1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Materiał partnera

Siła w parze z wrażliwością

Maria Andrejczyk, oszczepniczka, dwukrotna olimpijka i wicemistrzyni olimpijska, wielokrotnie ustanowiła rekord Polski w rzucie oszczepem. (Fot. Paweł Skraba/materiały prasowe)
Kobieca solidarność w sporcie istnieje i ma się bardzo dobrze. Oby nic się w tej kwestii nie zmieniło. Bo czasy są pod tym względem mało ciekawe – mówi Maria Andrejczyk, lekkoatletka i bohaterka kampanii L’Oréal Paris „Patrz na świat po swojemu. Wyraź to makijażem”.

Jesteś uparta, zdeterminowana, dążysz do celu. Zawsze to w sobie miałaś, to Twój charakter czy sport Cię tego nauczył?
Maria Andrejczyk:
Zdecydowanie mój charakter! Od dziecka byłam obrzydliwie uparta. Poza tym wychowałam się w towarzystwie czterech braci – to naznacza. W domu non stop panowała wojna, wszystko trzeba było sobie wywalczyć – pilot do telewizora, najlepsze siedzenie w samochodzie czy miejsce w kolejce do gry komputerowej. Więc, natura naturą, ale życie dołożyło swoje…
I rzeczywiście, kiedy czuję, że jestem w stanie coś zrobić, będę walczyć, dopóki starczy mi sił.

Niemożliwe dla Ciebie nie istnieje, bo trochę przeszkód już na swojej drodze miałaś: poważna kontuzja barku, choroba nowotworowa. Miałaś momenty zwątpienia, kiedy myślałaś: „Teraz to już chyba nie dam rady”? Czy ten rodzaj narracji nie występuje w Twoim wewnętrznym słowniku?
Wszystko jest ludzkie, każdy czasem musi poczuć się słaby, ja też tak mam. Są chwile, kiedy trawię kłopoty, trudne emocje, muszę się zatrzymać i odpocząć. Ale mam taką zdolność, tym razem wypracowaną, że po kryzysach wracam ze zdwojoną siłą, z nowym zapałem i poziomem motywacji, o którym nawet nie śniłam.
Wydaje mi się, że pozwolenie sobie na słabość jest ważniejsze, niż sądzimy. Nie wolno traktować siebie jak maszyny do zwyciężania. Akurat tego musiałam się nauczyć. Tym bardziej że dostrzegam takie przykre zjawisko, iż niektórzy kibice traktują zawodowych sportowców właśnie w taki sposób – jak robota, który ma wygrywać. Nie mamy prawa do gorszych dni czy sezonów: „Skoro my, społeczeństwo, płacimy podatki na twój rozwój, masz iść i zwyciężać”. Tak to czuję. To są smutne realia. Ale długie lata w sporcie nauczyły mnie już na szczęście odporności na presję z zewnątrz. Mam swój pancerz. Znacznie trudniejsza jest dla mnie ta wewnętrzna presja – w tym obszarze nieustannie nad sobą pracuję.

Nad swoją psychiką pracujesz sama czy potrzebujesz czasem pomocy, wskazówki z zewnątrz?
Kiedy stawiałam pierwsze kroki w zawodowym sporcie, nie sądziłam, że pomoc psychologa będzie mi potrzebna. Nie byłam po prostu na tyle świadoma, by wiedzieć, jak ważne jest tego rodzaju wsparcie. Dopiero po poważnej kontuzji, operacji barku okazało się, że sama nie dam rady. Ta historia była dla mnie ogromnym obciążeniem psychicznym. Bałam się ćwiczyć, rzucać, miałam w sobie blokadę i wtedy po raz pierwszy sięgnęłam po pomoc. Bardzo mi to pomogło. To były trzy trudne lata, kawałek po kawałku odbudowywałam siebie. Z perspektywy czasu oceniam ten ciężki okres jako szalenie ważny – w mojej karierze sportowej, ale też generalnie w moim życiu.
Dziś nie mam żadnych wątpliwości, że praca z psychologiem jest tak samo ważna jak budowanie formy fizycznej. To głowa zaczyna każdy rzut…

Jesteś przykładem na to, że siła idzie w parze z wrażliwością, że to wcale nie są rzeczy, które się wykluczają.
Nie wykluczają się, to prawda. Czasem mam wręcz poczucie, że jestem hiperwrażliwa. Znacznie mocniej odczuwam pewne emocje, długo je przeżywam. Pamiętam, że dawno temu, kiedy próbowałam sama siebie diagnozować, uznałam to za wielką, największą słabość. Dziś, po latach współpracy z psychologiem i świadomego obserwowania siebie, wiem, że to moja całkiem solidna broń. Skoro wszystko znacznie silniej odczuwam, równie dobrze adrenalinę startową, motywację i determinację też mam możliwość odczuwać znacznie mocniej niż inni. Tak świadomość pozwala ze słabości uczynić siłę! To jest niesamowite. Ale zawsze pamiętam, że zbiorniki energetyczne się wyczerpują…

Wtedy należy je doładować. Jak Ty je ładujesz?
Na pewno doładowaniem są dla mnie relacje z bliskimi mi ludźmi. Mam chyba do nich szczęście. Mogę liczyć na rodzinę, partnera, przyjaciół, to bez wątpienia moja „benzyna”. Ale jest nią też… samotność. Wiem, że to znowu pozornie się wyklucza, ale tylko pozornie. Oba te stany – bycie blisko drugiego człowieka, jak i przebywanie w samotności – w zależności od chwili mogą mnie energetycznie doładować. Czasem działa na mnie kojąco przebywanie ze zwierzętami – koty, psy, każde czworonożne stworzenie mnie koi. Koi mnie też natura. Mam chwile, kiedy rzucam wszystko i jadę w Bieszczady. Nauczyłam się czytać sygnały, które wysyła mi ciało, i kiedy czuję, że trzeba uciekać na reset, nie walczę ze zmęczeniem, tylko uciekam, bo wiem, że wypalenie zawodowe to bardzo niebezpieczny przeciwnik.

Można z nim nie wygrać…
Otarłam się o ten stan, trzeba bardzo uważać, nie ma żartów.

Powiedziałaś, że nauczyłaś się czytać swoje potrzeby, to wydaje się jedną z cenniejszych umiejętności.
Chyba nawet najcenniejszą. Kurczę, to my sami jesteśmy tą osobą, z którą spędzimy resztę swojego życia, warto się ze sobą liczyć. Warto siebie przede wszystkim poznać, potem zaakceptować, polubić czy pokochać. No, może bez przesady! Sympatia wystarczy. Poza tym złapałam się na tym, że poznawanie siebie, czytanie siebie, swoich potrzeb, to ogromna frajda.

Porozmawiajmy o akceptacji i kobiecości. Sport kojarzy się raczej z potem, krwią i łzami, a nie z makijażem i lakierem do włosów. A może niesłusznie?
Zupełnie niesłusznie. Nie jesteśmy i nie chcemy być „umorusane w piachu”. Nie widziałam niezadbanej atletki. Wszystkie dziewczyny o siebie dbają. Uprawianie sportu nie kastruje nas z chęci podobania się sobie, innym, dbania o siebie. Po pierwsze, te wszystkie czynności wokół naszej kobiecości są relaksujące, odciągają myśli od trudu rywalizacji, są zwyczajnie chwilą resetu. Moja głowa bardzo odpoczywa, kiedy skupiam się na wykonaniu tej „idealnej” kreski na powiece. Naprawdę. Po drugie, przyjemnie jest zobaczyć w lustrze wypielęgnowaną twarz, piękny makijaż, zadbane włosy.

A czy dbanie o siebie, o swoją kobiecość, to także coś, co dodaje pewności siebie, wiary w swoje siły, kiedy sportowczyni staje do rywalizacji?
Zdecydowanie tak. Mnie na przykład makijaż dodaje skrzydeł. Pamiętam, że jak byłam małolatą, brakowało mi pewności siebie, nie potrafiłam się do końca odnaleźć. I kiedy zaczęłam eksperymentować właśnie z makijażem, każda kolejna próba sprawiała, że coraz bardziej podobało mi się moje odbicie w lustrze. To była jedna z dróg do szukania swojej definicji kobiecości. Do makijażu mam więc słabość i sentyment. I bardzo lubię malować się przed treningiem czy przed zawodami. To mi dodaje odwagi.

