Warmia i Mazury – jak powstał przewodnik po domach gościnnych

Ogród Dobrych Myśli w warmińskich Plajnach (Fot. Michał Mrowiec/ materiały prasowe)

Niektórzy tak bardzo lubią podróżować, że postanawiają zająć się tym zawodowo. Czy pasja, która staje się pracą, nadal sprawia przyjemność? Czego mogą nas nauczyć ludzie spotkani w drodze? Pytamy autorkę przewodników po domach gościnnych Aleksandrę Klonowską-Szałek.

Wszyscy czekają na lato, żeby udać się w podróż, ty podróżujesz niezależnie od pory roku…
To prawda, ale też moja praca nie polega tylko na podróżowaniu, bo prowadzę z mężem start-up Slowhop.com, który jest internetową platformą rezerwacyjną, czyli normalną firmą. Po wyjeździe muszę po prostu usiąść przed komputerem i nie tylko opisać miejsca, które odwiedziłam, i ludzi, z którymi rozmawiałam, ale i współprowadzić firmę.

No tak, ale nie jesteś uwiązana do terminów, o czym marzy wiele osób.
Choć z drugiej strony prawdopodobnie nie każda podróż oznacza dla ciebie relaks.
Tak, bywają takie, które są wręcz przeciwieństwem relaksu. Moje podróżowanie nie polega na leżeniu na plaży i obserwowaniu chmur, ale na kontaktach, relacjach, słuchaniu opowieści o danym miejscu oraz historii osobistych, które doprowadziły do jego powstania. To wszystko jest fantastyczne, rozwijające, ale potrafi być czasem zwyczajnie męczące.

Skąd wziął się pomysł, żeby podróżowanie łączyć z pracą?
Zawsze uciekałam od systemu pracy 9–17, bo wiem, że nie jestem stworzona do tego, żeby siedzieć przez ileś godzin non stop przy biurku. Dlatego łączenie podróżowania z pracą jest dla mnie idealne. A portal, jak wiele tego typu przedsięwzięć, zrodził się z osobistych, niezaspokojonych potrzeb. W moim przypadku chodziło o to, że lubię podróżować, ale nie lubię anonimowych miejsc, sieciowych hoteli z recepcją. Wolę przyjechać i obserwować gospodarza, dowiadywać się, dlaczego otworzył dom gościnny. Kiedy szukałam takich miejsc, zorientowałam się, że masę czasu zajmuje mi wyszukanie ich na dużych portalach i blogach. Od tego wszystko się zaczęło, choć oczywiście bałam się, czy mój pomysł wypali.

Co jest największym wyzwaniem w takiej pracy?
Dyscyplina, bo nie mogę cały czas być w podróży i spotykać się z ludźmi. Trzeba w końcu usiąść przed komputerem i przepracować czasem kilkanaście godzin na dobę. W start-upie czas nas goni, mamy długie listy zadań, które nigdy się nie kończą. Muszę więc dobrze zaplanować proporcje: ile czasu przeznaczam na podróżowanie, ile na przerobienie informacji, które podczas nich zbieram, a ile na zwyczajną pracę w biurze.

Na swoim portalu pokazujesz przede wszystkim domy gościnne z Polski. Czy podróżowanie po Polsce było dla ciebie odkryciem?
Tak, bardzo. Wcześniej wysyłaliśmy dzieci na obozy czy wyjazdy z dziadkami, a razem wyjeżdżaliśmy za granicę, często zimą gdzieś dalej w poszukiwaniu słońca. Kiedyś mało znałam Polskę. A teraz, poza tym że pogoda u nas czasem daje do wiwatu, jestem zachwycona takim podróżowaniem. Widzę, jakie pomysły mają gospodarze naszych domów, wielu z nich dużo jeździło po świecie i dobrze wie, czego chce.

Ostatnio poznałam dwie fantastyczne osoby, obie z Wybrzeża. Jedna to dziewczyna z Łobza koło Szczecina, wyszukuje stare przepisy kucharskie i gotuje według nich, jej mąż nigdy nie wie, co dostanie do jedzenia (śmiech). Druga osoba to chłopak, który wraz z żoną prowadzi agroturystykę w okolicach Darłowa. Jest oceanografem, więc swoim gościom opowiada wspaniałe historie o rybach. Jeszcze u nich nie byłam, ale przeczuwam, że to będzie coś niebywałego. Dzięki swojej pracy wiem, że w każdym zakątku Polski można znaleźć naprawdę fascynujące osoby.

Aleksandra -Klonowska-Szałek autorka dwóch książek z serii „Odetchnij od miasta”, pomysłodawczyni portalu Slowhop.pl (Fot. Archiwum prywatne Aleksandry Klonowskiej-Szałek)

Rozmawiamy o podróżowaniu, a ty mówisz nie o miejscach, lecz o ludziach…
Nie wiem dokładnie, na jakim etapie do tego doszło, ale teraz przed podróżą najbardziej czekam na spotkania z ludźmi. Bardziej nawet niż na bajkową plażę, jak na przykład podczas podróży do Kostaryki. Z rodziną jeździmy już prawie wyłącznie do kogoś. Wiele czerpię z naszych rozmów, po powrocie aż mi buzuje w głowie od różnych pytań i czuję się naładowana dobrą energią. To jest dziś dla mnie istota podróżowania. A same miejsca? Oczywiście muszą spełniać pewne kryteria, zrobiłam się bardzo uważna na to, czy łóżka są wygodne, śmieję się jednak, że może to kwestia wieku. Ale najważniejsi są dla mnie ludzie, więc nawet jeśli łóżko jest niewygodne, to można mnie przekupić osobowością gospodarza.

Tworzysz bliższe relacje z gospodarzami domów, które odwiedzasz i opisujesz?
Tak, co ma też swoją drugą stronę, bo trudno potem oddzielić tę zażyłość od pracy. Jeśli spędzę z kimś kilka dnia sam na sam, razem siedzimy przy stole, słucham jego osobistych historii, to nie umiem potem powrócić do czysto biznesowych relacji. W rezultacie trudniej mi potem wyegzekwować pewne rzeczy. I kiedy pojawi się jakaś niedobra opinia klienta, tłumaczę sobie, że może gospodarz miał gorszy dzień. Na szczęście zespół przywołuje mnie do porządku.

Kolonia Mazurska Mierki pod Olsztynem (Fot. Michał Mrowiec/materiały partnera)

Z przekazów znajomych, którzy pracują na przykład jako przewodnicy czy piloci, wiem, że spotykają się z opiniami: „Co to za praca?! Każdy chciałby podróżować i żeby mu jeszcze za to płacili”. Czy też zdarzyło ci się usłyszeć coś podobnego?
Nie, bo w moim przypadku widać efekty, czyli to, co się pojawia na portalu. W ciągu dwóch lat opisaliśmy ponad 300 profili domów gościnnych, a każdy z nich to dwa dni pracy. Do tego dochodzą zestawienia miejsc, cały mechanizm rezerwacji, ciągłe ulepszenia, rozwój zagraniczny – prowadzę po prostu działalność, którą trzeba nieustannie rozwijać. Rodzina jest trochę ofiarą mojej pracy, bo większość naszych wyjazdów z nią się wiąże, ale widzę też bardzo wiele korzyści dla moich dzieci. Mają szansę spotkania ciekawych ludzi, zobaczenia, jak wygląda świat poza dużym miastem. To otwiera im oczy na różne możliwości, rozumieją, że nie muszą pracować w korporacji, a oceny w szkole nie są najważniejsze.

Wybrałaś taką pracę z zamiłowania do podróży. Czy dziś podróżowanie nadal sprawia ci przyjemność?
Tak, bo jestem niespełnionym reporterem i wciąż szukam historii ludzkich. Uwielbiam o tym później opowiadać. Cały czas mnie to pasjonuje. Gdybym skupiała się na samych miejscach, to pewnie by mnie to z czasem znudziło, ale trafiam na tak niesamowite opowieści, że chyba nigdy mi się taka praca nie znudzi.

Ostatnio byliśmy z rodziną w Sewilli, wszystkie klimatyczne domy gościnne były już zajęte, więc trafiliśmy do hotelu sieciowego. Na śniadanie zeszła masa ludzi, a mój mąż stwierdził: „Popatrz, każdy z nich ma swoją historię, wielu z nich jest na pewno ciekawymi osobami, ale my się o tym nie dowiemy”. W domach gościnnych jest zupełnie inaczej. Przyznam jednak, że dopiero co wróciłam z polskiego Wybrzeża i to był niespodziewany odpoczynek od podróżowania takiego jak zazwyczaj. Myślę więc, że miewam momenty przesytu. Wtedy jadę w miejsce, gdzie nie muszę z nikim rozmawiać i mogę zamknąć się w sobie. Mam taki azyl w naszym domu na Mazurach, gdzie komórka nie ma zasięgu i brak Internetu. Nie mogę tam pracować zawodowo, więc dłubię w ziemi, piekę ciasto, piję kawę na tarasie…

Ogród Dobrych Myśli w warmińskich Plajnach. (Fot. Michał Mrowiec/materiały prasowe)

Co zmieniło się w twoim postrzeganiu podróżowania, od kiedy zajmujesz się tym zawodowo? Na co nowego zwracasz uwagę? Czy jesteś bardziej tolerancyjna, czy wprost przeciwnie – bardziej wymagająca?
To zależy, bo na przykład potrafię się zirytować, jeśli gospodarz poda mi chleb z supermarketu albo rozpuszczalną kawę. Uważam, że to jest coś „na odwal”. Ale kiedy ktoś się stara i poda jedzenie domowej roboty, to nawet jeśli coś nie do końca mu wyszło, to mi to nie przeszkadza. Myślę więc, że w gruncie rzeczy mam teraz w sobie więcej tolerancji i sama namawiam do tego ludzi jeżdżących do pensjonatów, które pokazujemy. Chodzi o to, żeby pamiętali, że za każdym z nich stoją żywi ludzie i my jedziemy do ich domów. Oczywiście, świadczą usługi, za które im płacimy, ale nie prowadzą hoteli, w których gwiazdki oznaczają określony standard. Takie miejsca są jak żywy organizm, jednego dnia pracuje lepiej, drugiego może być gorzej, bo na przykład jest gorąco i gospodarz musi dłużej oporządzać zwierzęta, zanim zrobi śniadanie. No i trzeba też mieć świadomość, że nie wszyscy nadają się do wypoczywania w ten sposób.

A jak ty się zmieniłaś przez tę pracę?
Poprzez przykład ludzi, którzy wyprowadzili się z miasta, sama zdecydowałam się na zmiany. W moim przypadku w drugą stronę – bo przeniosłam się spod miasta do centrum – ale także dlatego, że nie chciałam żyć w zapętleniu, ciągłym dowożeniu dzieci do szkoły i na zajęcia i odbieraniu ich potem, robieniu zakupów w supermarkecie, bo do sklepu daleko i wygodniej wszystko naraz kupić, nie chciałam rezygnować ze spotkań ze znajomymi, z których każde wiązało się z daleką wyprawą. Zorientowałam się, że to wszystko wymaga wielu przygotowań, a zobaczyłam, że tamci ludzie żyją, żeby być, a nie mieć. I też tak chciałam.

Jedna z zaprzyjaźnionych gospodyń opowiedziała mi kiedyś, że zdarza się jej wynająć wszystkie pokoje w domu, nawet jej własny. Wtedy śpi w pontonie na jeziorze. I nie widzi w tym problemu. Nie mogłam w to uwierzyć, a potem pomyślałam, że jest w tym wielka mądrość i niezależność. Zaczęliśmy się z mężem zastanawiać, po co właściwie nam wielki dom, przy którym jest masa zajęć, po co nam samochód? Sprzedaliśmy dom i samochód i przeprowadziliśmy się do miasta, gdzie wszystko mamy za rogiem. Dzieci przestały dojeżdżać do szkoły i na zajęcia, wszędzie potrafią dotrzeć same, więc i ja zyskałam więcej swobody i czasu. Myślę, że dojrzałam do tego dzięki podróżom i rozmowom z wieloma ludźmi, którzy mnie zainspirowali do zmiany.

„Odetchnij od miasta, Warmia i Mazury”. Aleksandra Klonowska- Szałek. Wyd. Buchmann 2019