Życie w pośpiechu: Jak mieć więcej czasu dla siebie?

fot. iStock

Żyjemy w społeczeństwie przyspieszenia. Im szybciej i więcej, tym lepiej! Czas to pieniądz! Liczy się każda nanosekunda! Ale chwileczkę, właściwie dla kogo się liczy? Dobrze, by była również cennym czasem dla nas samych. Zatem jeśli właśnie gdzieś biegniesz, zatrzymaj się na chwilę, by przeczytać ten tekst.

Uczeń zapytał swojego mistrza: Jak długo będę musiał czekać, by osiągnąć przebudzenie? Mistrz odpowiedział: 30 lat. Uczeń spytał: A jeśli bardzo mi się spieszy? Mistrz na to: W takim wypadku 50 lat. Dlaczego? Bo, spiesząc się, stajemy się nieuważni, niestaranni, bezmyślni, popełniamy błędy, wpadamy w rutynę, więc połowę czasu, który jest nam dany – marnotrawimy.

Jak to jest, że cierpimy na „wieczny niedoczas” i jednocześnie nie szanujemy swojego czasu? Gdy strasznie pędzę: jednocześnie wystukuję w komórce e-mail, kupuję warzywa na straganie, a w głowie planuję kolejny dzień – to w końcu potykam się, warzywa mi się rozsypują, komórka wylatuje z ręki, nie daj Boże, ekran pęka, a wiadomość wysyła się przedwcześnie. I przychodzi wściekłość na wszystko: na pana, który sprzedaje warzywa, na własną niedoskonałość, na głupi telefon i jeszcze przypadkowemu przechodniowi za coś się oberwie. „Takie właśnie są konsekwencje naszej obsesji szybkości i oszczędzania czasu – wściekłość na drodze, wściekłość w samolocie, wściekłość na zakupach, wściekłość na wakacjach, wściekłość na siłowni. Szybkość sprawia, że żyjemy we wściekłych czasach” – pisze Carl Honoré w książce „Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”.

Autor sam przyłapał się na wściekłym tempie życia, a apogeum tego stanu osiągnął, gdy ucieszył się na wiadomość, że specjalnie z myślą o zapracowanych i zaganianych rodzicach spreparowano zestaw 60-sekundowych streszczeń bajek, żeby oszczędzić czas na czytaniu dzieciom na dobranoc. „Cóż lepszego niż odbębnić sześć lub siedem bajek i zmieścić się w dziesięciu minutach? Później, kiedy zaczynam rozmyślać, jak szybko Amazon może mi przesłać pełen zestaw, nadchodzi otrzeźwienie, które przybiera formę pytania: czy już do reszty oszalałem?” – czytamy we wstępie Honoré. O otrzeźwienie jednak niełatwo, bo wszyscy dookoła robią to samo, próbują w jedną godzinę wepchnąć jak najwięcej zadań i dają się wciągnąć w wir, który trudno zatrzymać.

Twarde dane

Socjologowie mówią, że żyjemy w społeczeństwie przyspieszenia, w którym poczucie zagonienia stało się czymś permanentnym. Osiągnięcia stawiane są ponad wszystko – dotyczy to też narzucania niezliczonych zajęć dodatkowych własnym dzieciom, a odpoczynek – patrz: nicnierobienie czy pozbawione jakiegokolwiek celu leniuchowanie – uważane są za nieproduktywne marnowanie czasu. Niestety, nawet jeśli uświadamiamy sobie konsekwencje tego pędu bez opamiętania, to zazwyczaj w sytuacji podbramkowej, gdy nagle orientujemy się, że nie mamy już przyjaciół, gdy nie chce nam się rano wstać, bo popadliśmy w depresję, gdy lekarz zdiagnozuje u nas groźną chorobę albo tracimy pracę.

No właśnie, praca. Z badania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) z 2016 roku wynika, że Polacy pracują coraz więcej, pod względem liczby godzin spędzonych w pracy zajmujemy 7. miejsce spośród 38 państw. Jednak czas w pracy nie równa się wydajności – są tacy, co w pracy się nudzą, szybciej wykonują swoje obowiązki, a są tacy, których kompetencje są niewystarczające, by sprostać zadaniom, i wtedy efektywność spada, bo zestresowany pracownik musi poświęcić więcej czasu na ich realizację i zostaje po godzinach. Zdaniem specjalistów, na których powołuje się portal Money.pl, szefowie nie znają mocnych stron pracowników, ich kompetencji czy kwalifikacji. Jeśli człowiek jest dopasowany do stanowiska, pracuje efektywniej i nie ucieka od obowiązków – w przeciwnym razie cała para idzie w gwizdek.

Ale nadgodziny wynikają też ze spędzania czasu w pracy na czymś innym niż obowiązki służbowe. Z badania firmy Sedlak & Sedlak z 2013 roku wynika, że w ten sposób 20 proc. zatrudnionych marnuje w pracy dziesięć godzin tygodniowo, czyli dwie godziny dziennie. Przez to wychodzimy później z biura i tak dalej… Z niczym się nie wyrabiamy.

Do tego dochodzi wielozadaniowość, popularnie zwana z angielska multitaskingiem. Firmy oszczędzają, zatrudniają mniej pracowników i wymagają, żeby byli wszechstronni i elastyczni czasowo – najlepiej by załatwiali kilka spraw naraz. Efekt? Rozpraszamy się i stresujemy, bo przeskakiwanie z zadania na zadanie pochłania więcej energii i czasu niż wykonywanie kolejnych obowiązków z listy. A przecież nasi dziadkowie i rodzice pracowali więcej: sześć dni w tygodniu, a nie pięć jak my dzisiaj, a byli mniej wyczerpani i mieli więcej tzw. wolnego czasu. Ktoś powie, że obecnie dłużej zajmuje nam dojazd do pracy – bo dojeżdżamy dalej albo w korkach, a wspaniała technika często każe nam być dyspozycyjnym również po godzinach. Kto więc ma gorzej?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »