Salma Hayek: Kobiecy Kapitał

fot. BewPhoto

Gdy została matką, odkryła, że aktorstwo nie definiuje jej ostatecznie. najważniejsza stała się rodzina. Dziś Czuje się wolna od oczekiwań i nie musi sobie nic udowadniać.
wie, na co ją stać, i woli dobre życie od marnej sztuki.

Urodzona w Meksyku amerykańska aktorka z francuskim mężem i dzieckiem, które wychowuje w Londynie.

Wszystko prawda – tak o sobie czasami mówię. Publicznie!

Nie ma pani problemu tożsamościowego?

Niczego takiego nie czuję. Nie widzę też oznak schizofrenii. Nie mieszam języków, a mówię w czterech, nie mylę osób, a mam wielką rodzinę. Myślę, że udało mi się wszystko zgrabnie pogodzić i połączyć.

Jak to się robi?

Przede wszystkim trzeba chcieć. Wciąż czuję się mocno związana z Meksykiem, moją ojczyzną. Tam mam rodzinę, bliskich, tam się urodziłam i wychowałam. Byłam rozpieszczanym przez ojca dzieckiem – miałam wspaniałe dzieciństwo. To mój fundament, który procentował przez całe życie.

Jak tata rozpieszczał? Co robił?

Powtarzał mi, że jestem najlepsza i osiągnę wszystko, co będę chciała. Do dzisiaj tak myślę.

Przydało się pewnie, gdy trafiła pani do Stanów Zjednoczonych?

Ameryka to przede wszystkim moje życie zawodowe. Tu zdobywałam aktorskie szlify: odnosiłam pierwsze sukcesy, znosiłam porażki, uczyłam się siebie i tego, co to znaczy pracować na własne nazwisko i walczyć o przetrwanie. Bardzo cenna lekcja życia. Przeżyłam tam parę niezwykłych lat. Bywało ciężko, ale znacznie ciężej było w szkole z internatem, do której trafiłam jako 12-latka.

Musiała pani tęsknić za domem…

A skąd, po prostu było nudno. Na szczęście szybko odesłano mnie z powrotem. Nie wpisałam się w dyscyplinę, w schemat. Nic nie działało, zawsze byłam wbrew zasadom. A co do Stanów, to myślę, że wiele moich koleżanek miało trudniej. Mnie większe tragedie szczęśliwie ominęły.

(…)

Więcej w październikowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 10/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.