1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Listy do Psychologa
  4. >
  5. Nie mam przyjaciół - czy to dlatego, że jestem atrakcyjna?

Nie mam przyjaciół - czy to dlatego, że jestem atrakcyjna?

- Czy Agnieszka Osiecka miała rację, pisząc: „Nikomu nie żal pięknych kobiet, a czemu nie żal, kto to wie?” - pyta czytelniczka. (Ilustracja: iStock)
- Czy Agnieszka Osiecka miała rację, pisząc: „Nikomu nie żal pięknych kobiet, a czemu nie żal, kto to wie?” - pyta czytelniczka. (Ilustracja: iStock)

Nie mam przyjaciółki. Kogoś, komu mogłabym powiedzieć, „co mi w duszy gra”, „co mi leży na sercu”. Czasami mam wrażenie, że ponieważ jestem atrakcyjna, często u kobiet budzę zazdrość, nie wywołując jednocześnie współczucia. Zazdrość wyklucza współczucie. Obawiam się, że kiedy przyznam się do słabości, do tego, z czym sobie nie radzę, druga kobieta poczuje satysfakcję i pomyśli sobie „dobrze jej tak”. Czy Agnieszka Osiecka miała rację, pisząc: „Nikomu nie żal pięknych kobiet, a czemu nie żal, kto to wie?”. A może to bardziej uniwersalny problem? Kiedyś, oglądając amerykańskie filmy, seriale, bardzo się dziwiłam, dlaczego ludzie, którzy nie przeżyli traumy ani nie doświadczyli żadnych szczególnych przeżyć, szukali pomocy, zrozumienia w gabinecie psychologa. Przecież, gdy znajomi pytali „co słychać?” wszyscy odpowiadali, że jest ok. Dopiero u psychologa mówili, że jednak nie wszystko jest ok. Może w dzisiejszym świecie, gdzie kontakty międzyludzkie są najczęściej powierzchowne, a każdy ma swoje problemy, nikt nie chce być obarczany bolączkami drugiego człowieka? Może opowiadanie o problematycznych sprawach jest faux pas? A może tak powinno być? Dla znajomych wszystko jest świetnie, a z problemem należy udać się do specjalisty, co niniejszym czynię. Aneta

Ewa Klepacka-Gryz: Aneto, kilkakrotnie przeczytałam twój list, żeby zrozumieć, na czym tak naprawdę polega twój problem i w czym potrzebujesz pomocy. Nadal nie mam pewności, czy dobrze rozumiem, więc postaram się to napisać. Na pierwszy plan wysuwa się stwierdzenie, że uważasz się za piękną kobietę i w tym upatrujesz powodu, że inni ludzie, zwłaszcza kobiety, cię nie rozumieją. Hm, no nie wiem, czy to nie jest jedynie stereotyp... Twoim zdaniem zazdrość wyklucza współczucie. Załóżmy, że to prawda – czy coś możesz z tym zrobić? Czy jesteś w stanie powiedzieć osobie, z którą jesteś blisko, że jest ci trudno, że masz kłopot, że potrzebujesz wysłuchania albo pomocy? Nie mam pewności, czy słowa Agnieszki Osieckiej o nieżałowaniu pięknych kobiet mają jakiekolwiek uzasadnienie psychologiczne, ale sama przyjaźnię się z kilkoma pięknymi kobietami i często dzielę z nimi ich kłopoty. Pod warunkiem że mi o nich opowiedzą i wyznają, że tego potrzebują. I wierz mi, uroda nie ma tu znaczenia.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że dziś kontakty międzyludzkie są powierzchowne. Wszystko zależy od tego, na ile chcesz wpuszczać innych do swojego życia. I tu wróćmy do twojego pierwszego przekonania, które, moim zdaniem, jest kluczowe. Jeśli uważasz, że pięknej kobiecie ludzie nie życzą wcale dobrze i że na pewno jej w niczym nie pomogą, a wręcz przeciwnie, ucieszą się z jej krzywdy – to tu leży pies pogrzebany. Dopóki nie zaufasz, że drugi człowiek szczerze, uważnie i z empatią wysłucha, co ci w duszy gra, dopóty będziesz ze wszystkim sama. Przyjaciele nie są jedynie od pomagania, wysłuchiwania i wspierania, ale bardziej od wymiany – najpierw ty coś dajesz, dopiero potem dostajesz. Jak u ciebie z dawaniem? Co do korzystania z terapii, to od decyzji każdego z nas zależy, na ile chcemy dzielić się swoim życiem z bliskimi, a na ile i w jakich sprawach potrzebujemy profesjonalnej pomocy. Ani najlepszy przyjaciel nie zastąpi terapeuty, ani najbardziej profesjonalny terapeuta nie zastąpi przyjaciela. To role z dwóch różnych półek. Spróbuj bardziej zaufać ludziom.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Listy do Psychologa

Nerwowy mąż czy troskliwy były narzeczony - którego wybrać?

Dokonywanie oceny tego, co robisz, w kategoriach moralnych zamknie cię na znalezienie trafnej odpowiedzi na postawione pytanie - twierdzi Tomasz Srebrnicki. (Ilustracja: iStock)
Dokonywanie oceny tego, co robisz, w kategoriach moralnych zamknie cię na znalezienie trafnej odpowiedzi na postawione pytanie - twierdzi Tomasz Srebrnicki. (Ilustracja: iStock)

Mąż zawsze był pracowitym i dobrym człowiekiem, niestety, praca, stres, tzw. wyścig szczurów doprowadziły do tego, że stał się nadpobudliwy i nerwowy, co odbijało się na naszym małżeństwie. Do tego doszedł alkohol, awantury, nawet popychanie mnie czy kuksańce przy dzieciach. Nie pomagały rozmowy, groźby ani łzy, z bezsilności zaczęłam myśleć nawet o samobójstwie i wtedy na jednym z portali społecznościowych napisał do mnie mój były narzeczony. Nawet nie wiem, w którym momencie zaczęliśmy się sobie zwierzać z najbardziej intymnych rzeczy. Oboje byliśmy w związkach, w których źle się działo, nie wiem, kiedy zaczęły wracać uczucia z młodości. Po pierwszym spotkaniu czuliśmy się oczarowani sobą, nie było zdrady fizycznej, ale wiele uczuć i pięknych słów. Odżyłam jako kobieta, wróciła mi pewność siebie i chęć do życia. Dla dobra rodziny zrywaliśmy znajomość kilka razy, ale jednak nie umiemy żyć bez kontaktu ze sobą. On nie odejdzie od żony, bo nie chce jej ranić, ja również nie wyobrażam sobie, aby pomimo krzywd, jakie wyrządził mi mąż, zostawić go samego po tylu latach małżeństwa. Ale czy można kochać obu mężczyzn jednocześnie? Co mam zrobić? Życie bez niego boli, ale nie chcę go skrzywdzić, jeżeli cokolwiek wyjdzie na światło dzienne. Brygida

Tomasz Srebrnicki: Witaj. Chciałbym, abyś spróbowała dla samej siebie bardziej precyzyjnie sformułować, jaki dokładnie masz problem. Czy taki, że kochasz dwóch mężczyzn jednocześnie (co oczywiście teoretycznie jest możliwe, bo mało monogamiczny z nas gatunek)? Czy taki, że "narozrabiałaś" wspólnie ze swoim mężem i platonicznym kochankiem, i jesteś zainteresowana utrzymaniem tej sytuacji, jednak boisz się konsekwencji w wypadku odkrycia? A może jeszcze inny? Moje myślenie wędruje bardziej ku Twoim słowom: „nie chcę go skrzywdzić, jeżeli cokolwiek wyjdzie na światło dzienne“. W opisie Twojego zachowania widać, że nadal utrzymujesz kontakt z tą osobą oraz że wraz z mężem nie podejmujecie pracy nad swoją relacją. Pytasz, co zrobić w tej sytuacji. Cóż, możesz minimalizować ryzyko wykrycia, rozwinąć strategię radzenia sobie wobec sytuacji wykrycia, zbudować sieć popleczników dostarczających alibi itd., itp. Alternatywnie możesz też, na przykład w gabinecie psychoterapeuty, pochylić się nad sobą i mechanizmami kierującymi Twoim postępowaniem. Piłka leży po Twojej stronie. Jednego tylko jestem pewien – dokonywanie oceny tego, co robisz, w kategoriach moralnych zamknie Cię na znalezienie trafnej odpowiedzi na postawione przez Ciebie pytanie „Co zrobić?“.

  1. Listy do Psychologa

Obsesyjnie zazdrosny mąż

Niezwykle trudno jest zmienić cokolwiek, stosując te same sposoby radzenia sobie z problemem, również w kwestii nadmiernej zazdrości 
w małżeństwie.(Ilustracja: iStock)
Niezwykle trudno jest zmienić cokolwiek, stosując te same sposoby radzenia sobie z problemem, również w kwestii nadmiernej zazdrości w małżeństwie.(Ilustracja: iStock)

Jestem mężatką z dwudziestoletnim stażem. Z czasem oddaliliśmy się z mężem od siebie. Często krytykowana i obrażana zatracałam swoje poczucie wartości i kobiecości, stałam się smutną, zakompleksioną dojrzałą kobietą. Mąż dostał awans związany ze zmianą miejsca zamieszkania w innym kraju. Nie mogłam zafundować uczącym się dzieciom aż takich turbulencji życiowych, dlatego postanowiliśmy, że wyjedzie sam, po cichu nawet miałam nadzieję, że rozstanie pomoże naszemu małżeństwu. Pewnego dnia wpadłam na swojego przyjaciela z młodości, przegadaliśmy przy kawie kilka godzin, wymieniliśmy się numerami telefonów i grzecznie pożegnaliśmy. Po kilku tygodniach dostałam wiadomość, że jego małżeństwo przeżywa kryzys i tak od słowa do słowa zaczęliśmy się sobie zwierzać i wspierać. Pomimo że nigdy nie doszło do zdrady, odzyskałam poczucie wartości jako kobieta. Niestety, czułam się nielojalna w stosunku do męża, w dodatku przechwycił jeden z SMS-ów i odtąd zaczął się mój koszmar. Z jednej strony dawny przyjaciel pozostawiony bez wyjaśnień, z drugiej obsesyjnie zazdrosny mąż, zabraniający mi kontaktów nawet z koleżankami, węszący zdradę i podstęp. Jestem rozliczana z każdej godziny na zakupach, muszę meldować się telefonicznie, co robię i gdzie się znajduję. Nie chcę nikogo krzywdzić, ale nie jestem szczęśliwa.         Żona

Tomasz Srebrnicki: Witaj. Na początku pozwolę sobie na refleksję, że niezwykle trudno jest zmienić cokolwiek, stosując te same sposoby radzenia sobie z problemem. Wątek przyjaciela pominę, ponieważ tak jak rozumiem – relacja z nim jest konsekwencją, a nie przyczyną Twoich problemów z mężem. Jak wnioskuję, zachowanie Twojego partnera, ale także i Twoje nieszczególnie się zmieniło, poza nasileniem stosowanych dotychczas strategii w sytuacji odkrycia domniemanego kochanka. Z poczucia obowiązku wskazać chciałbym na konieczność terapii małżeńskiej, o ile jesteście nadal zainteresowani pracą nad związkiem. Być może jednym z kluczy do zmiany sytuacji, o której piszesz, jest fragment Twojej wypowiedzi mówiący o lęku przed skrzywdzeniem kogokolwiek. Zwróć uwagę na fakt, że krzywdzenie prawdopodobnie od lat ma miejsce – Ciebie, dzieci, a także męża przez niego samego. Zastanów się, czy aby następstwem unikania nie jest tkwienie w błędnym kole nierealizowania, ale też niekomunikowania własnych potrzeb oraz oczekiwania, aby partner czy ktokolwiek inny je zaspokoił. Przemyśl też, jakie komunikaty przekazujecie swoim dzieciom odnośnie do bliskości i rozwiązywania problemów. Myślę, że najwyższy czas objąć i polubić swój lęk.

  1. Listy do Psychologa

Czy to współuzależniene?

Problem lęku przed bliskością często prowadzi do angażowania się w relacje zlane i bezgraniczne, ze stale podwyższonym progiem czułości wobec potencjalnych sygnałów zagrożenia skrzywdzeniem przez drugą osobę. (Ilustracja: iStock)
Problem lęku przed bliskością często prowadzi do angażowania się w relacje zlane i bezgraniczne, ze stale podwyższonym progiem czułości wobec potencjalnych sygnałów zagrożenia skrzywdzeniem przez drugą osobę. (Ilustracja: iStock)

Ponad rok temu zakończyłam swój trzyipółletni związek. Nadal utrzymuję kontakt z moim byłym i są to naprawdę dobre stosunki, jednak będąc razem, stale się krzywdziliśmy i nie potrafiliśmy dostrzec, ile warta jest druga strona. Problem w tym, że ostatnio poznałam mężczyznę. Jest między nami duża różnica wieku, 13 lat. Obecnie wyjechał na 5 miesięcy i mamy kontakt jedynie telefoniczny. W tej kwestii akurat nie mam na co narzekać, bo piszemy do siebie codziennie. Jednak martwi mnie fakt, że nasza relacja od początku była dla nas „tym czymś”. Przed jego wyjazdem znaliśmy się jedynie 3 tygodnie, a czuliśmy, jakbyśmy znali się od kilku lat. Oboje wiedzieliśmy, że on zaraz wyjedzie, toteż intensywność naszej znajomości była wzmożona. Cieszyliśmy się każdą wspólną chwilą i dogadywaliśmy się bez słów. Boję się, ponieważ oboje się napędzamy, kibicujemy sobie, wspieramy się, tęsknimy. Potrzebujemy siebie, przynajmniej tak mi się wydaje. Nie ma między nami różnic poglądowych i gdy byliśmy blisko, mieliśmy takie same oczekiwania co do bliskości. Czuję się przy nim bezpieczna, wiem, że mnie poprowadzi, gdy będę tego potrzebować, i pójdzie ze mną, jeśli sama wybiorę jakąś drogę. Jak sprawdzić, czy kolejny raz nie weszłam w toksyczną relację, w której będę jedynie małą dziewczynką potrzebującą kochania? Martyna, 21 lat

Tomasz Srebrnicki: Witaj! Odnosząc się do Twoich wątpliwości i wynikających z nich pytań, mogę udzielić Ci tylko jednej odpowiedzi: nie wiem. Więcej uwagi poświęciłbym zastanowieniu się nad tym, jakie przekonania kierują Twoim lękiem, który ja interpretuję w kategoriach lęku przed krzywdzącą czy zagrażającą bliskością. Porozumienie dusz, wspólne szybkie plany oraz zachwyt kompletnym poczuciem bezpieczeństwa, które daje nam druga osoba, powinny zapalić lampkę alarmową. Problem lęku przed bliskością często prowadzi do angażowania się w relacje zlane i bezgraniczne („dwie połówki jabłka” itp.) ze stale podwyższonym progiem czułości wobec potencjalnych sygnałów zagrożenia skrzywdzeniem przez drugą osobę. Jest to wzorzec zawsze różny dla różnych osób, jednakże co do zasady skrajnie obciążający obie strony relacji, generujący dużo napięcia i ostatecznie prowadzący do konfliktów. Problemem w takich relacjach jest często pomijanie długiego, żmudnego i pracochłonnego procesu budowania bliskości. Zakładamy po prostu, że ona jest, bo jest dobrze (czyli nie ma lęku). Jak temu zaradzić? Przede wszystkim zwolnić tempo relacji, przyjąć, że budowanie bliskości to długi proces, i przekierować wątpliwości z partnera („Czy jestem dla niego ważna?“) na siebie („Czy jestem ważna przy nim, a nie dzięki niemu?“). Zachęcam także do otwartości na ewentualną terapię par.

  1. Listy do Psychologa

On jest wiecznie w pracy

Problem nadmiernego zaangażowania w pracę jest wielopłaszczyznowy i może być konsekwencją, a nie przyczyną, wielu problemów. (Fot. iStock)
Problem nadmiernego zaangażowania w pracę jest wielopłaszczyznowy i może być konsekwencją, a nie przyczyną, wielu problemów. (Fot. iStock)

Mój problem, a raczej pytanie, jest prosty. Po czym poznać, czy ktoś jest już pracoholikiem? Pytam, bo martwię się o mojego męża. Moim zdaniem on już dawno przekroczył tę granicę – prawie go nie widuję w tygodniu, a jeśli już, to mijamy się w kuchni, jest przemęczony, rozdrażniony, w ogóle nie interesuje się tym, co dzieje się w domu. Kiedy próbuję o tym rozmawiać, ucina, mówi, że przesadzam. Że jego praca wiąże się z dużą odpowiedzialnością i na wiele rzeczy nie ma wpływu – jak na przykład godzina, o której kończą się negocjacje czy nagły wyjazd w teren. Tyle tylko że w efekcie nie mogę na niego liczyć i wszystko jest na mojej głowie. Rodzinne spotkania – nigdy nie wiem, czy się wyrobi. Przedstawienie w przedszkolu – mam już dosyć tłumaczenia go przed dziećmi. Nie wiem, jak długo tak wytrzymam. Co robić? Jak do niego dotrzeć? Czytelniczka

Tomasz Srebrnicki: Witaj. Problem nadmiernego zaangażowania w pracę jest wielopłaszczyznowy i może być konsekwencją, a nie przyczyną problemów, o których piszesz. Zachęcałbym Cię do tego, aby unikać terminu „uzależnienie”, który, choć bardzo kuszący (wszędzie teraz słyszymy o tzw. uzależnieniach behawioralnych, do których zalicza się pracoholizm), jest jednocześnie niezwykle ograniczający. Zwróć uwagę na fakt, że w istocie zgłaszasz problem braku obecności męża w domu, braku jego zaangażowania w jego prowadzenie (oprócz, jak domniemuję, finansów) oraz zaniedbywania kontaktów z dziećmi. To są realne trudności podawane przez Ciebie, które interpretujesz w kategoriach uzależnienia od pracy. Obawiam się jednak, że tylko Twój mąż zna odpowiedzi na pytania, czy będąc poza domem, jest tylko w pracy (nie mam na myśli kochanki czy podwójnego życia), i czy to faktycznie wzorzec zachowań, który nazywamy pracą, jest realnym problemem. Jedyne, co można stwierdzić (choć też niejednoznacznie), to zaburzenie równowagi pomiędzy "normalnym życiem" a pracą. Ponieważ obecna sytuacja jest źródłem Twojego cierpienia (choć też myślę, że cierpienia Twojego męża), uważam, że przyszedł czas na rozmowę z mężem o przyszłości Waszej relacji. Domyślam się, że napięcie pomiędzy Wami może być na tyle duże, że rozmowa we dwoje może się skończyć mało produktywnymi wnioskami. Dlatego proszę, abyś zachęciła męża do wpisania w kalendarz konsultacji z terapeutą par. Jeżeli ten oceni, że mąż ma faktycznie problem z pracą, z pewnością skieruje go do specjalisty.

  1. Listy do Psychologa

Jak żyć z permanentnym pesymistą?

W przypadku relacji z rodzicami, również tymi trudnymi, jesteśmy na nie poniekąd skazani, dlatego unikanie jest półśrodkiem.  (Ilustracja: iStock)
W przypadku relacji z rodzicami, również tymi trudnymi, jesteśmy na nie poniekąd skazani, dlatego unikanie jest półśrodkiem.  (Ilustracja: iStock)

Czy jest jakiś sposób na dołujących ludzi w naszym otoczeniu? Mam problem z moją mamą, która jest sfokusowana na same negatywy w życiu. Bywa, że dzwoni i przez 15–20 minut wylewa na mnie żale z całego dnia. Nie pomaga nic – przekierowywanie jej uwagi na pozytywne zdarzenia, obracanie opisywanych przez nią sytuacji w żart czy zadawanie pytań typu: „A co dobrego u Ciebie?”. Podobnie wygląda sytuacja podczas naszych spotkań. Do tego stosuje wobec mnie osłabiające komunikaty, typu że się do czegoś nie nadaję, że powinnam sobie odpuścić, bo to nie dla mnie. Nie dość, że nie mam od niej wsparcia, to jeszcze czuję, że podcina mi skrzydła. Po każdej takiej litanii nieszczęść czuję, jak spada moja energia i sama robię się zdołowana. Na razie widząc, że nie jestem w stanie jej zmienić, staram się chronić siebie – szybciej kończyć nasze rozmowy telefoniczne i rzadziej się spotykać. Ale wiem, że strategia uniku na dłuższą metę niczego nie rozwiąże. Martwię się o moją mamę – jest 70-letnią kobietą, mieszka sama. Z jednej strony chciałabym jej pomóc, pokazać jaśniejszą stronę życia, z drugiej widzę, że ona nie chce zmieniać swojego podejścia, że paradoksalnie jest jej z tym w pewien sposób dobrze. Mam wrażenie, że celowo wchodzi w rolę ofiary, małej dziewczynki, którą trzeba się zająć, żeby zwrócić na siebie uwagę. Czy można ją nauczyć podejścia, które nie byłoby toksyczne dla mnie i otoczenia? Nika, 30 lat

Tomasz Srebrnicki: Witaj, może trochę ulegam tak niemodnym obecnie stereotypom, lecz obawiam się, że zmiana postawy życiowej osoby w wieku 70 lat może okazać się dość karkołomnym zadaniem. Myślę, że warto przyjąć założenie, że wzorzec funkcjonowania Twojej mamy, także w kontekście przyciągania uwagi otoczenia, jest utrwalony przez lata praktyki i doświadczeń. Potraktuj go jako coś niezależnego od Ciebie i niemówiącego nic o Tobie. Twoja mama taka jest: narzekająca, niezadowolona z życia, ale także blokująca Twoje inicjatywy – pewnie po to, aby nie zostać samą. W relacji z trudnymi osobami obcymi faktyczne unikanie jest najrozsądniejszym sposobem postępowania. W przypadku rodziców, relacji, na które jesteśmy poniekąd skazani, zgadzam się, że unikanie jest półśrodkiem. Co zrobić? Niektórym osobom pomaga przyjęcie strategii aktora. Możesz sobie wyobrazić, że jesteś wspaniałą aktorką, która musi grać na scenie razem z narzekającą na wszystko partnerką. Twoim zadaniem aktorskim miałby być w tym przypadku dystans – jej narzekanie jest jej sposobem grania, a jej dołowanie Ciebie jej strategią na to, abyś nie przeniosła się do innego teatru. To trudna droga, ale warta wypróbowania, stawką jest Twój spokój.