1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Materiał partnera
  4. >
  5. Rodzinne wakacje – jak się zabezpieczyć?

Rodzinne wakacje – jak się zabezpieczyć?

Zagraniczny wyjazd z dziećmi oznacza konieczność zaplanowania wszystkich detali. W tym tekście opowiemy Ci o tym, jak odpowiednio zabezpieczyć całą rodzinę na czas podróży oraz przeżyć wakacje w spokoju.

Najważniejsze jest ubezpieczenie

Jedynym skutecznym i zapewniającym kompleksową ochronę sposobem na zabezpieczenie całej rodziny jest wykupienie ubezpieczenia turystycznego. Nie chodzi jednak o pierwszą lepszą ofertę. Polisa powinna być dostosowana do potrzeb wszystkich uczestników wyjazdu. Najlepiej więc będzie, jeśli skorzystasz z Internetu i to właśnie tam poszukasz idealnego rozwiązania. Obecnie popularne są porównywarki oraz kalkulatory, które pomagają w wybraniu odpowiedniej oferty. Wystarczy tylko, że wpiszesz do formularza swoje dane oraz informacje dotyczące oczekiwań. Po chwili otrzymasz całą listę, pasujących do Ciebie i Twojej rodziny polis. Więcej informacji znajdziesz w tym kalkulatorze ubezpieczeń turystycznych: https://kalkulator.polisaturystyczna.pl/kalkulator/ubezpieczenia-turystyczne/.

Co powinno zawierać ubezpieczenie turystyczne dla rodziny?

Poniżej znajdziesz opis najważniejszych elementów, które muszą znaleźć się w polisie turystycznej dla rodziny.

  1. Koszty leczenia

Wyjazd z dziećmi to zawsze pewne ryzyko. Nagłe choroby oraz kontuzje mogą skutecznie popsuć wypoczynek. Właśnie dlatego bardzo ważne jest, by ubezpieczenie gwarantowało pokrycie kosztów leczenia poza granicami kraju. Pamiętaj, że w wielu kurortach nie ma publicznych przychodni, a turyści mają do dyspozycji wyłącznie prywatne kliniki, których ceny za usługi są bardzo wysokie. Jeśli jednak zaopatrzysz swoją rodzinę w ubezpieczenie, towarzystwo pokryje wszelkie koszty, wynikające z udzielenia pomocy Tobie lub Twoim dzieciom. Sprawdź, czy polisa działa przy zakażeniu koronawirusem.

  1. OC

Wypadki zdarzają się niemal każdemu. Jeśli więc podczas podróży lub pobytu spowodujesz niebezpieczne zdarzenie, w którym ucierpią osoby trzecie, ubezpieczyciel pomoże Ci uniknąć finansowych konsekwencji. Osoby poszkodowane otrzymają odszkodowania, a Ty nie zbankrutujesz.

  1. NNW

Jak już wspominaliśmy, nie zawsze wszystko da się przewidzieć. Niebezpieczne zdarzenia mogą spotkać Twoją rodzinę w każdym momencie. Istnieje jednak możliwość zabezpieczenia się przed konsekwencjami, płynącymi z tego typu sytuacji. Z ubezpieczeniem turystycznym otrzymasz pomoc finansową, jeśli Ty lub inne osoby objęte ochroną ulegną wypadkowi, a stan ich zdrowia się pogorszy. Środki finansowe wypłacone przez ubezpieczyciela będziesz mogła wykorzystać na leczenie lub rehabilitację. Sprawdź, dostępne sposoby ochrony przy wyjeździe do pracy tymczasowej: https://www.polisaturystyczna.pl/poradniki/ubezpieczenie-na-wyjazd-do-pracy-tymczasowej-za-granice

  1. Ochrona bagażu

Lotniska to miejsca, w których panuje chaos. Nie pomaga też konieczność upilnowania dzieci, ich walizek i cennych przedmiotów. Musisz wiedzieć, że złodzieje tylko czekają, by Twoja czujność spadła. Jeśli więc bagaż należący do osób ubezpieczonych zostanie skradziony lub zaginie, ubezpieczyciel zwróci koszty, które poniosłaś. Pamiętaj jednak, by zbierać dowody zakupów. W innym wypadku towarzystwo może odmówić pomocy.

  1. Rekompensata za odwołany lub opóźniony lot

Koronawirus sprawił, że wyjazdy w każdej chwili mogą zostać odwołane. Jeśli więc chcesz, by Twoja rodzina otrzymała rekompensatę za opóźniony lub odwołany lot i w rezultacie zepsute wakacje, zainwestuj w polisę turystyczną.

Podsumowanie

Rodzinny wyjazd to duże wyzwanie logistyczne, które trzeba zaplanować. Twoim priorytetem powinno być zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom, tak by mogli w pełni cieszyć się urokami letniego wypoczynku. Sprawdź też, co lepiej wybrać na wyjazd - ekuz czy ubezpieczenie (więcej na https://www.polisaturystyczna.pl/)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Życie w Wiedniu - jak się mieszka w Austrii?

Marta Guzowska jest autorem książki
Marta Guzowska jest autorem książki "Wiedeń. Miasto najlepsze do życia" (Fot. Getty Images; Milan Pinter/Wydawnictwo Wielka Litera)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kiedy już będę podróżowała za granicę, wiem, dokąd najpierw się wybiorę. A może nawet trochę tam pomieszkam... Przekonała mnie do tego Marta Guzowska, która w Wiedniu mieszka od 13 lat.

Wiedeń zawsze mi się kojarzył z bombonierką...
Bardzo trafne porównanie!

Jest tak szykowny, smakowity i zaskakujący. Nigdy nie myślałam jednak, że równie przyjemnie jest w nim mieszkać. Dzięki pani książce zapragnęłam się wręcz do niego przeprowadzić. Podaje pani wiele obiektywnych argumentów za taką decyzją, wspominając chociażby Global Liveability Index, czyli – w pani wolnym tłumaczeniu – Globalny Wskaźnik Życiowości, który obejmuje takie kategorie, jak: stabilność, infrastruktura, edukacja, opieka zdrowotna, kultura i środowisko (w każdej z nich Wiedeń przoduje), ale ja chciałabym spytać o pani subiektywne „za”.
Po pierwsze, woda. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale w Wiedniu jest fenomenalna woda, sprowadzana akweduktem prosto z gór. Ja naprawdę w źródlanej wodzie myję włosy i taką też spuszczam w toalecie. Do tego jest wprost idealna do picia i smaczna. Drugi argument to komunikacja miejska. Jestem słabym kierowcą, ale nawet gdybym była świetnym, to nie chciałabym się poruszać po mieście samochodem. Korki, remonty i w dodatku nigdy nie ma wolnego miejsca do parkowania. Ale w Wiedniu nie ma w ogóle takiej potrzeby. Choć mieszkamy na dalekich przedmieściach, nigdy nie jeździmy do centrum autem. Bardzo ważnym powodem są też ludzie. Wiedeńczycy to oczywiście specyficzna mieszanka fajnych i niefajnych cech, co zresztą można powiedzieć o mieszkańcach prawie każdego dużego miasta, ale ich najlepszą cechą jest ta, że są szalenie uprzejmi w przestrzeni miejskiej, zwłaszcza wobec obcych. Kiedy miałam małe dzieci i chodziłam wszędzie z wózkiem – musiałam go wręcz wyrywać z rąk zupełnie przypadkowych przechodniów, którzy co chwila chcieli mi pomóc go przenieść, wnieść czy przestawić. I to się udziela. Ja też się rzucam od razu, żeby komuś pomóc, właśnie dlatego, że taka jest ogólnie panująca atmosfera w mieście.

Pisze pani, że Wiedeń jako jedno z niewielu europejskich miast zachował urocze kameralne zwyczaje, jak małe kina, które grają ciągle ten sam film.
Wychowałam się w małym miasteczku pod Warszawą i jako dziecko latałam właśnie do takich kin, bo wtedy one jeszcze istniały. A w Wiedniu to nadal trwa. Jest tu wiele takich miejsc i nie mają one wcale najnowocześniejszego systemu nagłośnienia, a często nawet nachylenia podłogi. Ale za to mają mały bar i można wejść na salę z kieliszkiem prosecco! Kolejna sprawa to wiedeńskie kawiarnie, do których nie idzie się po to, by załatwić jakieś interesy czy pracować, ale po prostu po to, by posiedzieć. To oczywiście nie dotyczy już młodego pokolenia, bo ono rzadko bywa w takich miejscach, natomiast pokolenia średnie i starsze przychodzą do kawiarni właśnie po to, by się odciąć od rzeczywistości, zasłonić się gazetą na specjalnym drewnianym uchwycie, wypić w spokoju kawę; albo żeby się spotkać ze znajomymi i poplotkować. Bardzo rzadko zdarzało mi się widzieć tu – mówimy o czasach sprzed pandemii – kogoś z komórką przy uchu.

Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images) Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images)

Nie przypuszczałam, że w historii wiedeńskiej gastronomii jest tylu Polaków. Jerzy Franciszek Kulczycki, założyciel jednej z pierwszych kawiarni w Wiedniu. Franciszek Trześniewski, który w 1902 roku zaczął serwować „otwarte” kanapki (nieprzykryte drugim kawałkiem chleba).
Oba nazwiska są tu tak zniekształcane, że długo nie mogłam się domyślić, iż Kulczycki był Polakiem; dopiero kiedy przeczytałam o nim na tabliczce na ulicy jego imienia, gdzie znajduje się też jego urocza statuetka.

Wiedeń jest oczywiście miastem wielu znanych kompozytorów i malarzy, ale po lekturze pani przewodnika zapamiętałam głównie nazwiska kobiece. Przede wszystkim cesarzowa Sisi, ale też Alma Mahler, o której, przyznaję, niewiele wiedziałam, poza tym, że była żoną Gustava Mahlera.
Miałam dokładnie tak samo. Anegdota, którą opisuję w książce, jest w stu procentach prawdziwa. Otóż kiedy rodziłam córkę, anestezjolog przed cesarką zapytał mnie, jak będzie miała na imię. Powiedziałam: „Alma”, bo bardzo nam się zawsze podobało to imię. Na co on odparł: „Znaczy po Almie Mahler”. Wiedziałam, że był ktoś taki jak pani Mahler, ale niewiele więcej. Zaczęłam drążyć temat i przekonałam się, że Alma była muzą nie tylko Gustava, ale całego Wiednia, moim zdaniem bardzo nieszczęśliwą kobietą i ofiarą swoich czasów, ale też fascynującą osobą. Urodziła się w świecie mężczyzn i przeżyła w nim całe życie. A w takim świecie kobieta musi być jedynie piękna, aby kogoś skusić. Alma miała wielki talent muzyczny, którego nigdy nie wykorzystała. Mąż po ślubie zakomunikował jej wyraźnie, że od muzyki w rodzinie to jest on. Wiedeń długo był bardzo patriarchalnym miastem, ale powoli to się zmienia. Niedawno mieliśmy wybory samorządowe i było w nich bardzo dużo startujących kobiet.

A w jednej z podmiejskich dzielnic, Aspern Seestadt, wszystkie ulice nazywa się na cześć sławnych wiedenek.
To moja ukochana dzielnica Wiednia. Leży nad jeziorem – stąd jej nazwa. Gdyby moje dzieci nie chodziły już do szkoły w innej, daleko położonej części miasta, to chętnie bym się tu przeprowadziła. Cudownie zaprojektowana przestrzeń miejska, a w dodatku, tak jak pani mówi, wszystkie ulice i place, oprócz jednego, mają nazwy na cześć kobiet. Niby drobiazg, ale dla mnie wiele znaczy. Wiedeń zaczyna się robić kobietą. Fajnie jest to obserwować trochę z zewnątrz, bo cudzoziemiec nigdy nie stanie się częścią tego miasta, choćby żył tu długo i miał wielu przyjaciół. Chociaż muszę pani powiedzieć, że moje dzieci czują się wiedeńczykami. Nie czują się Austriakami, którymi zresztą nie są, bo mój mąż jest Węgrem, ale wiedeńczykami – tak.

Wiedeń jest chyba jakimś ewenementem na tle całej Austrii.
Zdecydowanie. Wiedeń to nie jest Austria, tak jak Berlin to nie są Niemcy, Paryż to nie jest Francja, ale też Warszawa to nie jest Polska. Wielkie miasta mają jednak swoją specyfikę, a ta Wiednia jest już przecudowna. Od lat 30. XX wieku jest „czerwony”, czyli zawsze wybory wygrywają tu socjaldemokraci, podczas gdy cała reszta kraju jest mniej lub bardziej prawicowa. Przez wieki był stolicą wielkiego imperium i to poczucie wielonarodowości i wielokulturowości pozostało. Tu każdy jest u siebie i na miejscu. Ale też pozostała po tamtych czasach potworna biurokracja. To bardzo otwarte, nowoczesne miasto, także bardzo proekologiczne.

To chyba znak naszych czasów, że bardziej utożsamiamy się z miastami niż z krajami.
Też to obserwuję. Zwłaszcza w takim kosmopolitycznym mieście, jakim jest Wiedeń, gdzie naprawdę trzeba się namęczyć, by mieć samych znajomych Austriaków, a wręcz jest to niemożliwe. Kocham to. Już się nie dziwię, gdy słyszę, że ciemny jak heban sprzedawca mówi z rozkosznym austriackim akcentem, którego ja nie jestem w stanie się nauczyć, mimo starań. Jak wiadomo, austriacki to nie niemiecki i Niemcy często się śmieją z Austriaków. Powiedziałabym, że niemiecki tu jest bardziej miękki.

Można go wręcz polubić…
No, a poza tym nikt nie zwraca uwagi na błędy. Kiedy tu przyjechałam, mówiłam bardzo słabo po niemiecku i okropnie mnie to stresowało. Jak się okazało, tylko mnie. Do dziś pamiętam, jak nauczycielka moich dzieci mówiła: „Przecież mówisz bardzo dobrze po niemiecku. Rozmawiamy? Rozmawiamy!”.

Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta. Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta.

Chyba najbardziej lubi pani wiedeńczyków za ich dziwactwa.
Oj tak! Nie wiem, jak mogłam kiedyś myśleć, że to jest nudne miejsce; sądziłam, że ciekawy to może być Londyn albo Berlin. No, może poza wystawami, bo mają tu naprawdę przednie muzea. Jakże się pomyliłam! Wiedeńczycy są cudownie pokręceni. Trzeba tylko zlizać ten lukier z zewnątrz i przyjrzeć się temu, co pod powierzchnią. Oczywiście na to trzeba trochę czasu. Na przykład mają wielkie upodobanie do makabresek, uwielbiają czarny humor i plotki. Jak twierdzi mój znajomy Radek Knapp, który też jest pisarzem i mieszka tu od 40 lat, wiedeńczyk, jak ma problem, to najpierw idzie do kawiarni, czyta gazetę, pije kawę i liczy na to, że problem się sam rozwiąże.

To prawda, że Wiedeń jest najpiękniejszy w grudniu i styczniu?
Zdecydowanie tak. Tutejsze jarmarki bożonarodzeniowe to bombonierka do potęgi entej. Robione z ogromnym przepychem. Co prawda kończą się tuż przed świętami, ale umilają ponury adwentowy czas. Niektóre są turystyczne i tandetne, ale wiele jest naprawdę przepięknych. Naszym ukochanym jest jarmark bożonarodzeniowy przy placu Freyung, niedaleko dawnej dzielnicy żydowskiej, obecnie bardzo ekskluzywnej. Druga rzecz to muzyka – przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą dają tu fantastyczne koncerty w kościołach, dostępne dla wszystkich. A w styczniu przed ratuszem rozkłada się wielkie otwarte lodowisko.

To za rok koniecznie przyjadę. Jak tylko pandemia zluzuje. Właśnie, jak wiedeńczycy sobie z nią radzą? W historii mają doświadczenie hiszpanki, na którą zmarł choćby genialny Egon Schiele, ale też cholery i dżumy, na świadectwo której postawili słynną morową kolumnę.
Oni rzeczywiście są w pewnym stopniu zahartowani. Krąży tu obecnie wiele dowcipów na temat pandemii. Bo jak nikomu nie jest do śmiechu, to wiedeńczyk uważa, że właśnie wtedy trzeba opowiedzieć dowcip. Był taki moment, na samym początku, gdy wykupiono wszystko, łącznie z papierem toaletowym, ale to była chwila. Obecnie wszyscy podchodzą do kwestii pandemii ze spokojem. Nosimy maseczki i stajemy w kolejce do piekarni w niedzielę rano w dwumetrowych odstępach – tak, mamy tu piekarnie otwarte w niedzielę, chociaż wszystkie inne sklepy są zamknięte. Nie do końca wiem, czy ten spokój bierze się z pogodzenia z sytuacją, na zasadzie „nie takie rzeczy już przechodziliśmy”, czy z przekonania, że i tak kiedyś wszyscy umrzemy.

Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images) Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images)

A może wiedeńczycy wiedzą, że jak już przyjdzie się im pożegnać z życiem, to spoczną na jednym z tutejszych wspaniałych cmentarzy, pod fantazyjnym nagrobkiem?
I będą mieli wyprawiony wystawny pogrzeb. W książce piszę, że wiedeńczycy lubują się w pompie, a trudno o coś bardziej pompatycznego niż wystawny pogrzeb. W tym mieście memento mori trzeba rozumieć raczej jako: „Pamiętaj, że umrzesz, a twoje zwłoki podczas wspaniałego pogrzebu będzie podziwiać pół miasta”. Tak więc to, co pani mówi, wcale nie jest wykluczone. 

Marta Guzowska, pisarka, dziennikarka, archeolożka. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru za debiut literacki, kryminał „Ofiara Polikseny”. W Wiedniu mieszka z mężem, dwójką dzieci i psem.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera

  1. Styl Życia

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie "Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie

  1. Kultura

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca

W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii. (Fot. materiały prasowe)
W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nowe obostrzenia w całym kraju to niedobry moment na planowanie podróży? A może wręcz odwrotnie, może właśnie takie planowanie to dobry sposób, żeby myślami wyrwać się z pandemicznej rzeczywistości? Co powiecie na Stambuł? Pojawił się kolejny powód, dla którego warto go odwiedzić.

Miasto dwóch kontynentów – położone i w Europie i w Azji. Olbrzymie z prawie 20 milionami mieszkańców, nieoczywiste, piękne, mroczne. W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Położone w dzielnicy Beyoğlu, przy słynnym deptaku İstiklal Caddesi (pol. Aleja Niepodległości) w europejskiej dzielnicy Stambułu, swoją działalność rozpoczęło w 1948 roku, a historia budynku, w którym kino się znajduje sięga jeszcze bardziej wstecz – neoklasycystyczną kamienicę ukończono w 1870 roku za panowania sułtana Abdulaziza. To miejsce wielu wyjątkowych premier, festiwali (w tym Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fabularnych w Stambule) przez dwa ostatnie lata było zamknięte na głucho z powodu renowacji. Pracami konserwatorskimi zostały objęte między innymi takie miejsca jak scena, widownia, nagłośnienie i foyer. W odnowionym kinie dostępnych jest 483 miejsc siedzących, odnowiona scena o wymiarach 13x7 metrów, możliwe są tu projekcje w wysokiej jakości obrazu 4K, ale także inne niż filmowe wydarzenia, sala przystosowana jest m.in. do spektakli teatralnych.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Renowacji poddane zostało także mieszczące się w tym samym budynku Muzeum Kinematografii. Instytucja udostępnia cyfrowe kopie wszystkich filmów nakręconych w historii tureckiego kina. W muzeum można też będzie zobaczyć krajowe i międzynarodowe nagrody i wyróżnienia, które kino tureckie otrzymało na przestrzeni lat.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe)

A z ciekawostek – wśród zagranicznych gości podczas ceremonii otwarcia kina i muzeum znalazł się znany reżyser Guy Ritchie, który kręci właśnie w Turcji swój najnowszy film „Five Eyes” z Jasonem Stathamem, Joshem Harnettem i Jacquie Ainsley.

  1. Styl Życia

Sztuka noszona - niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej

Sztuka noszona- niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej. (Fot. Andrzej Kupniewski)
Sztuka noszona- niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej. (Fot. Andrzej Kupniewski)
Pochodzi z Meksyku i zarazem z Polski. Unikat. Przypomina Elżbiecie Dzikowskiej ukochanego człowieka i miłe sercu miejsce.

Głównym elementem tego naszyjnika jest główka olmecka z Meksyku. Cywilizacja olmecka, sprzed 4000 lat, jest najstarszą cywilizacją w Meksyku i stanowi podstawę wielu innych cywilizacji, między innymi Majów. Owa główka to kopia, ale tak sobie myślę, że a nuż to oryginał?

Dostałam ją od mojego męża Tony’ego Halika. Było to prawie pół wieku temu, w Meksyku. Po raz pierwszy pojechałam tam w 1964 roku wysłana przez pismo „Kontynenty”. A ten naszyjnik dostałam dziesięć lat później, kiedy pojechałam po raz kolejny i kiedy poznałam Tony’ego. Zwiedzaliśmy razem park archeologiczny La Venta w Villahermosa, gdzie zgromadzono najwybitniejsze dzieła sztuki olmeckiej, między innymi ogromne kamienne głowy o charakterystycznych, jakby afrykańskich rysach. Zachwyciłam się. I Tony kupił mi maleńką ich kopię z zielonego jadeitu. Od dawna jestem fanką biżuterii, którą zwożę z całego świata, a potem ofiarowuję Muzeum Podróżników w Toruniu imienia Tony’ego Halika, które posiada chyba największą w Polsce kolekcję biżuterii etnicznej.

Ten naszyjnik pochodzi z Meksyku, ale też z Polski. A to dlatego, że główkę olmecką dałam do oprawy mojemu przyjacielowi, znakomitemu złotnikowi Andrzejowi Kupniewskiemu, którego wyobraźni nie ograniczam.

Mam wiele jego dzieł, to małe rzeźby, ale jak na biżuterię – duże formaty. Ja je nazywam sztuką noszoną. Bo to z całą pewnością sztuka przez duże „S” w znakomitym wydaniu. A noszona, bo zakładam je do skromnych jednokolorowych sukienek, które stanowią jedynie tło dla tych dzieł biżuteryjnych. Po moim długim życiu trafią wszystkie do muzeum w Toruniu. Co spojrzę na ten naszyjnik, a zakładam go na wyjątkowe okazje, to widzę mojego męża. Przypomina mi się Meksyk ze swoimi starymi, prekolumbijskimi cywilizacjami, a zwłaszcza z olmecką, którą szczególnie się interesuję. Jeździłam jej tropem po tym wspaniałym i ciekawym kraju. Przypominają mi się także okoliczności otrzymania tego prezentu. Teraz w Paryżu trwa ogromna wystawa sztuki olmeckiej, szkoda, że nie mogę jej zobaczyć.

Mam więc z tym naszyjnikiem wiele ciekawych wspomnień. To wyjątkowe dzieło, niepowtarzalne, unikat. Bardzo sobie go cenię i mam do niego niezwykle ciepły stosunek. Jak tylko go włożę, od razu lepiej się czuję.

Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba)  Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba) 

  1. Styl Życia

Przemysław Kossakowski: Wystrzelili mnie w kosmos

Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Mam swoje opus magnum, zdecydowanie. I nie chodzi mi o to, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym. Zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami – mówi Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik.

Jesteś człowiekiem „w drodze”, wciąż w podróży, w każdym razie takiego cię znamy. Jak przetrwałeś ten miniony rok w zamknięciu?
Mam to szczęście, że nie jestem uzależniony od żadnego stanu. Nie muszę się przemieszczać, żeby żyć. Jedyne, czego rzeczywiście potrzebuję koniecznie, to wysiłek fizyczny, ale ten mogę zapewnić sobie w każdym miejscu. W moim życiu były bardzo długie okresy „stacjonarności”. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, potrafię także w tym odnaleźć przyjemność, nie czuję się źle. Poza tym, tak naprawdę, to moje intensywne podróżowanie związane jest z telewizją, więc zaczęło się stosunkowo niedawno, kiedy byłem już w pełni ukształtowanym człowiekiem. Ta nowość nie zdążyła mnie jeszcze w tej kwestii zmienić, ale na pewno bardzo mnie wzbogaciła. Jedyny problem, jaki mi doskwiera, to ograniczony z powodu pandemii kontakt z drugim człowiekiem. Ale umiem siedzieć w domu, wiele lat przesiedziałem w domu.

Mówisz o kontakcie z drugim człowiekiem. Gdy ogląda się twoje programy, można odnieść wrażenie, że to jest właśnie coś, co cenisz sobie najbardziej. Czy w podróży liczy się dla ciebie przede wszystkim jej cel, czy towarzystwo?
Zdecydowanie to drugie! Jasne, to wielka frajda poznawać świat, zmieniać strefy klimatyczne i scenerię, oglądać różne oblicza natury. To fascynujące, ale bez tego mógłbym się obyć. Kontakt z drugim człowiekiem to dla mnie esencja odkrywania. Nie wiem, z czego to wynika, ale najbardziej frapuje mnie różnorodność charakterów, osobowości, obyczajów i przyzwyczajeń ludzkich, a nie różnorodność krajobrazu.

Czy to znaczy, że gdyby nie ludzie, nie umiałbyś czerpać, korzystać z podróżowania?
Od czasu do czasu, dla higieny psychicznej, wyjeżdżam sam. Zapadam się wtedy w lesie na Podlasiu w naturę i czerpię z tego siłę. Tkwię w ciszy i bezruchu. Lubię tę intymność. Ale w każdym innym podróżowaniu, w tym podróżowaniu, które opisuję w telewizji, liczy się właściwie wyłącznie człowiek. Tylko przez ludzi umiem opisać rzeczywistość.

Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal) Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal)

Czy jesteś człowiekiem, który uważa, że można śmiać się absolutnie ze wszystkiego? Wiem, o co pytasz. Nie, uważam, że są granice, ale ja mam je dosyć daleko przesunięte. I sądzę, że to powód, dla którego tak dobrze „zagrałem” w kontakcie z osobami z zespołem Downa. Bardzo dużo się ze sobą śmialiśmy. To był dla mnie powrót do dziecięcej substancji w przeżywaniu. Oni mnie wciągnęli na swoją orbitę. A ta orbita składa się ze wszystkiego, co dorosły człowiek z czasem traci. Tracimy zachwyt nad prostymi rzeczami. Jeśli się na coś napatrzymy, już się nigdy tym nie zachwycimy. A dziecko może zachwycać się czymś, co dobrze zna, bez końca, bo potrafi wciąż nadawać temu inne znaczenie, inny kontekst. W kilku zbitych deskach potrafi zobaczyć galeon, na który można wsiąść i popłynąć, żeby odkryć nowe lądy. Im jesteśmy starsi, tym ten „galeon” coraz mocniej się zaciera, aż w końcu zostaje tylko kilka zwyczajnych desek – to oznacza, że jesteśmy dorosłymi! Krzesło, na którym siedzimy, już nie może być fotelem w statku kosmicznym itd.

Robi się smutno?
W pewnym sensie tak, choć raczej większość z nas w ogóle nie zauważa źródła tego smutku. Ja miałem szczęście, bo bohaterowie „Down the Road” zaproponowali mi powrót do tego stanu, wystrzelili mnie – i wciąż wystrzeliwują, bo mamy ze sobą kontakt – w kosmos. Ale nie chciałbym być źle zrozumiany – nie chcę powiedzieć przez to, że ludzie z zespołem Downa są infantylni, absolutnie nie. Tu chodzi o coś innego, o umiejętność korzystania z potencjału wyobraźni. Z wielką przyjemnością dałem im się wciągnąć w ten świat i, wracając do twojego pytania, śmialiśmy się razem ze wszystkiego, wkręcaliśmy siebie nawzajem. Choć przyznam, że musiałem się przełamać, na początku pierwszego sezonu programu czułem się skrępowany. Uruchomiły się rozmaite blokady: „Nie powinienem”, „Nie wypada”, „Robienie sobie żartów z osoby z zespołem Downa jest nie na miejscu” itd. Poszedłem wtedy na konsultację do pracujących na planie terapeutek i zwierzyłem się, że mam problem, bo moja natura jest taka, że często sobie z ludzi, z siebie też, żartuję, a nie wiem, czy w tym przypadku mogę to robić. Usłyszałem, że jeżeli zamierzam poddać się takiej autokontroli, jeżeli będę się ciągle zastanawiał się, czy to, co chcę zrobić, albo to, co chcę powiedzieć, jest właściwe czy nie, to stracę szansę na dogadanie się z tymi ludźmi! Oni nie będą czekać na wynik moich kalkulacji, a poza tym oni tę kalkulację wyczują i odsuną się ode mnie, tak jak ludzie uczciwi odsuwają się od kłamców.

Wyczują sztuczność?
Dokładnie. Jeśli nie będę robił tego, na co mam ochotę, oni w mig to wychwycą – to bardzo bystre osoby – i nawet jeśli tego nie powiedzą, nie nazwą, to nie pozwolą się do siebie zbliżyć, bo nie będę dla nich wiarygodny. Będę w ich oczach obserwatorem, cenzorem, a nie przyjacielem. Przede wszystkim poczują, że jestem na nich zamknięty, a oni mają wokół siebie wystarczająco dużo zamkniętych na nich ludzi, ludzi, którzy sprawiają im cierpienie, bo nie chcą ich do siebie dopuścić.

Przełamałem się raz, a potem już to wszystko gładko popłynęło. Jest taka scena w drugim sezonie, kiedy jedziemy samochodem i w pewnej chwili mówię do nich, że już mam dość tej naszej sielanki i chciałbym się z nimi pokłócić. Oni jednym głosem odpowiadają: „No co ty, nie ma mowy!”, ale za moment jeden z nich, Janek Skiba, podejmuje rękawicę. I nagle zaczynamy przerzucać się wyzwiskami! Janek mówi do mnie, że jestem: matołem, tępakiem, prostakiem, a ja nie pozostaję mu dłużny. Pomyślałem sobie chwilę po tej soczystej wymianie, że to jest nieprawdopodobne, co ci ludzie ze mną zrobili. Rok temu w życiu bym sobie na to nie pozwolił, bo byłem poblokowany i myślałem, że nie wolno mi powiedzieć do kogoś z niepełnosprawnością przykrej rzeczy. A tymczasem umówiliśmy się na jakąś konwencję i poszliśmy w nią ramię w ramię! Zabawa była genialna – powstała świetna scena, w której prowadzący program obraża człowieka z zespołem Downa, a ten nie pozostaje mu dłużny, cała reszta kibicuje, oczywiście nie mnie, tylko Jankowi! Skończyliśmy, zapadł werdykt, że wygrał Janek, dostanie więc nagrodę, którą sobie wcześniej wymyślił – dowiedziałem się dopiero wtedy, że była nią moja żona i że ją właśnie przegrałem!

Miałem potem taką refleksję, że w tym naszym świecie, coraz bardziej kneblowanym przez coraz silniej patologizowaną poprawność, taka sytuacja mogła wydarzyć się tylko w towarzystwie tych ludzi. Mam wielki przywilej, że jesteśmy ze sobą blisko, że siebie mamy, że mogłem ich poznać. Ekscytujące.

Ci, którzy oglądają twoje programy, wiedzą, że ty tych ekscytujących historii masz na swoim koncie już całkiem sporo, ale rozumiem, że to coś zupełnie nowego, zupełnie inny rodzaj ekscytacji.
Tak, to jest kompletnie inny rodzaj doświadczenia. W moich wcześniejszych projektach spotkanie z człowiekiem było tylko chwilą, spędzaliśmy wspólnie kilka intensywnych dni, a potem każdy szedł w swoją stronę i nasze drogi już nigdy się nie przecinały, nie było kontaktu. Więc to nigdy nie była głęboka więź, bo głębokiej relacji nie da się zbudować w kilka dni. A tu, po pierwsze, wyjeżdżamy razem na trzy tygodnie, jesteśmy non stop razem. Po drugie, kiedy kończy się projekt, i w przypadku pierwszego, i w przypadku drugiego sezonu, my wciąż mamy ze sobą stały kontakt. Pół godziny temu rozmawiałem właśnie z Jankiem Skibą, umówiliśmy się na jutro na spotkanie.

Masz z nimi kontakt, bo za nimi zwyczajnie, tak po ludzku, tęsknisz?
Tęsknię bardzo. Za każdym z nich z osobna, za charakterem, poczuciem humoru, za twarzą, ale to jest też coś więcej. To jest tęsknota za stanem, w którym się dzięki nim znajduję. Wiem, egoistyczne, ale taka jest prawda. I to był jeden z powodów, dla których po powrocie z pierwszego wyjazdu z moimi bohaterami postanowiłem zostać w tym świecie.

To znaczy?
To znaczy, że ostatni rok regularnie uczęszczałem jako wolontariusz na warsztaty terapii zajęciowej w Warszawie, na Pradze. Spędzałem tam czas z ludźmi nie tylko z zespołem Downa, lecz także ze schizofrenią czy z autyzmem.

I nie jest to poświęcenie.
Potrzebowałem tego, to na pewno, wiele z tego czerpię dla siebie. Ale chcę też powiedzieć, że to nie tylko „łatwe, miłe i przyjemne” spotkania. Bohaterowie „Down the Road” to osoby, które przeszły przez castingi, mówiąc fachowym językiem – to ludzie wysoko­funkcjonujący: wiele rzeczy są w stanie robić sami, są dość niezależni. Natomiast i zespół Downa, i autyzm mają swoje szerokie spektrum i są także osoby niskofunkcjonujące, które nie mają zbyt dużej autonomii, wymagają praktycznie ciągłej opieki i pomocy. Takie także spotykam na terapii zajęciowej – i to już nie są wyłącznie radosne chwile… Tu dołącza się jeszcze inny aspekt – myślę o tym w kategoriach mojej moralnej powinności. To już nie jest tylko zabawa, śmiech i powrót do dzieciństwa, to już coś, co mogę nazwać – nawet jeśli zabrzmi to dla niektórych patetycznie – posługą. Posługą, którą jako neurotypowa większość jesteśmy tym ludziom winni. I tyle. Oni i ich rodziny bardzo często pozostawieni są przez system, ale też przez społeczeństwo sami sobie.

Czy ta posługa bywa frustrująca?
Bywa. Spotykam osoby, które mają kłopot z mówieniem w ogóle, ale też takie, które nie są w stanie nazywać swoich emocji, opisać, co czują. Ktoś płacze, a ty nie wiesz dlaczego, nie możesz do niego dotrzeć w żaden sposób, zrozumieć. Tak, to bywa frustrujące…

Co zobaczyłeś w sobie, kiedy zetknąłeś się z takim murem?
Że mam bardzo duże braki, że dużo nauki przede mną, to tak, jakbym zaczynał uczyć się zupełnie nowego języka, i to z grupy tych trudnych. Ale akurat to mnie motywuje, chcę w to wchodzić głębiej, chcę – znowu będzie patetycznie – jakoś, na miarę swoich możliwości, im pomóc, dawać chwilową ulgę. Jak pierwszy raz udało mi się kogoś zza tego muru rozbawić, byłem naprawdę szczęśliwy.

Wiesz, ja pierwszy raz w życiu, właśnie teraz, poczułem się przydatny, tak naprawdę pożyteczny. Od pewnego czasu chodziły mi po głowie myśli, żeby zrobić coś sensownego, dobrego, ale zupełnie nie miałem pojęcia, co by to mogło być. Poza tym to były tylko myśli, a nie prawdziwa, głęboka potrzeba. Kiedy poznałem ludzi z zespołem Downa, to wszystko samo się ułożyło – wykiełkowała potrzeba i jednocześnie znalazł się na to sposób. Dwa w jednym. Tu, gdzie teraz jestem, czuję się pożyteczny i chcę zachęcić innych do wolontariatu. Proszę wierzyć, to nie jest coś, co zabiera życie, dramatycznie każe zmienić codzienność, to mogą być zaledwie trzy godziny w tygodniu. Tylko tyle i aż tyle. Chciałbym, żeby zachwyt widzów programu „Down the Road” nie był jedynie chwilą zabawy przed telewizorem, tylko żeby coś w ludziach rozpalił, przeniósł się na realne, nawet drobne działania. Narzucam się z opowieścią o moim wolontariacie nie dlatego, że chcę ci się pochwalić, ale dlatego, że to naprawdę jest dużo prostsze, niż sądzimy, a można w ten sposób coś realnie poprawić. Jestem samozwańczym ambasadorem wolontariatu! Dziś pole do działania jest gigantyczne. Marzy mi się, że wolontariat stanie się modny.

Motywacje i intencje cię nie interesują?
Zupełnie nie, akurat tu naprawdę liczy się wyłącznie efekt. Wiem, że ludzie czasem by chcieli, ale się boją. Rozumiem, też się bałem przed pierwszym spotkaniem z moimi bohaterami „Down the Road”. Bałem się, że nie będę wiedział, jak się zachować. Bałem się, czy dam radę. I tu znowu miałem szczęście, bo oni doskonale wiedzieli, co zrobić z moim lękiem. Skracanie dystansu wzięli na siebie i zrobili to po mistrzowsku. Oswoili mnie bardzo fachowo. Ale myślę, że ja też się sprawdziłem i sprawdzam się nadal.

To jedna z najważniejszych „przygód” w twoim życiu?
To moje opus magnum, zdecydowanie. I nie mówię o tym, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym, więc zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami. Moje życie obfitowało w wiele, czasem dość dramatycznych zmian. Długo byłem zawieszony, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, nie miałem żadnej konkretnej wizji siebie. Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam.

Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik. Ukończył studia na Wydziale Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Początkowo zajmował się malarstwem. Później pracował jako nauczyciel, drwal, mechanik samochodowy. W 2012 roku został zatrudniony jako dokumentalista w stacji TTV i zaczął pracować jako dziennikarz i prowadzący programy. W lutym na antenie TTV będzie można oglądać nowy sezon formatu „Down the Road”.