fbpx

Wakacyjny savoir – vivre: jak zachować się w odległych krajach?

Wakacyjny savoir - vivre: jak zachować się w odległych krajach?
fot.123rf

W Indiach jedz tylko prawą ręką, w Turcji nie odmawiaj herbaty, w Tajlandii nie upuść monety, a w Gwatemali nie pytaj o drogę, bo nie trafisz. Jakich zasad przestrzegać, aby nie popełnić gafy i nie natknąć się na obyczajową minę w dalekim świecie?
Wakacje. Pakujemy walizkę, zarzucamy plecak i ruszamy w podróż. Po co? Aby odpocząć, zachwycić się – ale też poznać inny kawałek świata. Jednak obok powszechnej wiedzy: co kraj, to obyczaj, warto przyswoić inną: nieznajomość obyczajów często nie zwalnia z powinności ich przestrzegania. Dlaczego? Bo można niechcący kogoś urazić, narazić się na śmieszność, a nawet wpędzić w tarapaty.

Dlatego przygotowaliśmy mały przewodnik kulturowo-obyczajowy po najpopularniejszych turystycznych kierunkach. Jak dobrze wejść w relacje z autochtonami, radzą przewodniczki ekspertki. Same bywały w opisywanych regionach wielokrotnie lub wręcz tam mieszkają. Zjadły z miejscowymi niejedną beczkę soli – lub michę krewetek czy falafeli. I wszystkie przekonują, że warto. Bon voyage i smacznego!

Turcja

Agata Bromberek, kulturoznawczyni, współautorka książki „Turcja. Półprzewodnik obyczajowy”. Współwłaścicielka biura Alanya Online, od dekady mieszka na Riwierze Tureckiej:

Jeśli trafimy do rejonu turystycznego (kurorty nadmorskie, miasta portowe, Stambuł, Kapadocja itp.), Turcy traktują nas jak gości i klientów, są więc wyrozumiali. Generalnie też nie narzucają swojego stylu życia innym. Bardziej trzeba uważać na wschodzie kraju i w miejscach zamieszkanych przez konserwatywnych Turków. Tu już wyższe prawdopodobieństwo, że strojem czy jakimś zachowaniem popełnimy lokalne faux pas. Generalnie trzymajmy się zasad, które dotyczą całego kręgu kultury muzułmańskiej: gdy podróżujemy w parze, kobieta zagaduje kobietę, a mężczyzna mężczyznę. Obcokrajowiec nie powinien zaczepiać kobiety, zwłaszcza tradycyjnie ubranej. Nie dosiada się do niej w autobusie, nie robi zdjęć bez jej zgody. Wchodząc do meczetu, zdejmujemy buty, zakrywamy głowy, ramiona, dekolty, kolana. Mężczyźni nie powinni być w szortach. Buty zdejmujemy również przed wejściem do domu, który jest strefą intymną i prywatną.

W kulturze tureckiej – a zapewne i szerzej, w regionie – jeśli proponuje się nam coś do picia (zwyczajowo herbatę), należy propozycję przyjąć. Odmową można obrazić gospodarza. W restauracji czy w domu nie wypada wyjść po posiłku bez wypicia herbaty, o ile ją zaproponowano.

Herbatę często też pije się przy okazji targowania. To rytuał, przy którym Turcy nie lubią pośpiechu. Negocjacje w sprawie większych gabarytowo zakupów trwają nawet dwie godziny, a po udanej transakcji można zostać zaproszonym na kolację. Jeśli chodzi o mniejsze zakupy – generalnie nie powinno się podawać na starcie ceny o połowę mniejszej, jak w krajach arabskich, bo można urazić sprzedawcę. Gdy zaczynamy targowanie, nie wypada też zrezygnować z zakupu. Jeśli nie jesteśmy zainteresowani, trzeba na wstępie odmówić. Nie targujemy się w sklepach, gdzie są ustalone ceny.

Legendarna jest turecka gościnność. Jeśli Turek chce się zbliżyć do turystów, zrobić na nich wrażenie dobrą kuchnią żony, mamy lub teściowej, zaprasza na obiad czy kolację. Nie oczekuje wtedy niczego w zamian. Jeśli Turcy zaprzyjaźnią się z turystami, mogą ich nawet zaprosić na wesele: obcokrajowcy podnoszą status wydarzenia. Nie trzeba się specjalnie przygotowywać, często na małomiasteczkowym czy wiejskim weselu nie wymaga się eleganckich strojów, a prezent to prosta sprawa – w odpowiednim momencie przypina się do specjalnych szarf na strojach pary młodej banknoty.

Indie

Doktor Agnieszka Staszczyk, specjalistka od kultury, sztuki, ikonografii, mitologii i religii Indii w Katedrze Porównawczych Studiów Cywilizacji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie:

Miasta modernizują się na styl zachodni, a ich mieszkańcy są opatrzeni z turystami. Prowincja jest bardziej tradycyjna, a przyjeżdżający tam turysta sam staje się atrakcją. Miejscowi chcą go dotknąć, zrobić zdjęcie, zagadują. Jeśli uznają, że warto się zatrzymać i pogapić, robią to. Miewa się wrażenie, że czas dla nich nie istnieje.

Może nas zdumieć, że Hindusi dokonują czynności związanych z higieną w miejscach publicznych. Potrafią jednak tak manewrować ubraniem, aby umyć się na ulicy, nie obnażając się. Miejscami ablucji są studnie, hydranty, cieki czy zbiorniki wodne. Hindusi wychodzą też na otwarte tereny za potrzebą, niosąc pojemnik na wodę, która im potem służy do podmywania się. Idą na tereny uznawane za nieużytki, często nasypy kolejowe, więc czekają nas takie obrazki, gdy jedziemy pociągiem. Wiele domów nie ma łazienek.

Szokować może też trzymanie się mężczyzn za ręce. Oznacza to tylko, że się lubią. Kobiety nie dotykają się – bywa jednak, że te mniej wstydliwe podają turystom (ale tylko kobietom) rękę, czego nie można oczekiwać od mężczyzn.

Niemile widziane jest okazywanie sobie uczuć przez pary. Lepiej unikać publicznych pocałunków czy obejmowania się. Hindusi też tego nie robią; czasem gdy widzimy parę na randce, spacerują, rozmawiają i ewentualnie trzymają się za ręce.

Osobna sztuka to zakupy. Cenę zazwyczaj ustala się na bieżąco i jeśli pada jakaś kwota, trzeba się targować. Najlepiej wyjść od połowy lub jednej trzeciej ceny. To znak dla sprzedawcy, że ma do czynienia z klientem godnym negocjacji. Choć będzie się z nas śmiał albo opowie o dzieciach na utrzymaniu, na pewno nie dojdzie do transakcji, w której sprzedawca byłby stratny.

Bywa też, że jakiś handlarz nas napada i oferuje produkty, których nikt nie chce kupić, jak fatalnej jakości pocztówki. Trzeba wówczas być stanowczym, nie interesować się i odmówić. To samo dotyczy też przewodników, którzy przylepiają się do turysty.

Każde miejsce turystyczne związane jest z rzemiosłem i przewodnicy często zabierają nas do sklepików. Zdarza się, że rikszarze mają układy z właścicielami sklepów i dowożą turystów wbrew ich woli. Jeśli dostaniemy bardzo niską cenę za przejazd, może to być w pakiecie ze sklepem. Wsiadamy, ale po chwili słyszymy: „One shop stop, OK?”. Wtedy powinno się wysiąść, jeśli się da. Z rikszarzami targujemy się obowiązkowo – zawsze zawyżają cenę.

Obszerna część savoir-vivre’u wiąże się z jedzeniem. Często nie używa się sztućców; Hindusi potrafią nawet mięso z sosem zjeść dłonią. Jeśli już, w restauracjach dostępne są zazwyczaj łyżki, ewentualnie widelce. Na południu kraju często podaje się posiłek na liściu bananowym i byłoby to źle postrzegane, gdybyśmy jedli z niego sztućcami. To samo dotyczy sytuacji, gdy posiłek podany zostaje na placku; wówczas zwija się po prostu placek.

Jemy tylko prawą ręką: to podstawowa zasada. Prawą podajemy też jedzenie i podarunki. Lewą uznaje się za nieczystą, to ona służy do ablucji i podmywania. Służy też do tak nieczystych zajęć jak zdejmowanie obuwia. A te zostawiamy przed wejściem do wielu miejsc: świątyń i miejsc kultu (wchodzimy boso nawet do kościołów czy synagog), domów prywatnych, czasem sklepów. Zasada jest taka, że jeśli widzimy buty przed wejściem – dostawiamy swoje. Nie jest mile widziane zabieranie z sobą butów w torbie. Dlatego nie polecam podróżowania po Indiach w bardzo drogich, modnych butach. Może się zdarzyć, że po wyjściu ich nie znajdziemy.

Co do odzieży: to społeczeństwo się przykrywa. Szczególnie kobiety: nie pokazują ramion, dekoltu, nóg. Warto zastosować się do tej zasady dla własnego komfortu; odsłanianie przyciąga spojrzenia. Noszenie szortów, także przez panów, Hindusów śmieszy. To jakby wyjść w samych majtkach.

Tajlandia

Beata Jakuszewska, psycholożka, podróżniczka, od półtora roku mieszka w Tajlandii, wcześniej jeździła po krajach regionu Azji Południowo-Wschodniej, a jeszcze wcześniej – po wielu innych. Prowadzi blog Lalla Nomadija (www.lalla.pl):

Dla Tajów bardzo ważni są król i rodzina królewska. Większość Tajów ich wielbi, wszędzie wiszą portrety króla, w kinach przed seansami trzeba wstać i wysłuchać piosenki o nim. Gdy na ziemię upadnie moneta z wizerunkiem króla, nie wolno przydeptać jej nogą – to obraza monarchy. Od turystów Tajowie oczekują szacunku dla rodziny królewskiej. Nie można mówić o nich źle, grozi za to więzienie.

Przed wejściem do świątyni buddyjskiej trzeba zdjąć buty, zakryć ramiona i kolana. Przy wielu świątyniach można wypożyczyć okrycia, przydaje się też duża chusta zagrzebana gdzieś w torebce. Gdy siadamy przed wizerunkiem Buddy, nie zwracamy stóp w jego stronę – są nieczyste, a taki sposób ich ułożenia – obraźliwy.

Kolejna sprawa to buddyjscy mnisi. Kobieta nie może ich dotknąć ani nawet usiąść obok w autobusie. Nie powinno się też w Tajlandii dotykać czyjejś głowy. Dotyczy to szczególnie głów dzieci – uważa się ją za miejsce najświętsze.

Tajski uśmiech, choć wszechobecny, nie zawsze jest pozytywny. To też maska; Tajowie uśmiechają się, gdy są szczęśliwi, ale też gdy są zakłopotani, zdenerwowani. Maska ma ukryć emocje, okazywanie ich uważa się tu za słabość. Dotyczy to też turystów: kłótniami i nerwami nic nie załatwimy. Z tym wiąże się pojęcie utraty twarzy. Udowadnianie Tajom pomyłki prowadzi do (w ich ocenie) utraty twarzy, co postrzegają jako największą formę ośmieszenia. W zakłopotanie wpędza ich też sytuacja, gdy czegoś nie wiedzą. Kiedy więc pytamy o drogę, wskażą kierunek niezależnie od tego, czy znają odpowiedź.

Podstawa w relacjach to uśmiech, cierpliwość i spokój. Taka postawa czyni cuda. Także targowanie się w taki sposób przynosi najlepsze efekty. Zaufanie społeczne jest tu, poza ściśle związanymi z turystyką miejscami, na bardzo wysokim poziomie.

Są dwa zjawiska, które mogą nas zdziwić. Pierwsze to trzecia płeć. W pełni akceptowani społecznie są kathoey, czyli ladyboye. Zmiana płci to nie jest wielki problem, a tutejsi ladyboye (pracujący na wielu stanowiskach, często w kontakcie z klientem) bywają nie do odróżnienia od Tajek.

Druga sprawa – nick name. Mało kto używa na co dzień prawdziwego imienia. Tajowie przybierają pseudonimy oznaczające często zjawiska ze świata przyrody. Są więc ryby, ptaki, liczby, kolory. Służy to ochronie przed duchami, które – jak się wierzy – zamieszkują kraj na równi z ludźmi.

Ameryka Środkowa i Południowa

Marta Podleśna-Nowak, specjalizację z tego regionu zrobiła już na studiach na Wydziale Geografii UW, odwiedziła kraje latynoskie po kilkanaście razy; założycielka biura podróży Latino Tour:

Należałoby podzielić region na dwie strefy. Tam, gdzie etnicznie dominuje europejska migracja: Argentyna, Chile i znaczna część Brazylii, dominuje też myślenie europejskie z dużą dozą latynoskości: bardzo otwarte, spontaniczne. W Brazylii i Wenezueli kult ciała jest wręcz narzucający się. Kwitnie tam biznes operacji plastycznych; to, jak wyglądasz, świadczy o tym, kim jesteś. Wzdłuż plaży Copacabana są siłownie, ludzie wychodzą w ciągu dnia z pracy poćwiczyć. Chodzą w skąpych strojach kąpielowych i potrafią tak ubrani pójść do restauracji. Towarzyszy temu swoboda seksualna.

Z kolei jeśli chodzi o obszary andyjskie, Peru, Boliwię, Ekwador, Kolumbię, a także kraje Ameryki Środkowej zamieszkane przez Indian – granice sfery intymnej ciała są zupełnie inne. W krajach indiańskich ludzie są pozakrywani, seksualność to temat tabu, Indianki noszą suknie do kostek, długie rękawy. Mieszkańcy w większości są niewykształceni, bardzo religijni, przy czym ta religijność jest narzucona i przeniknięta tradycyjnymi kultami. Indianie, na przykład w wioskach na Jukatanie, wierzą, że kradnie się dusze poprzez robienie zdjęć – dlatego nie powinno się ich fotografować. W miastach to się już skomercjalizowało.

Indianie nie są ciekawi białych turystów. Troszkę się ich boją, są wycofani. Dlatego jeśli o coś zapytamy, z grzeczności coś powiedzą, nawet jeśli nie znają odpowiedzi, więc lepiej nie pytać ich o drogę, bo można nie trafić. Warto mieć własną mapę i przewodnik.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze