1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Listy do Psychologa
  4. >
  5. Czuję, że z mężem łączy mnie tylko wspólny kredyt

Czuję, że z mężem łączy mnie tylko wspólny kredyt

- Na początku zadam być może prowokacyjne (choć wydaje mi się, że sensowne) pytanie: jeżeli ci z nim jest tak bardzo źle, to po co z nim jesteś? - pyta psychoterapeuta Tomasz Srebnicki. (Ilustracja: iStock)

Piszę, bo nie mam się komu wygadać, a ciężko mi na duszy. Mój mąż jest 20 lat po studiach, ma własną firmę, a mimo to totalnie blokuje każdą inicjatywę. Jest sfochowany bardziej niż niejedna kobieta przed trudnymi dniami. Pasja? Seriale i kanapa. Wakacje? Prezenty? Wyjazdy? Obiady? Jeśli je zainicjuję i zapłacę, to tak. On płaci rachunki – kredyt, gaz, prąd – i nic go więcej już nie obchodzi. A cała reszta? Nie poczuwa się. Zarabia tyle, ile potrzeba na rachunki. Kanapa do wymiany? To nie jego działka… itp, itd. Nawet nie chce mi się pisać. W sumie nie wiem, ile zarabia, bo nigdy mi nic nie daje. Co czuję? Że mam jakby brata, z którym związana jestem kredytem na dom i z którym muszę mieszkać. Sprzątanie, gotowanie – to wszystko spoczywa na mojej głowie, bo on jest wychowany w tradycyjnej rodzinie, gdzie to niemęskie zajęcia. Jestem tak nieszczęśliwa, zdołowana, że aż boli. Czuję się jak w klatce. Syn niedługo się pewnie wyprowadzi – a na razie jest jedynym sensem wspólnego bycia. Co wtedy?
Czytelniczka

Tomasz Srebnicki: Na początku zadam, być może, prowokacyjne (choć wydaje mi się, że sensowne) pytanie: jeżeli ci z nim jest tak bardzo źle, to po co z nim jesteś? Kiedy zadaję takie pytanie swoim pacjentkom, często w odpowiedzi dostaję grad pozornie racjonalnych odpowiedzi: „bo mamy razem dziecko, a dziecko powinno wychowywać się w pełnej rodzinie”, „bo mamy wspólny kredyt”, „bo nad związkiem trzeba pracować”. Oczywiście są to argumenty niedyskutowalne — można je rozwijać, przewijać na drugą stronę, rozdrabniać i kruszyć, a i tak będą ogólnie prawdziwe. Tylko że filtrując argumenty przez problem trudnego związku, można dojść do dramatycznie prostych rozwiązań. I na przykład przy pomocy mediatora ustalamy, jak najmniej robić sobie krzywdę, wychowując dzieci; podpisujemy umowę notarialną związaną z obsługą kredytu, która jest obwarowana karami w sytuacji, gdy któraś ze stron się z niej nie wywiąże; idziemy na terapię małżeńską. Często takie przeformułowanie spotyka się z brakiem akceptacji pacjentów — twierdzą, że nie o to chodzi. Pracując dalej, często widzą, że istotą problemu są przekonania — mając je, cierpimy, ale trwając przy nich, możemy chronić się przed bliskością ze światem, innymi i samym sobą. A jakie są twoje argumenty?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze