WenDo daje siłę

fot. iStock

To coś więcej niż sztuka samoobrony, a nawet niż warsztat rozwojowy. Na WenDo uczestniczki nie tyle uczą się atakować przeciwnika, co ustawiać swoje granice i ich bronić. Nazwa powstała z połączenia dwóch słów: angielskiego woman (kobieta)
i z japońskiego do (droga). Kobiety, które prowadzą takie zajęcia, mówią, że każda z nas powinna wziąć w nich udział przynajmniej raz w życiu.

WenDo to forma sztuki samoobrony i asertywności opracowana przez Neda i Ann Paige, małżeństwo z Ontario w Kanadzie. Przez wiele lat pracowali metodą, która nie jest sztuką walki, chociaż praktykowali jujitsu, karate i judo. Zajęcia nie wymagają specjalnej kondycji ani predyspozycji technicznych. Ich przebieg może się różnić w zależności od uczestników. Mogą wziąć w nich udział nawet dziewczynki od 7. roku życia. Na zajęcia trenerki Elżbiety Kądzieli-Podczaskiej z Warszawy przyszła ostatnio 75-letnia babcia z wnuczką. W innej grupie pojawiła się zakonnica w habicie, bo pewnie w taki sposób byłaby ubrana w sytuacji napaści. Technik używanych w WenDo jest mnóstwo, więc warsztat ma zazwyczaj charakter autorski. Niektóre prowadzące znają język migowy lub specjalizują się w zajęciach dla osób na wózkach inwalidzkich. Inaczej akcenty postawi psycholożka, inne aktywistka społeczna.

– Pierwszego dnia prowadzę zajęcia w zależności od tego, jaka jest grupa bądź jakie potrzeby zostały mi zgłoszone. Drugiego dnia pracujemy nad tym, czego oczekują uczestniczki: albo są to techniki asertywne, albo siłowe typu uwolnienia, kopnięcia. Podczas zajęć zawsze pojawią się elementy, kiedy kobiety mogą doświadczyć tzw. sytuacji poprzednich, związanych z przemocą – po to, by umiały inaczej zareagować, jeśli coś podobnego miałoby przytrafić się im w przyszłości. Zwykle na warsztatach ćwiczymy także kultowe łamanie deski – mówi Ewa Kruchowska, trenerka z Nowego Targu, która na co dzień pracuje w gabinecie psychologicznym „Do siebie”. Deska, przełamana uderzeniem kobiecej dłoni, staje się symbolem jej siły.

Łamanie deski w głowie

Elżbieta Kądziela-Podczaska, najstarsza trenerka WenDo w Polsce, śmieje się, że nie chodzi tutaj ani o bycie drwalem, ani o odegranie roli bohaterki filmów z gatunku kung-fu. Kiedy mówi uczestniczkom, że teraz przygotowujemy się do ćwiczenia z deską, słyszy jęki niedowierzania, zdziwienia, niewiary w siebie lub zaskoczenia. „Uderzaj przez deskę, w kierunku podłogi – tam jest twój cel. Skoncentruj się na celu, nie na przeszkodzie” – tak brzmi krótka instrukcja. Aby przełamać drewno, trzeba przezwyciężyć swoje lęki, obawy, wstyd, poczuć w sobie siłę, pomyśleć o sobie jako podmiocie, sprawcy zdarzeń. Kiełkuje myślenie: „Udało mi się, może z innymi sprawami również dam radę?”. Nie umniejsza to roli osób, które nie zdecydowały się na to ćwiczenie. – Najważniejsza jest decyzja. Jeśli mam potrzebę przełamania deski, robię to. Jeśli nie czuję takiej potrzeby, to jest to też w porządku. Obie decyzje są równoważne. Uczymy się podążania za swoimi potrzebami. Czasem powiedzenie na głos w grupie liczącej 11 czy 12 kobiet, że nie chce przełamywać deski, jest wielkim przejawem asertywności i tak naprawdę liczy się tak samo jak podjęcie próby. Bywa, że słyszę od kursantki, że ćwiczenie jej wyszło, ale to inne zadanie było dla niej ważniejsze – zaznacza Ewa Kruchowska. Siedmiolatki na swoich deskach rysują obrazki, są kobiety, które zapisują na nich „dałam radę”. – Sama mam również swoją deskę – zaznacza Ewa.

Doświadczenie wielu

Kluczem do samoobrony w sytuacji zagrożenia jest wyjście z roli biernej ofiary, jaką widzi napastnik, i stanie się osobą, która chce się przed nim obronić. O technikach trenerki nie mówią dużo, najważniejszy jest element zaskoczenia agresora i działanie w zgodzie z samą sobą. Kiedy kobieta podejmuje decyzję o obronie, może korzystać ze wszystkich możliwych środków. Użycie siły fizycznej jest ostatecznym rozwiązaniem, dochodzi do niego, kiedy zawiodły wszystkie inne. Najważniejsze staje się, żeby uwolnić się i uciec, a nie podejmować walkę. Przede wszystkim trzeba zadbać o siebie i swoje poczucie bezpieczeństwa na co dzień.

Ewa Kruchowska przyznaje, że wiele kobiet ma problem z określeniem, kiedy ich granice są przekraczane. – Wchodzę do windy, w której jest mężczyzna, czuję się nieswojo, dziwnie, myślę: „Nonsens”, a być może to był sygnał, że nie warto było jechać tą windą. W pracy podobnie, myślimy: „Przecież to nie jest molestowanie seksualne, szef powiedział mi komplement, może lekko mnie obraził, wyraził się niezręcznie, popatrzył mi w dekolt”, a potem, niestety, dochodzi już do jawnej przemocy. Chodzi o wyłapywanie pierwszych sygnałów, pokazanie od razu, że nie życzymy sobie pewnych zachowań. Poznając swoje granice, uczymy się szanować granice innych. Nie ma potrzeby zrywania relacji czy kontaktu – opowiada Ewa Kruchowska. Na warsztatach WenDo uczestniczki zauważają, że łączy je dużo podobnych indywidualnych doświadczeń.

Miłe i grzeczne?

Wiele z nich mówi, że od dzieciństwa były przyuczane do tego, aby być miłymi, uśmiechać się, ozdabiać otoczenie i potakiwać. Kiedy w szkole chłopcy ciągnęli je za włosy, od wychowawczyni często słyszały, że to przecież są „końskie zaloty”. W domu trzeba było jeść zupę, której się nie lubiło, a mama zachęcała do dawania babci buziaka na powitanie; gestu, za którym nie przepadały. Bywa, że do tej pory, jako wykształcone i doświadczone ekspertki w międzynarodowych korporacjach, słyszą od swoich szefów, że powinny być uprzejme i pomocne. Ich kolegom nie udziela się takich instrukcji.

W WenDo kluczowa jest decyzja, zrozumienie, co jest moje, a co zostało wpojone w drodze wychowania czy oczekiwań społecznych, ale też pewnego rodzaju elastyczność. Przyuczanie przez społeczeństwo dziewczynek do określonych zachowań oraz rozumienia roli kobiety jako tej, która dba o otoczenie i relacje
– to tematy często omawiane podczas warsztatów.

– Przecież nie da się zawalczyć o swoje potrzeby, jeśli się ich nie zwerbalizuje – mówi Ewa Kruchowska. Bardzo ważna jest praca z głosem, który dodaje ciosowi siły, podobnie robią tenisiści na korcie, kiedy wydają z siebie okrzyk „ha”. – Na początku mówię do uczestniczki: wypuść przynajmniej to powietrze z siebie, głośniej odetchnij, a potem sama czuje, że kiedy „głośno się wydrze”, to jest to nowa jakość ciosu – dodaje Ewa.

Niejedna z kursantek dopiero na zajęciach po raz pierwszy w życiu ma okazję, żeby głośno krzyknąć i zdać sobie sprawę, jaką siłę wyrazu może mieć głos, jak bardzo jest potężny. Mówienie własnym, stonowanym i stanowczym tonem ma znaczenie zarówno w codziennych kontaktach, jak i w publicznych wystąpieniach czy w sytuacjach ekstremalnych, kiedy pojawia się zagrożenie.

Indywidualnie, dla siebie

Dwa dni warsztatów WenDo, łącznie 12 godzin, nie usuną całego zła świata, nie sprawią, że zniknie seksizm, molestowanie w pracy, przemoc domowa oraz socjalizowanie dziewczynek do bycia tylko grzecznymi – choć to pierwszy krok w dobrym kierunku. Niektóre osoby wielokrotnie uczestniczą w takich zajęciach, np. z różnymi trenerkami, ponieważ chcą zaobserwować siebie z innej perspektywy i w innych kontekstach.

Na zakończenie warsztatów uczestniczki wypełniają ankietę oceniającą. Zarówno Ewa Kruchowska, jak i Elżbieta Kądziela-Podczaska podkreślają, że na pytanie, czy poleciłabyś WenDo, nie ma innej odpowiedzi niż ta, że wszystkie dziewczynki i kobiety powinny chociaż raz w życiu przejść taki warsztat. – Z ankiet wynika, że większość uczestniczek wychodzi z poczuciem większej siły oraz wiary w siebie; ze świadomością, że może oraz umie się bronić. Sama widzę, że każda z kobiet bierze coś indywidualnego dla siebie. Chociaż zdarzają się również głosy, że WenDo to jeden z wielu warsztatów rozwojowych w ich życiu, to jednak uczestniczki często podkreślają, że było to ważne doświadczenie, a jeszcze inne, że dzięki niemu zmieniły swoje życie – zaznacza Ewa Kruchowska.