Z Bogiem i bez Boga. Duchowość jest w każdym z nas. Im więcej posiadasz, tym mocniej jej potrzebujesz

Wojciech Modest Amaro poczuł, że odcinanie kuponów od sukcesu nie da mu spokoju wewnętrznego. Odnalazł go dopiero wraz z wiarą. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)

Na co dzień jesteśmy po materialnej stronie mocy. I nic dziwnego: dzieci, dom, praca, kredyty. Ale przychodzą święta – czas zatrzymania, refleksji – i wtedy do głosu dochodzą pytania z tej duchowej strony: Po co żyję? Czy istnieje Bóg? Czy to wszystko, co mam, jest mi potrzebne? Przecież jestem tu tylko na chwilę. O swoim rozwoju duchowym opowiadają nam ludzie sukcesu – Wojciech Modest Amaro i Karina Furga- Dąbrowska.  

 

Wojciech Modest Amaro: Moje życie jest teraz proste

Zelektryzował Polskę dwukrotnie: w 2013 roku, kiedy jego Atelier Amaro zdobyło pierwszą w Polsce gwiazdkę Michelina (w najbardziej prestiżowym rankingu restauracji na świecie), i dwa lata temu, gdy publicznie powiedział o swoim nawróceniu.
W przerwie między lunchem a kolacją atelier pustoszeje, a szef, Wojciech Modest Amaro, umawia się na spotkania. – Mamy dzisiaj kilka rezerwacji z Wielkiej Brytanii, niewykluczone, że to inspektorzy Michelina – mówi na powitanie. – Może więc przełóżmy rozmowę – proponuję. – Nie widzę powodu, inspektorzy to tacy sami goście jak wszyscy inni – odpowiada stanowczo.
Potem przyzna, że kiedyś byłby taką wiadomością podminowany. Dzisiaj przyjmuje ją spokojnie. Skąd ta zmiana? Bo wie, że nie jest sam. Wiedział to jako dziecko. Regularnie chodził do kościoła, służył do mszy, wyjeżdżał na pielgrzymki, a nawet myślał o seminarium. Potem oddalił się od wiary na długie lata.
Rok 1993, wakacje. Wojtek, lat 21, z dopiero co zdanym egzaminem na studia wyjeżdża do Londynu. Chce popracować i podszlifować język. Trafia do restauracji.
– Kiedy moja stopa stanęła w profesjonalnej kuchni, wiedziałem, że to moje miejsce na Ziemi. Ludziom, którzy poznali mnie przez media, trudno pewnie sobie wyobrazić, jak zasuwam w kuchni od świtu do nocy przez osiem lat. Londyn już zawsze będzie mi się kojarzył z ciężką pracą, mnóstwem wyrzeczeń. A mnie nie chodziło o to, żeby jak najwięcej zarobić, ale żeby jak najwięcej się nauczyć. Szybko zrozumiałem, że jeśli chcę się uczyć, to od najlepszych.
Od początku wiedział też, że nie zostanie za granicą. I że chce się zająć polską kuchnią. Ale co to znaczy polska kuchnia? Zapytany o to przez szefa w Londynie, myślał: „Co ja będę wyskakiwał ze schabowym i pierogami, skoro my tu kładziemy na talerze takie dzieła sztuki…”.
– Ogarniała mnie złość, że mówiąc o polskiej kuchni, wbijam wzrok w podłogę, że się jej wstydzę! Ale tak naprawdę wtedy niewiele o niej wiedziałem. Szybko zdałem sobie jednak sprawę z tego, że jeśli chce się gotować nowocześnie, trzeba koniecznie odrobić lekcje z przeszłości, poznać korzenie rodzimej kuchni. Nadrobiłem tę wiedzę potem, pisząc książkę „Kuchnia polska XXI wieku”. 

Są nuty, nie ma symfonii

Drugi przełom w jego życiu: rok 2003, rozpoczyna pracę w Klubie Polskiej Rady Biznesu w pałacu Sobańskich u wymarzonego pracodawcy, Jana Wejcherta.
– Jan, podobnie jak ja, nie uznawał kompromisów w dążeniu do celu: najwyższa jakość, zero półśrodków, wszystkie możliwe narzędzia. Miałem do dyspozycji najlepsze produkty, wyjeżdżałem na staże zagraniczne. Jednocześnie zacząłem zgłębiać polską kuchnię królewską. Zobaczyłem, że nie ma ona limitu, że mieszają się w niej przeróżne kultury, tradycje, że jest kolorowa, kosmopolityczna.
Nagła śmierć Jana Wejcherta przekreśla ten ich wspólny projekt. Amaro postanawia zrealizować go sam. W poszukiwaniu sezonowych produktów przejeżdża Polskę wzdłuż i wszerz, zapuszcza się w lasy, na łąki, pola, łowiska.
– Pamiętam swoje zdziwienie, kiedy w 37. tygodniu roku zidentyfikowałem 550 naturalnych produktów. Pomyślałem: „Mamy nuty, ale nie mamy symfonii!”.
Zakasuje rękawy, razem z żoną praktycznie nie wychodzą z restauracji przez osiem miesięcy. Zdarzyło się, że starsza córka szła na zebranie rodziców do młodszej. Tuż przed otwarciem atelier jadą z żoną i kilkumiesięcznym synem Nicolasem do Renégo Redzepiego, szefa Nomy, dziś najsłynniejszej restauracji świata.
– René opowiadał mi, że kiedy w 2003 roku otwierał swoją restaurację opartą na duńskich lokalnych produktach, wszyscy z niego drwili: „Jakie lokalne produkty, w Danii króluje nabiał i wieprzowina!”. A on udowodnił, ile w tym kraju się dzieje. Potrzebowałem takiego wsparcia. Bo przyjaciele, owszem, życzyli mi dobrze. Ale reagowali bez przekonania: „Menu degustacyjne? Hm, no, może w Polsce się przyjmie”. Postawiliśmy z żoną na szali wszystko, co mieliśmy, wzięliśmy kredyt. Kiedy restauracja ruszyła, zainteresowanie było tak olbrzymie, że stolik trzeba było rezerwować na kilka miesięcy wcześniej.

Marzec 2013, kolejny przełom: Atelier Amaro dostaje gwiazdkę Michelina, pierwszą w Polsce. Euforia. Potem wszystko toczy się błyskawicznie: wywiady, propozycje reklam, programów telewizyjnych.
– Na początku nie byłem przekonany do udziału w telewizyjnym show. Usiadłem w ciszy i zrobiłem sobie projekcję „Top Chefa”. Kucharze gotują, eksperci oceniają. A ja? Komentuję przed telewizorem niezadowolony z poziomu programu. W końcu powiedziałem sobie: „Może byś się ruszył z tej kanapy, zasiadł w jury i pomógł tym młodym ludziom”. Program okazał się dla mnie niesamowitym doświadczeniem. W finale kolejnych edycji osiągnął taki poziom, że gdyby wyłączyć dźwięk, nikt by nie zgadł, czy to finał „Top Chefa” włoskiego, angielskiego, czy niemieckiego. Poczułem się dumny.
Dostaje następną propozycję – prowadzenie „Hell’s Kitchen. Piekielnej kuchni”, programu o gigantycznej oglądalności. Osiąga szczyt popularności. Telefon nie milknie, może otworzyć restaurację w Dubaju, Stanach, Londynie.
– Byliśmy skromną rodziną mieszkającą w mieszkaniu na Wilanowie. A tu nagle świat zawirował – tak to dziś widzi.
Może wtedy pozwolić sobie na wszystko. Kupuje wymarzony samochód, przeprowadzają się do domu pod Warszawą, podróżują po świecie. Żyje jak nakręcony.
Pamięta dokładnie ten dzień: wraca z rodziną z luksusowego urlopu na Malediwach, rzuca torbę na środek salonu i… Co dalej? Nie zna odpowiedzi.
– Poczułem, że konsumowanie sukcesu to jakiś kanał, że nie przynosi mi to wewnętrznego spokoju. 

Kiedyś byłem gburem

I wtedy następuje najbardziej spektakularny zwrot na jego drodze ku duchowości. Nie wiedzieć dlaczego, postanawiają z żoną pojechać do sanktuarium św. ojca Pio na Przeprośnej Górce. Nie spodziewają się tam niczego, po prostu coś ich tam pcha. Zastają kilkutysięczny tłum wiernych. Żeby go nikt nie rozpoznał, okręca głowę dwumetrowym szalikiem. Mszę prowadzi ojciec Daniel. W pewnym momencie pyta: „Dlaczego się chowasz?”.
– Nie miałem żadnych wątpliwości, że to pytanie było skierowane do mnie. Trafiło prosto w moje serce. Odwinąłem szalik, wyprostowałem się, jeszcze nie wiedziałem, co się dzieje, ale byłem pewny, że to coś ważnego. Wracaliśmy do domu poruszeni do żywego, w kompletnej ciszy. Wiedzieliśmy, że ta Eucharystia zmieniła nas kompletnie.
Następnego dnia jest niedziela, idą do najbliższego kościoła, który znają, z tym samym księdzem, atmosferą, a jednak…
– Zwykłą mszę przeżyłem jako coś niezwykłego. Każde słowo przenikało mnie z ogromną siłą. Ale nie poszedłem od razu do spowiedzi, stchórzyłem, przygniotły mnie sprawy, które miałem wyznać. Zrobiłem to za kilka dni. Od tej pory Pan Bóg zaczął działać w naszym życiu, bo otworzyliśmy się na Jego działanie, zaufaliśmy Jego miłosierdziu, a On zaczął stawiać na naszej drodze wspaniałych kapłanów oraz osoby, które swoim świadectwem życia wskazywały nam kierunek i drogę. Zaczęliśmy studiować Pismo Święte, żyć według przykazań, rozwijać naszą żywą relację z Jezusem.
– Po co aż tak demonstruje pan swoją wiarę? – pytam.
– Pan Jezus powiedział w Ewangelii: Jeśli ktoś przyzna się do mnie przed ludźmi, to ja przyznam się do niego przed moim Ojcem. Światła nie stawia się pod stołem, tylko na parapecie. Zadaniem ludzi wierzących jest dawanie świadectwa, że życie Ewangelią jest możliwe, konieczne i że taka postawa może zmieniać drugiego człowieka. Wszystkie zmiany musimy zacząć od siebie i je uwiarygodnić poprzez nasze uczynki, naszą postawę. Mamy rolę dokładnie taką samą jak apostołowie, każdy katolik jest zaproszony do tej roli w pracy, na ulicy, w domu. 

Wiara przewartościowała mu życie – przyzwyczajenia, dążenia, myślenie. Któregoś dnia zapytał sam siebie: – Modlę się słowami: „Niech będzie wola Twoja”, a czy zastanowiłem się, jaka jest wola Boga w moim życiu? Czy taka, żebym krzyczał z telewizora na młodych ludzi? No nie!
I zrezygnował z „Piekielnej kuchni”. – Nie liczą się już pieniądze, gwiazdki? – pytam.
– Liczą się, ale nie to jest najważniejsze. Chodzi o to, by postawić Boga na pierwszym miejscu, by On stał się centrum mojego życia. Owszem, przeszedłem do historii, dostając pierwszą w Polsce gwiazdkę. Nie osiadłem jednak na laurach, nie odcinam kuponów od sławy, nie nadstawiam ucha, czy biją mi brawo. Wiem, że Pan Bóg daje talenty w określonym celu. Myślę, że mnie dał talenty kulinarne po to, żebym pomagał innym ludziom. Dlatego założyłem Fundację „Nowe Życie Polska”, buduję farmę pod Warszawą, gdzie chcę dzielić się z młodymi swoją wiedzą, umiejętnościami, ale przede wszystkim wiarą. Bo dzisiaj młodzi ludzie czują się zagubieni, są na starcie, a już nie mają siły i pomysłów. To nie jest jednak tak, że kiedy się nawróciłem, mam mniej problemów. Mam ich nawet więcej, ale umiem je pokonywać. Kiedyś byłem zamkniętym w sobie gburem, teraz umiem odnaleźć w drugim człowieku Boga i spożytkować moje talenty i łaski, które od Niego dostałem. Dzisiaj również jestem w stanie przyjąć spokojnie nawet ciężkie rozczarowanie. Od kiedy zaufałem Bogu i wiem, że on mnie prowadzi, moje życie stało się piękne i proste.

 

Karina Furga-Dąbrowska: „Jestem częścią większej całości”

Długo definiowały ją rzeczy i sukcesy. Dziś żyje tym, co zaniedbywała – rozwojem duchowym. 