Czy w kobiecym sporcie więcej jest przyjaźni, czy zaciekłej rywalizacji, zazdrości?
Wiem, że teraz Cię zaskoczę, ale prawda jest taka, że przyjaźń w sporcie zaczyna się od pewnego etapu, pewnego szczebla. Pojawia się wtedy, kiedy jest się już naprawdę wysoko. Na samym początku, kiedy zaczynasz, a z tobą w danej dziedzinie zaczyna wielu, nikt nie wie jeszcze, kto się utrzyma, kto się nadaje, wybije – zdecydowanie więcej jest właśnie zaciekłej rywalizacji i zazdrości, a nawet zawiści. Z czasem, kiedy pniesz się coraz wyżej, po drodze koleżanki odpadają, rzeczywistość i wyniki weryfikują ich talent oraz pracowitość, atmosfera robi się coraz przyjaźniejsza.

A mogłoby się wydawać, że im wyżej dochodzisz, tym jest mniej przyjaźnie…
Nie, i nie są to przyjaźnie udawane. Naprawdę się lubimy, naprawdę jesteśmy blisko. Cenimy się, bo każda z nas wie, ile pracy, determinacji i łez kosztuje droga, którą przebyłyśmy. Ta „wiedza tajemna” – bo jak się tego nie przeżyło, nie sposób sobie tego wyobrazić – bardzo zbliża i jednoczy. I my rzeczywiście wzajemnie się wspieramy, życzymy sobie dobrze. Lubimy spędzać ze sobą czas, przegadywać emocje, a nawiązując do wątku kobiecości – uwielbiamy się wzajemnie malować przed startem!
Na stadionie ze sobą rywalizujemy, jasne – każda ma swoje marzenia, swoje cele, każda chce złota, rekordu. Ale kiedy schodzimy z „ringu”, idziemy razem na kolację, bo potrzebujemy siebie. Kobieca solidarność w sporcie istnieje i ma się bardzo dobrze. Oby nic się tej kwestii nie zmieniło. Bo czasy są pod tym względem mało ciekawe – wiem, że kobiety nie zawsze są wobec siebie życzliwe. „Kobieta kobiecie wilkiem” – to słyszę bardzo często. Myślę, że z nas można brać tu przykład. Polecam. Będzie żyło nam się o wiele lepiej.

Maria Andrejczyk (Fot. Aldona Karczmarczyk/materiały prasowe L’Oréal Paris)

„Patrz na świat po swojemu. Wyraź to makijażem”

– Patrzę przed siebie i dążę do celu – mówi Maria Andrejczyk, która jest bohaterką kampanii L’Oréal Paris „Patrz na świat po swojemu. Wyraź to makijażem”.

Wizażystka Aga Wilk zaproponowała Marysi Andrejczyk odważny look. Jego najważniejszym elementem jest graficzna kreska na powiece i mocno wytuszowane rzęsy. – Taki makijaż jest odzwierciedleniem siły, charakteru, dążenia do wyznaczonego celu i spełniania marzeń. Mocna kreska podkreśla osobowość, ale jednocześnie komplementuje urodę, nie przesłaniając i nie chowając jej za wieloma warstwami makijażu. Jest to dość wyrazisty make-up, ale nadal ponadczasowy. Makijaż ten można modyfikować i zmieniać w zależności od nastroju. Siłę prostej graficznej kreski wzmacniają rzęsy wytuszowane mascarą Air Volume, która daje efekt megapogrubienia i megaczarnych rzęs, a przy tym utrzymuje się do 30 godzin – mówi wizażystka.

Eyeliner Perfect Slim pozwala jednym pociągnięciem narysować niezwykle precyzyjną kreskę; mascara Air Volume 30h Mega black nadaje rzęsom zniewalającą objętość na wiele godzin. Puszysta szczoteczka dokładnie otula tuszem każdy włosek od nasady aż po końce. (Fot. materiały prasowe L’Oréal Paris)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze