Zawód po godzinach

fot. iStock

Druga praca to dziś coraz częściej nie fucha, którą łapiemy, żeby dorobić, a świadomy wybór. Kto najłatwiej poradzi sobie w sytuacji wielozawodowości i jakie korzyści niesie taki styl działania – wyjaśnia trenerka biznesu i coach Nadia Kirova.

Ostatnio dowiedziałam się, że koleżanka dziennikarka jest także od wielu lat agentką ubezpieczeniową. Nie ukrywa, że kiedyś zajęła się sprzedażą polis dla pieniędzy, ale jak mówi, dziś już nie wie, która praca jest tą pierwszą, a która dodatkową, bo obie przynoszą jej satysfakcję i z żadnej nie chciałaby zrezygnować. Wydaje mi się, że to jest pewien znak czasów, bo kiedyś druga praca to była tzw. fucha, a dziś wiele osób równolegle zajmuje się zawodowo różnymi rzeczami. Czy ma pani podobne obserwacje?

Tak, co więcej, sama w ten sposób pracuję. Wykładam, jestem coachem, ale i dyrektorem finansowym. W moim przypadku wynika to z wielu możliwości, które się przede mną ciągle otwierają. Pojawia się coś nowego, więc chcę spróbować i zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi. Wiem, że podobnie myśli wiele osób w moim otoczeniu. Znamy od dawna coś takiego jak multitasking, czyli wielozadaniowość, i taka, nazwijmy ją: wielozawodowość to coś podobnego, tyle że na większą skalę.

Czy to rozwiązanie dla każdego?

Nie wszyscy nadają się do wielozawodowości, bo to wymaga pewnej elastyczności w myśleniu. W modelu opisującym style myślenia FRIS®, który jest jednym z narzędzi, jakimi jako coach pracuję, jest typ tak zwanego wizjonera. Takie osoby traktują nowe rozwiązania jak jedną z możliwości i są gotowe je testować. Mogą wchodzić w nową sytuację nie do końca przygotowane, dopiero potem uzupełniając dane, i to nie stanowi dla nich dyskomfortu. Są też tacy, dla których rozpoczęcie pracy bez solidnego przygotowania jest nie do przyjęcia. Te osoby z kolei będą się czuły mniej bezpiecznie w dwóch pracach jednocześnie, ponieważ potrzebują więcej czasu na przygotowanie się do poszczególnych zadań. Każdy musi indywidualnie ocenić, na ile nadaje się do takiego stylu działania. Warto zadać sobie dwa pytania: „kim jestem?” i „co się teraz dzieje?”. One pozwalają uświadomić sobie, w którym miejscu jestem, jakie są moje emocje i jakie są moje potrzeby. Znajomość siebie zawsze jest właściwym punktem wyjścia.

Wspomina pani o multitaskingu, a pojawiają się opinie, że robienie wielu rzeczy naraz nie jest efektywne. Jak podejść do wielozawodowości, żeby nie wpaść w podobną pułapkę?

Multitasking w wykonaniu, jakie znaliśmy wcześniej, czyli sytuacja, w której jednocześnie odbieram telefon, karmię dziecko i jeszcze piszę coś na komputerze – jest nieefektywny. A przede wszystkim niezdrowy, stresogenny i wypalający. Jego koszty są bardzo wysokie – zarówno dla poszczególnych ludzi, jak i dla całych organizacji. Myślę raczej o stylu działania, w którym mam wprawdzie wiele różnych zadań, ale nie realizuję ich jednocześnie, tylko kiedy w danym momencie koncentruję się na jednym temacie, kolejne czekają w kolejce. Od multitaskingu nie uciekniemy, ponieważ czas wąskich specjalizacji się skończył. Ważne, by pilnować porządku i robić rzeczy po kolei.

To dotyczy zresztą także innych obszarów życia. Ja sama zaczęłam niedawno chodzić na treningi i ponieważ mam w najbliższych miesiącach dużo zajęć zawodowych, a postanowiłam ćwiczyć regularnie, to ustaliłam dokładny plan treningów na trzy miesiące. Nie liczyłam na to, że pójdę poćwiczyć, kiedy akurat będę miała wolny czas – bo albo nie będę go miała albo akurat wtedy nie będzie mi się chciało – tylko idę w terminie, na który sama ze sobą się umówiłam. Takie planowanie odciąża psychikę, to jeden z filarów zarządzania czasem Davida Allena, o którym pisze w książce „Getting Things Done, czyli Sztuka bezstresowej efektywności”.

Załóżmy, że ktoś planuje zmianę zawodu, ale czeka go okres przejściowy, gdy będzie musiał pracować w dwóch branżach.Jak przygotować się do wielozawodowości?

Na rynku jest wiele specjalistycznych książek, także oferta kursów i studiów jest bardzo duża – warto z tego skorzystać. Ale przede wszystkim ważne, aby nie czekać na kryzys, a samemu wchodzić w nowe sytuacje, co oczywiście nie jest łatwe, bo wymaga poszerzania swojej strefy komfortu. Wiele osób wciąż myśli, że po skończeniu studiów kończy się edukację. Nic podobnego! W dzisiejszym świecie jest dużo możliwości, żeby zacząć coś robić od nowa. Tym bardziej że rynek pracy jest niesamowicie chłonny. Wystarczy nie zamykać się na nowe doświadczenia i działać, bo rzeczywistość, w której żyjemy, zmusza nas do zmian.

Czyli wielozawodowość może być także dobrym rozwiązaniem dla osób, które mają wysoką potrzebę bezpieczeństwa?

Przywołam tutaj Nassima Taleba, amerykańskiego ekonomistę i filozofa, i jego pojęcie kruchości, o którym pisze w książce „Antykruchość”. Kiedy przydarza się coś, co teoretycznie nie miało prawa się zdarzyć, to człowiekowi, który jest kruchy, zawala się życie. Z kolei osoby i organizacje antykruche to takie, które mają jakiś drugi filar, są bardziej elastyczne i umieją szybciej reagować. To pozwala im przetrwać. Taleb daje przykład dwóch braci, którzy mają podobne zarobki. Jeden jest bankierem, a drugi taksówkarzem. I mimo że bankier ma lepszą pozycję społeczną, ponieważ ma stałą pensję i profity związane z pracą, to jednak to on jest bardziej kruchy. Taksówkarz ma po pierwsze, większą swobodę w podejmowaniu decyzji, a po drugie, na bieżąco widzi, jak mu idzie praca, w których dzielnicach jest mniej klientów, czy dają mu napiwki. Może reagować na to, co się dzieje na rynku, i kryzys nie spada na niego nagle. Osoby, które realizują się zawodowo w różnych miejscach, są właśnie mniej kruche.

A co taki „wielozawodowiec” ma wpisać w rubryce zawód? Coraz więcej osób ma problem, by się jednoznacznie określić…

Też mam ten problem i to od dawna, bo po skończeniu studiów z zarządzania formalnie byłam menedżerem, ale dla mnie oznacza to coś więcej niż zawód, i na początku wcale nie czułam się jeszcze menedżerem… A co do samego pytania, to polecam przygotować wypowiedź na swój temat. Nie musi to być jedno słowo – a nawet w dzisiejszym świecie byłoby to trudne i w przypadku niektórych zawodów niewiele wytłumaczy. Weźmy przykład: trener, coach, wykładowca – to wszystko zawody związane z pracą z ludźmi. Im bardziej ogólnie nazwę to, co robię, tym lepiej, bo jeżeli powiem, że jestem sekretarką w jakiejś branży albo inżynierem, to blokuję się na możliwości rozwoju, nie widzę innej perspektywy.

Spotkałam się kiedyś z podobnym postrzeganiem organizacji – można mówić, że się produkuje oświetlenie, a można też wyznaczyć sobie misję tworzenia przestrzeni przyjaznych dla ludzi…

Dokładnie tak – im szerzej, tym lepiej, bo w wymiarze indywidualnym wiąże się to z poszerzaniem strefy komfortu, czyli przygotowywaniem do różnych sytuacji. Wyobraźmy sobie ludzika w bańce, która jest jego strefą komfortu. I na tę bańkę działają bodźce zewnętrzne, takie jak problemy ze spłatą kredytu czy strata pracy. Jeżeli ludzik nie będzie reagował na bodźce, a jedynie kulił się przed nimi, to przestrzeń wewnątrz bańki będzie się zacieśniać. Czyli każdy pozostawiony bez reakcji atak prowadzi do pomniejszenia się strefy komfortu. W którymś momencie zabraknie już miejsca dla samego ludzika…

Co to oznacza? Strefa komfortu to jest miejsce, w którym czujemy się dobrze i bezpiecznie, a każde wyjście poza nią powoduje stres. Jednocześnie każde wyjście, które kończy sie sukcesem, sprawia, że ta strefa się powiększa: nauka nowej umiejętności, ukończone zadanie, staż w firmie daje nam więcej przestrzeni do działania. I wtedy częściej przebywamy w strefie komfortu, czyli jesteśmy mniej narażeni na sytuacje, które naprawdę nas sparaliżują, bo uczymy się dawać sobie radę. Zatem nawet mając stabilne zatrudnienie, warto chodzić na rozmowy kwalifikacyjne czy podejmować nowe wyzwania zawodowe, choćby bezpłatnie. To buduje zaufanie do siebie, poczucie bezpieczeństwa, przekonanie, że „dam sobie radę”. I wtedy wielozawodowość staje się także narzędziem rozwoju osobistego.