Wszystko, co przeżyłam, było mi potrzebne, nawet depresja. Nie wyobrażam sobie innej drogi. Dzięki niej odnalazłam lepszą wersję siebie (Fot. Arkadius Mauritz)

Krótkie włosy zaczesane do tyłu, jasna karnacja, szczupła sylwetka. I jak na prawniczkę przystało – konkretna, precyzyjna. Wspięła się w tym zawodzie na szczyt – jest partnerem w Dentons, największej kancelarii prawniczej na świecie, utytułowana, wielokrotnie nagradzana. Ma wszystko, o czym zwykle marzą ludzie: wspaniałą rodzinę, pieniądze, piękny dom, luksusowy samochód, markowe ubrania.
Przed spotkaniem googluję jej nazwisko: Karina Furga-Dąbrowska. W telewizji śniadaniowej prezentuje swój apartament przy Mokotowskiej. Nie mam wątpliwości, że jest kobietą sukcesu.
– Wtedy definiowały mnie rzeczy i osiągnięcia – mówi.
Teraz jest w innym miejscu. Żyje tym, co wówczas zaniedbywała – rozwojem duchowym.
Zanim dokonała tej wolty, konsekwentnie pięła się w górę. Pochodzi ze Zgorzelca, z niezamożnej rodziny. W domu nigdy się nie przelewało – pieniędzy starczało od pierwszego do pierwszego. Na studiach (prawo na Uniwersytecie Wrocławskim) uczyła się po nocach, aby otrzymać najwyższe stypendium i odciążyć rodziców. Dorabiała też jako modelka.
– Perfekcjonizm miałam we krwi, dawałam z siebie wszystko, poświęcałam się, chciałam być najlepsza, doceniana. I tak było.
Po obronie magisterium wyjeżdża na studia podyplomowe do Holandii. Wraca z dyplomem Master of Laws i od razu dostaje kilka ofert pracy. Wybiera PwC. Po trzech latach podkupuje ją konkurencyjny gigant – firma Ernst & Young, proponując wyższe stanowisko i dwukrotnie wyższą pensję. Po kolejnych trzech latach dostaje propozycję zbudowania zespołu podatkowego w kancelarii Dentons (wówczas Salans).
Rok 2008, dwa lata po przejściu do Dentons. Karina jest już partnerem, ma świetny team, uznanie innych partnerów, autorytet u współpracowników, nowe zlecenia. Do tego szczęśliwą rodzinę – kochającego męża (też prawnika), syna Natana (wtedy ośmioletniego), a rok później przychodzi na świat wymarzona córeczka Weronika. I w głębi duszy odczuwa pustkę. Spokoju nie daje jej przekonanie, że niczego nie robi w stu procentach dobrze – w pracy myśli o dzieciach, a w domu o pracy. Wyjeżdżają z mężem na kolejne rajskie wakacje. Tam też niewiele ją cieszy. Co więc robi? Dokłada sobie jeszcze więcej obowiązków – rozpoczyna kolejne studia, z zarządzania designem. Kończy je, jak zwykle, z najwyższymi notami. 

Czego chcesz od życia?

Kolejne lata są mieszanką egzystencjalnego bólu, pustki i krótkich chwil radości. Pewnego wieczoru wychodzi na balkon i… w porę obok pojawia się córka. Przerażające otrzeźwienie: „Co ja robię?! Jak mogę być tak egoistyczna?”. Zaczyna szukać pomocy najpierw u lekarzy. Diagnoza: depresja, wypalenie zawodowe. Antydepresanty. Potem psychoterapia, pytania: „Dlaczego nie czuje się szczęśliwa? Skąd ten smutek?”. Przełomowe okazuje się spotkanie z Ewą Woydyłło i jej książką „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”. A właściwie zadanie domowe, jakie dostała: napisać swój nekrolog.
– Na początku myślałam, że to żart, ale Ewa doprecyzowała: „Napisz to, co chciałabyś, żeby po tobie zostało. A potem zacznij tak żyć”. Nagle dotarło do mnie, że zagubiłam się w egoizmie i odizolowaniu. Stwierdza, że chce pomóc innym uniknąć takiego cierpienia. Ale psychoterapeuci sprowadzają ją na ziemię – najpierw musi pomóc sobie. Powoli uświadamia sobie, że brakuje jej duchowości, że żyje zbyt materialistycznie, w przywiązaniu do przedmiotów. To przywiązanie zaszczepiła w niej mama, estetka. Mamie piękne przedmioty wypełniały pustkę emocjonalną wyniesioną z dzieciństwa. Wychowała się w domu dziecka, nikt z nią nie rozmawiał o emocjach. 

Karina w jednej z klinik styka się z medytacją uważności. I tak zaczyna się jej przygoda z mindfulness. – Codzienna medytacja zmienia człowieka. Nie charakter, ale podejście do świata. Żyjąc uważnie, zaczęłam rozumieć, że moje problemy są skutkiem definiowania się przez rzeczy i sukcesy. Teraz po prostu żyję, wiem, że jestem częścią większej całości. To daje mi wewnętrzny spokój. 

Listopad 2017. Karina postanawia uczyć mindfulness prawników. Zna to środowisko na wylot. Wie, jak się spalają, jak kreują w głowach dramaty tam, gdzie ich nie ma, jak się negatywnie nakręcają.

Decyduje się na urlop naukowy i pracę na pół etatu. Swoim liderom komunikuje, że zamierza studiować mindfulness, a później – jeśli będzie na to miejsce 
– poprzez treningi mindfulness wspierać prawników i profesjonalistów w ich firmie. Dostaje zielone światło.  

Kończy kurs teorii poznawczej opartej na uważności (MBCT) w Warszawie, potem kurs nauczycielski na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego i cykl warsztatów dla ludzi chcących wdrażać treningi uważności w organizacjach, szkołach, urzędach (tylko ona chce robić to w kancelarii prawniczej). W październiku tego roku zaczęła studia magisterskie MBCT na Wydziale Psychiatrii w Oksfordzie, gdzie jest jedyną prawniczką w gronie lekarzy, psychologów! 

Infekcja na całą Europę

Maj 2018 roku, Berlin, spotkanie partnerów firmy Dentons z całej Europy. Karina organizuje warsztaty, chce pokazać wspólnikom, jakie korzyści przynosi trening uważności. Ostrożnie planuje dwie sesje. Na pierwszą przychodzi 20 osób, ale są jeszcze wolne miejsca. Myśli sobie: „Jest nieźle”. Na drugiej brakuje krzeseł, ludzie siedzą na podłodze. Okazuje się, że zachwyceni uczestnicy pierwszej sesji w przerwie wręcz każą wspólnikom iść na tę drugą!
– To dopiero początek tej infekcji – śmieje się Karina. – Zaraziłam nią europejskich liderów.
Po warsztatach w Berlinie zaczęły ją zapraszać na spotkania różnych zespołów firmy w całej Europie. Od maja prowadzi w Warszawie cotygodniowe zajęcia, na których uczy uważnego życia. W październiku uruchomiła w Europie trzy innowacyjne pilotażowe ośmiotygodniowe programy mindfulness, nazwane przez nią NextMind. – Nie dla każdego mindfulness ma związek z duchowością. Dla wielu to po prostu forma treningu umysłu, ćwiczenie koncentracji. U mnie to głębsze doświadczenie, zapoczątkowane pytaniami o sens życia. Dzięki mindfulness wiem, że wszystko, co przeżyłam, było mi potrzebne. Nawet depresja. Nie wyobrażam sobie innej drogi. Dzięki niej odnalazłam lepszą wersję siebie.
– Pieniądze się nie liczą? – pytam.
– Są ważne, ale nie trzeba ich pomnażać w nieskończoność. Gdy ich nie miałam, myślałam, że wszystko da się kupić. Teraz wiem, że spokoju i poczucia spełnienia nie da się kupić za żadne pieniądze.
Co daje praktykowanie duchowości?
– To, że więcej widzę, czuję, że rozumiem siebie i innych. Stałam się mniej perfekcyjna i wymagająca, za to bardziej empatyczna. Zrozumiałam też rodziców. Ta wiedza zmieniła mnie w lepszą matkę. Jestem teraz emocjonalnie dostępna dla dzieci, nie tylko słucham, ale i słyszę. Kiedy syn mówi: „Mamo, nie poszedł mi ten sprawdzian”, odpowiadam: „I tak cię kocham”. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Dawniej na wakacjach już planowałam kolejne, nie dostrzegając piękna i nie smakując miejsc, które odwiedzałam. Teraz nie muszę jechać daleko, żeby być szczęśliwa. Kiedyś uwielbiałam zakupy. A dzisiaj? Nie pamiętam, kiedy zafundowałam sobie nową torebkę. W tym roku kończę 44 lata i tak naprawdę dopiero zaczynam żyć.