, bo kiedy opowiadamy o historii rodzinnej, to opowiadamy tak naprawdę o historii Polski, o tym, czemu ten dokument jest po rosyjsku, a tamten po niemiecku.

Ty swoje drzewo genealogiczne masz już rozrysowane?

Szewc bez butów chodzi. Coraz częściej o tym myślę, ale chyba przeraża mnie ogrom pracy, jakiej to wymaga. Planuję namówić na to syna (śmiech). Moja żona, która też jest historykiem, stwierdziła, że trzeba nagrać naszych dziadków, którzy są grubo po dziewięćdziesiątce, bo inaczej te opowieści odejdą wraz z nimi. Mamy już te nagrania, ale jeszcze nieopracowane. Warto zbierać takie historie, bo pamięć ludzka jest krótka, a czas biegnie szybciej, niż się wydaje.

 

Michał Majewski, historyk, genealog, kierownik Sekcji Informacji Historycznej Działu Upowszechniania w Muzeum POLIN w Warszawie, członek Zarządu Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »