Zagubieni w sieci

fot. iStock

Internet to źródło i wiedzy, i dezinformacji. Obdarzamy go całkowitym zaufaniem i nie umiemy sprawdzić, czy to, co nam serwuje, jest prawdziwe. Czasem nawet nie wiemy,
że powinniśmy to robić. W efekcie gubimy się, wpadamy w zasadzki. Tymczasem, jak mówi profesor Dariusz Jemielniak, wikipedysta, korzystanie z bogactwa Internetu wymaga zdrowego rozsądku.

Mam czteroletnią córkę. Panie profesorze, ma pan dzieci? Gdyby nabrał pan wątpliwości, czy ją szczepić, gdzie w Internecie szukałby pan wiedzy na ten temat?

Moja opinia jest jednoznaczna: nie mamy lepszych mechanizmów niż korzystanie ze świata nauki w rozstrzyganiu tego typu spraw. Wierzę w to, co mówią lekarze. Szukałbym informacji na stronach autoryzowanych przez agendy rządowe albo renomowane czasopisma medyczne. Jest też Wikipedia – angielska ma świetnie opracowane tematy medyczne. „Zwykli” polscy czy amerykańscy rodzice czterolatki nie szukają informacji w „The Science”, tylko w popularnych serwisach albo na Facebooku czy Twitterze. Czytałem, że w Stanach dwie trzecie wpisów o szkodliwości szczepionek pochodziło od… rosyjskich botów – sztucznych nadawców!

Pewnie przeczytał pan to w Internecie?

Tak. Ale na wiarygodnych stronach. Przede wszystkim to jest trudne do zmierzenia. Prowadzę z kolegami badania dotyczące udziału automatycznych wpisów. Należy sobie zdać sprawę, że większość ruchu w Internecie to ruch botów – to normalny stan. Oczywiście, na niektórych polach – w walce politycznej czy w marketingu – ten udział może być większy. Sprzedawanie wszelkiego rodzaju cudownych prostych rozwiązań – od diety cud po polityczne recepty – to zawsze wielkie pieniądze. Więc i boty się uruchamia, by pracowały.

I z tego powodu Internet staje się jakąś misą czarnoksiężnika, a nie przestrzenią wiedzy i prawdy.

Na pewno rozwój technologii komunikacyjnych i Internetu spowodował, że dziś w ogóle łatwiej docierać z informacją i poprzez to hierarchia informacji uległa spłaszczeniu. To jeden z głównych objawów: kiedyś mieliśmy rozbudowaną hierarchię, dzisiaj nastąpiła pozorna demokratyzacja wiedzy i dostępu do niej. Będąc osobą o zerowych kwalifikacjach, możemy budować swoją tożsamość internetową na rzekomej wiedzy czy zdolnościach, jak różni internetowi znachorzy, którzy potrafią wręcz szkodzić. Byli od zawsze, ale dzisiaj łatwo im znaleźć wielką liczbę odbiorców.

Oczywiście, są także pozytywne aspekty zjawiska, na przykład w medycynie: pacjenci z rzadkimi chorobami mogą się organizować, konsultować, zrzeszać, wspierać. To dobry objaw. Ale bywa – owszem, coraz częściej – że osoby bez kwalifikacji, za to z silną motywacją finansową i słabym morale wykorzystują naiwniaków – to właśnie wszyscy ci znachorzy, po angielsku mówi się snake oil salesman, sprzedawcy lekarstwa z grzechotnika, czegoś, co nie może być skuteczne. Zasięg takich działań tysiąckrotnie się zwiększył.

Czy dzisiaj, gdy Internet stał się tak powszechny, gdy nie stanowi już jednego z mediów, ale środowisko dla mediów, które wessał, można jakoś walczyć o rzetelność znajdujących się w nim treści?

Internet wessał nie tylko media, ale wiele innych rzeczy. Zmienił sposoby interakcji, prawie 20 procent młodych ludzi znajduje swoich życiowych partnerów poprzez sieć, a dwie trzecie Amerykanów uważa, że Internet jest bardzo dobrym miejscem poznawania innych ludzi w celach romantycznych – to świadczy o tym, że stał się czymś dużo więcej niż dystrybutorem wiedzy. Choć, oczywiście, należy dbać o jakość tej wiedzy.

Jak? W niektórych szkołach pojawił się już przedmiot theory of knowledge – teoria wiedzy i nauka krytycyzmu.

Tak. I to najważniejsze. Choć nauka krytycznego myślenia jest czymś, co u nas szwankuje. Przypomina trochę wyścig zbrojeń: w miarę, jak narasta chaos informacji bez możliwości selekcji, ludzie się do tego dostosowują, próbując wprowadzać pewne mechanizmy. W Polsce, niestety, sposób edukacji nie różni się zbytnio od tego, co było
30 lat temu. Przecież niewykluczone, że możemy powiedzieć: „Nauka dat w historii jest właściwie zbędna”. Ważne, by mieć orientację, poczucie ciągłości, świadomość przyczyn, ale pamiętanie, kiedy była bitwa pod Grunwaldem? Czy to jest tak ważne?

Kiedy akcent położymy na analizę zjawisk, a nie na ich stronę faktograficzną, człowiek będzie krytyczniej przyjmował dostarczane mu lawiny informacji…

Tak! Rozumienie tego, jak działa świat i co tworzy współczesność… Na przykład co to znaczy, że w jakimś piśmie medycznym ukazał się jakiś artykuł. Nawet ludzie wykształceni czasem się w tym gubią. Media donoszą: „W prestiżowym czasopiśmie X ukazał się artykuł o tym, że czekolada ułatwia chudnięcie”. Taki lid. Ale kiedy przeczytamy ten tekst, okaże się, że on wcale tego nie udowadnia, tylko pokazuje, że w grupie badanych osób ci, którzy jedli tylko gorzką czekoladę, stracili na wadze nieco więcej niż pozostali. Prawdziwy artykuł, rzetelne badania, ale mało medialny wynik. Zatem media to parafrazują i powstaje nośne hasło: „Od czekolady się chudnie”. Skądinąd nawet wykształceni ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że wyniki z jednego badania często nie znaczą w medycynie kompletnie nic, jeśli wykonano dużo innych badań z tego samego obszaru. Są jedynie zaproszeniem do ich weryfikacji.

Ale wróćmy do początku: zwykli ludzie nie czytają branżowych czasopism i ich internetowych wydań…

Owszem, zapędziłem się trochę w pewien elitaryzm. Ale jeśli chodzi o szerokie masy ludzi, którzy często nie czytają prawie niczego… Najlepiej pokazywać, jakie są skutki bezkrytycznego podchodzenia do różnych spraw. Skutki, następstwa, najczęściej negatywne. Przykłady przemawiają do wyobraźni, mogą wzbudzać czujność i ostrożność. I już na poziomie szkoły podstawowej należy wzmacniać wiarę w naukę: OK, nauka jest niedoskonała, ale nie mamy nic lepszego, żadnego wiarygodniejszego sposobu weryfikowania praktycznej wiedzy.

Ludzie często dobrowolnie rezygnują z weryfikowania teorii, ich zgłębiania i wolą zawierzyć komuś, kto umie ich przekonać…

Faktycznie, coś jest na rzeczy. Bezkrytyczne zawierzenie jakiemuś autorytetowi może dawać przyjemny luksus: nie musimy się już zastanawiać. To ma sens, bo w końcu szukanie informacji to wysiłek, a koniec końców musimy jakiemuś źródłu zaufać. Na pewno jest to istotny problem, warto jednak zauważyć, że np. badania grup zwalczających szczepienia pokazują, że są to osoby ponadprzeciętnie zaangażowane w szukanie informacji, często oczytane, choć mocno zagubione z punktu widzenia rozumienia, jak działa świat nauki. Weźmy rynek diet. To jest dość precyzyjna gałąź, wszystko dobrze opracowane teoretycznie. Ale diety, które są najpopularniejsze, nie są oparte na nauce, tylko na prostych i nośnych hasłach typu: „jedz jak neandertalczyk”. Nauka przegrywa z prostotą przekazu, bo czasem nie da się jej sprowadzić do efektownych haseł. Nauka nie może obiecywać gruszek na wierzbie, musi zawsze nieco komplikować sprawy.

A ludzie – zwłaszcza w Internecie – coraz częściej wolą dostawać nie przesłanki i wiedzę potrzebną do budowania przekonań, tylko gotowe przekonania. Internet wpisuje się w ten trend rozleniwienia, mieszania przesłanek z wnioskami.

To sedno. Na Facebooku często nie czyta się artykułów, tylko komentarze. Internet sprawił, że jesteśmy trochę w dobie wiedzy fast food i zamiast porządnie przygotowanego posiłku żywimy się czymś, co już przetworzone. Niestety, istnieją badania, że nasze mózgi się zmieniają pod wpływem technologii! Zaczynamy inaczej przetwarzać informacje, mamy krótszy attention span [z ang. rozpiętość/wytrzymałość uwagi i koncentracji]. I nie ma to wiele wspólnego z inteligencją czy wiedzą i predyspozycjami, po prostu za dużo czasu spędzamy ze współczesną elektroniką.

Nie da się inaczej.

Razem z żoną, która jest doktorem psychologii i prowadziła badania nad zdolnościami kognitywnymi dzieci na Harvardzie, postanowiliśmy odciąć naszą córkę od elektroniki: bez komórki, bez tabletu, bez telewizora (chyba że u dziadków). Myślę, że wychodzi jej to na dobre.

„Szef polskiej Wikipedii odciął własne dziecko od Internetu” – to jak nagłówek z tabloidu! Internet będzie go powtarzał.

No, przede wszystkim nie jestem szefem polskiej Wikipedii, ale członkiem kilkuosobowej Rady Powierniczej globalnej Fundacji Wikimedia. Ale nie wiem, czy to jest nadmiernie hardcore’owe. Proszę zwrócić uwagę: Bill Gates czy Steve Jobs postępowali podobnie. Wiele osób zajmujących się technologią chroni przed nią swoje dzieci. Myślę, że to wyjście jest bezpieczniejsze, bo elektronika robi z mózgiem bardzo wiele rzeczy, z których nie zdajemy sobie jeszcze sprawy. Wiemy na pewno, że zmniejsza zdolność empatii, że czasem utrudnia interakcję bezpośrednią. Myślenie rodziców: „Dziecko będzie używało więcej komputera, to się więcej nauczy”, jest guzik warte. Badania pokazują, że owszem, dziecko nauczy się więcej, ale jeśli razem z nim będziemy oglądać bajkę na tablecie i razem ją komentować.

Jednak za parę lat pozwoli pan córce używać Wikipedii, gdy na przykład będzie pisała w szkole esej.

Oczywiście. Nie można do niczego podchodzić zero-jedynkowo. Ale chcę, by nie była biernym konsumentem mediów. Takie przyjmowanie mediów – bez wymogu myślenia, analizy, namysłu – to najgorsza rzecz. To ona sprawia, że tak łatwo rozprzestrzenia się ta…

…„zła wiedza”, o której mówimy. Pytanie, czy lepiej mieć fałszywą wiedzę, czy nie mieć jej wcale. Chyba to drugie?

Są różne poziomy fałszywości. Przekonanie, że Ziemia jest kulą, jest błędne, ale bliższe prawdy niż przekonanie, że jest płaska. Potrzebujemy po prostu wystarczająco dobrych przybliżeń do prawdy. Szkodliwe na pewno są takie uproszczenia, które powodują, że tracimy perspektywę podstawową. Przekonanie, że niepożądane odczyny poszczepienne występują, jest prawdziwe, szkodliwą nieprawdą jest natomiast wiara w to, że występują częściej lub mają łącznie bardziej szkodliwe skutki niż epidemie, którym szczepienia zapobiegają. Nasze mózgi słabo radzą sobie z przetwarzaniem dużych liczb, są za to bardzo podatne na widowiskowe pojedyncze przykłady. To trochę tak jak z przemieszczaniem się samolotem i samochodem – ryzyko śmierci w samolocie pasażerskim to jeden na kilkanaście milionów, a w samochodzie jeden na kilka tysięcy. A mimo to wiele osób bardziej się boi latać niż jeździć.

Takie przykłady mają to do siebie, że się je lawinowo rozpowszechnia i często wzbogaca o emocjonalne komentarze. To zwiększa ich siłę rażenia?

Problemem bywają media społecznościowe jako redystrybutory komunikatów. Szybkość rozprzestrzeniania się informacji sprzyja walkom politycznym, także nasycaniu umysłów różnymi ideami czy zniechęcaniu do pomysłów przeciwnika, mimo że to nie są w ogóle wiarygodne media. Marka, źródło informacji przestały mieć znaczenie. Albo wrócimy do wartości marki, która gwarantuje jakość i wiarygodność przekazu, albo będą musiały powstać jakieś mechanizmy weryfikacji przekazów, ich treści, jakieś niezależne systemy ocen i nawet kar za propagowanie informacji fałszywych i skrajnie szkodliwych społecznie. To być może nieuniknione, choć kontrowersyjne i trudne, bo przecież takie ograniczenia mogłyby być wykorzystywane przez autorytarne reżimy do zamykania ust opozycji. Może jakiś system oceny wiarygodności mediów, tak jak w przypadku Wikipedii – społeczny i niepolegający jedynie na przyznawaniu gwiazdek? Na razie pozostaje zdrowy rozsądek. Rozsądek każdego z nas.